Cezary Harasimowicz „Miejsce odosobnienia”

Służby, słudzy, niewolnicy

(…) You’re gonna have to serve somebody, yes indeed
You’re gonna have to serve somebody,
Well, it may be the devil or it may be the Lord
But you’re gonna have to serve somebody.

(Bob Dylan)

Co to była za przygoda! Cezary Harasimowicz, pisząc Miejsce odosobnienia, przelał na wordowski arkusz kolosalne zaplecze teoretyczne oraz historyczno-polityczne rozeznanie. Do tego dodał własne doświadczenie scenopisarskie, które nie sprowadziło się wyłącznie do porywistych dialogów, lecz także nieoszczędzających odbiorcy zwrotów akcji, narracyjnych eksperymentów oraz nieoczekiwanych powiązań między głównymi bohaterami. Trzeba nie lada talentu, aby napisać dobrą powieść gatunkową. Trzeba nie lada talentu i jeszcze większej wiedzy, aby za pomocą fikcyjnej fabuły przemycić obfitość informacji historycznych, geopolitycznych i specjalistycznych ciekawostek, nie nużąc czytelnika jednocześnie. Wreszcie: trzeba nie lada talentu, jeszcze większej wiedzy i niebanalnych zdolności strategicznych, by swoją fikcyjną opowieść umieścić obok autentycznych wydarzeń, polityczno-historycznych rozgrywek, które miały bądź nadal mają miejsce, i przemieszać wytwór wyobraźni z rzeczywistością tak, aby odbiorca pomyślał: „Tak, tak właśnie mogło się to odbyć”. Czytaj dalej

Reklamy

Michael Finkel – Złodziej tożsamości. Historia prawdziwa

Kto z kim przestaje…, czyli środkowy palec kryminalisty

  Lubię cię w sposób będący poza moją kontrolą.

(Michael Finkel w liście do Christiana Longo)

Intensywna i niepokojąca przyjemność płynąca z lektury kryminalnego reportażu Michaela Finkela Złodziej Tożsamości. Historia prawdziwa jest piętrowa. Składa się na nią nie tylko śledzenie autentycznej historii oskarżonego o wymordowanie własnej rodziny Christiana Longo, poznawanie rozłożonych na cząstki faktów i mitów narosłych wokół tej sprawy, psychologiczna rekonstrukcja możliwych motywów zbrodni czy detalicznie przytoczona, fascynująca w swoim przebiegu rozprawa sądowa, lecz także opowieść o samym jej autorze, dziennikarskiej figurze cokolwiek niejednoznacznej i o frapującej konstrukcji moralnej. Autorze, który na przestrzeni książki niebezpiecznie zbliża się osobowościowo do tego, który miał być jej głównym bohaterem, a zarazem winnym w oczach Stanów Zjednoczonych – do człowieka aresztowanego za wielokrotne morderstwo. Czytaj dalej

Most szpiegów

Stojący człowiek

Duet reżysersko-aktorski Spielberg – Hanks obiecuje wiele już samym sąsiedztwem nazwisk. Wystarczy przypomnieć sobie dokonania obu artystów, przyłożenie rąk do licznych filmowych kamieni milowych oraz ilość zebranych przez nich nagród, by poczuć respekt i nastawić się na solidną kinową produkcję. A gdy dodać do tych nazwisk historię z czasów zimnej wojny opartą na faktach i na autentycznej postaci kreowanej na everymana, która, wierna swoim ideałom i odruchom ludzkiego serca, wspina się na wyżyny heroizmu – możemy już wyobrazić sobie konkretną filmową wizję. Stajemy w kolejce i kupujemy bilet z określonym nastawieniem, przekraczamy drzwi kinowej sali, oczekując gry na naszych emocjach i spojrzenia w oczy bohaterowi, którego można bez skrępowania podziwiać. Most szpiegów (Bridge of Spies, 2015), najnowszy film zaprawionego w bojach o serca widzów wspomnianego duetu filmowych ikon, daje to wszystko, spełniając oczekiwania świadomego tej stylistyki widza w stu procentach. Ni mniej, ni więcej, ze wszystkimi zaletami i wadami, jakich można się po tego typu produkcjach spodziewać. Czytaj dalej

