Wizyta

Straszny dziadunio, czyli jak Shyamalan zabawił się kosztem horroru

W kwestii straszenia odbiorców mało co sprawdza się tak dobrze, jak udawanie dokumentalnej rzeczywistości. Gdyby pokusić się o ustalenie początku tego typu narracji, zwanej powszechnie mockumentem, można by zań uznać rok 1938 i pamiętną Wojnę światów, słuchowisko Orsona Wellesa zrealizowane na podstawie powieści Herberta George’a Wellsa[1]. Słynny reżyser zaadaptował ją w nietypowy sposób, mianowicie sprowadził opowieść do formy relacji na żywo z nalotu Marsjan, czym wywołał zbiorową panikę. Współczesne przykłady mockumentu, zarówno literackie (powieść Troje Sarah Lotz), jak i audiowizualne [Blair Witch Project (1999), [Rec] (2007)] ze względu na większą świadomość odbiorcy i wszechobecną reklamę nie są w stanie wywołać podobnych reakcji, co nie zmienia faktu, że pojawianie się tego typu dzieł w szerszym obiegu budzi oczywistą ciekawość. Ale również, a w przypadku filmowych horrorów zwłaszcza, często zniechęcenie na starcie. Bo to raz słyszeliśmy, że filmowe straszaki w estetyce found footage nie mają już nic więcej ciekawego do zaoferowania? Że, cytując klasycznych widzów-malkontentów, to wszystko już było?

Hinduski reżyser i scenarzysta M. Night Shyamalan, postanawiając wydarzenia z ze swojego najnowszego filmu Wizyta (The Visit, 2015) przedstawić w tej właśnie, nieco już przebrzmiałej, formie, najwyraźniej miał powyższe powszechne mniemanie w nosie. Jednak ukłon w stronę takiej, a nie innej techniki filmowania świadczy nie tylko o jego twórczej niesubordynacji, lecz także o artystycznych przemyśleniach. Przywykły w ostatnich latach do siarczystej krytyki ze strony widzów i dziennikarzy Hindus, który na stałe wpisał się do historii kina objawieniem jakim był Szósty zmysł (The Sixth Sense, 1999), porzucił bowiem wielkie studia filmowe i takież pieniądze, i powrócił do korzeni – do produkcji kameralnej i niezależnej, fabularnie zamkniętej na niewielkiej przestrzeni, w które to filmowe wartości konwencja found footage wpisuje się jak ulał. I trzeba przyznać, że, mimo paru usterek i niekonsekwencji, zmiana ta bez wątpienia wyszła reżyserskiemu wizerunkowi Shyamalana na dobre.

Babcia o poranku...

Babcia o poranku…

Fabuła Wizyty opowiadana jest z perspektywy dwojga rodzeństwa, które kręci film dokumentalny poświęcony swoim korzeniom ze strony matki. Pretekstem do owego przedsięwzięcia są tytułowe odwiedziny, a ściślej tydzień, jaki zamierzają spędzić w odludnej części Pensylwanii u niewidzianych nigdy wcześniej dziadków, z którymi ich matka (Kathryn Hahn) od kilkunastu lat jest skłócona. Początkowo wizyta przebiega sympatycznie, zarówno