Spectre

Szczwany lis, czyli James Bond na bogato

Trzy lata temu, w pięćdziesięciolecie powstania najdłuższej w historii kinematografii serii filmowej, fani Jamesa Bonda byli świadkami zatoczenia fabularnego koła opowieści o agencie 007. Utrzymany w minorowym klimacie Skyfall (2012) w reżyserii Sama Mendesa zakończył się niespodziewanie pogodnie, stając się niejako początkiem nowej-starej odsłony cyklu. Nowej w sensie podtrzymywania oficjalnie odświeżonej biografii Bonda z przesuniętą o 44 lata datą urodzenia, którą zapoczątkowała nowoczesna ekranizacja Casino Royale (2006), starej w sensie powrotu do klasycznych bondowskich korzeni – prześmiewczych i umownych. Spectre (2015), czyli „Bond nr 24”, przypuszczalnie okazał się nie lada niespodzianką nie tylko dla fanów serii, lecz także dla samego Mendesa, ponownie wybranego przez Barbarę Broccoli do wyreżyserowania przygód najbardziej kasowego produktu eksportowego Wielkiej Brytanii. Czy mógł bowiem przypuszczać, że po teatralnych spektaklach Szekspira i Czechowa przyjdzie mu doprowadzić postać popkulturowego szpiega do jego możliwie najbardziej maistreamowej i przebojowej formy? Czytaj dalej

William Boyd – Solo

Afryka dzika, właśnie odkryta, czyli gorzka pigułka Jamesa Bonda

Jesteśmy tylko zwykłymi, prostymi marynarzami na okręcie państwa.
– M, szef MI6

Agent w służbie Jej Królewskiej Mości James Bond ma na swoim koncie wiele zawodowych triumfów – misji zakończonych sukcesami: karkołomnych, niebezpiecznych, na dobrą sprawę niemożliwych do wykonania. Nigdy dotąd jednak jego zwierzchnik, szef brytyjskiego wywiadu posługujący się pseudonimem M, nie powierzył mu zadania powstrzymania trwającej już wojny domowej, na domiar nie udzielając mu żadnych konkretnych wskazówek, jak rzekomo ma zmienić bieg historii i nie dopuścić do tego, aby mapa polityczna uległa zmianie. Krótko mówiąc: kolejna mission impossible w bogatym CV agenta 007. A zafundował ją Jamesowi Bondowi jeden z kontynuatorów literackiego pomysłu Iana Fleminga, Boyd, William Boyd, wielokrotnie nagradzany pisarz szkockiego pochodzenia, który urodził się w Ghanie, a dorastał w Nigerii. To właśnie do drugiego z tych zachodnioafrykańskich państw – a raczej do Zanzarimu, czyli wyobrażenia Nigerii wyniesionego z lat młodzieńczych – z lekka tylko zakamuflowawszy historyczne fakty i zmieniwszy nazwy geograficzne, wysyła 007 na misję w swojej powieści zatytułowanej Solo. Czytaj dalej

The Walk. Sięgając chmur

Thewalk-plakat

Piotruś Pan na linie

Philippe Petit (Joseph Gordon-Levitt) stoi na szczycie Statui Wolności i uśmiecha się do widza. Ale mam dla was niespodziankę! – zdają się mówić jego lekko zmrużone oczy. I rzeczywiście, ma dla spoglądających na niego niespodziewany dar: oto zaczyna roztaczać przed odbiorcami wizję opowieści o sobie samym w nietuzinkowy, bo baśniowy sposób. Powszechnie znane fakty składające się historię wypełnioną marzeniami i zdeterminowaniem, która zostaje zjawiskowo sfinalizowana na wysokości czterystu piętnastu metrów, przedstawia w nierzeczywisty, bo podkolorowany i wystylizowany, a co za tym idzie przeczący rzetelnie opowiedzianemu życiorysowi sposób… W sposób, który staje się pretekstem do wypełniania ekranu tym, co jest sednem kina, a zarazem sercem technologii 3D – pięknymi ruchomymi obrazami imitującymi rzeczywistość w możliwie najwierniejszej postaci. Czytaj dalej

Sicario

Przesuwanie granic

Denis Villeneuve wie, jak zrobić film, który zmiażdży obrazem i przekazem. Lubi wycierać oczami i umysłami widzów chore przestrzenie tego świata. Udowodnił to niejednokrotnie – każąc dwójce rodzeństwa rozszyfrować druzgocącą tajemnicę ich zmarłej matki, a przy okazji ich własną (Pogorzelisko, 2010), doprowadzając zrozpaczonego ojca porwanego dziecka do karygodnych czynów (Labirynt, 2013) czy mnożąc pająki w głowie pewnego nauczyciela akademickiego (Wróg, 2013). W twórczości kanadyjskiego reżysera dostrzec można zasadniczy, świadomie zaplanowany ubytek – brak tego, co określamy jako dobro w ogólnie przyjętym znaczeniu tego słowa. Gdy widz dostrzega jego przebłyski, Villeneuve natychmiast bezceremonialnie je tłumi. Co tam: tłumi! On je bezlitośnie miażdży, tak jak się miażdży niedopałki w popielniczce![*] W Sicario (2015), swoim najnowszym filmie, ani myśli odchodzić od tej reguły. Czytaj dalej

John Irving – Regulamin tłoczni win [Audiobook]

Z regulaminem w tytule o reguł łamaniu

I knew all the rules but the rules did not know me.
Eddie Vedder, Guaranteed

Jakim trzeba być bezczelnym, a zarazem obdarzonym nietuzinkowym poczuciem humoru pisarzem, aby potężną, biuściastą bohaterkę swojej powieści ochrzcić imieniem Melony. Jaką trzeba mieć wyobraźnię, aby zdarzeniom na pierwszy rzut oka absurdalnym nadać znamiona twardego realizmu i wpleść je w opowieść traktującą o tym, że nic co ludzkie nie powinno nam być obce. Wreszcie – jaką trzeba mieć niespotykaną pewność siebie, aby w jednym literackim dziele zebrać wszelkie możliwe problemy natury moralnej do dzisiaj skłócające członków społeczeństwa i bezpardonowo, detalicznie opisać je na stronicach swojej książki. Amerykanin John Irving, oddając w 1985 roku do druku swoją powieść Regulamin tłoczni win udowodnił, że posiada dar tworzenia dzieł nie tracących na aktualności, które urzekają nie tylko rozedrganą odautorską wrażliwością, empatią i inteligencją, lecz także policzkują niepoprawnością polityczną. Czytaj dalej

Everest

Rest for ever

Ostatnie słowo zawsze należy do góry.

Wielkość i zarazem słabość Baltasara Kormákura są podobne do tych, które cechują M. Nighta Shyamalana. Obaj filmowcy, skuszeni obietnicami – zresztą spełnionymi – otrzymania wielkich budżetów dla swoich filmów i rozreklamowania ich szerszej publiczności, zdecydowali się porzucić swoje surowe i ambicjonalne reżyserskie wizerunki. Zatracając się w mainstreamowych produkcjach, mocno oddalili się od tego, za co widzowie pokochali ich kino. Skromność, kameralny dramat jednej, góra dwóch osób, mrok, tajemnica, trudne do przewidzenia, nietuzinkowe zachowania bohaterów były atutami filmografii obu wymienionych, które to cechy w ostatnich latach w znacznej mierze zagasiły producenckie wymagania (prawdopodobnie) i ramy wyznaczone przez kino rozrywkowe (bez wątpienia). O ile jednak Shyamalan najwyraźniej ponownie odwraca głowę w kierunku idei, które niegdyś mu przyświecały (Wizyta, jego ostatni film, to w znacznej mierze powrót do kameralnych, romansujących z gatunkiem horroru wizji hinduskiego reżysera), o tyle Kormákur najwyraźniej nie ma jeszcze dość „fabryki snów” z prawdziwego zdarzenia i ani myśli wracać do rodzimej Islandii, na której powstały najlepsze jego filmy. Dowodem na to jest jego najnowsze dzieło z aktualnym box office’em sięgającym niemal stu czterdziestu milionów dolarów[1]Everest (2015). Czytaj dalej

Wizyta

Straszny dziadunio, czyli jak Shyamalan zabawił się kosztem horroru

W kwestii straszenia odbiorców mało co sprawdza się tak dobrze, jak udawanie dokumentalnej rzeczywistości. Gdyby pokusić się o ustalenie początku tego typu narracji, zwanej powszechnie mockumentem, można by zań uznać rok 1938 i pamiętną Wojnę światów, słuchowisko Orsona Wellesa zrealizowane na podstawie powieści Herberta George’a Wellsa[1]. Słynny reżyser zaadaptował ją w nietypowy sposób, mianowicie sprowadził opowieść do formy relacji na żywo z nalotu Marsjan, czym wywołał zbiorową panikę. Współczesne przykłady mockumentu, zarówno literackie (powieść Troje Sarah Lotz), jak i audiowizualne [Blair Witch Project (1999), [Rec] (2007)] ze względu na większą świadomość odbiorcy i wszechobecną reklamę nie są w stanie wywołać podobnych reakcji, co nie zmienia faktu, że pojawianie się tego typu dzieł w szerszym obiegu budzi oczywistą ciekawość. Ale również, a w przypadku filmowych horrorów zwłaszcza, często zniechęcenie na starcie. Bo to raz słyszeliśmy, że filmowe straszaki w estetyce found footage nie mają już nic więcej ciekawego do zaoferowania? Że, cytując klasycznych widzów-malkontentów, to wszystko już było? Czytaj dalej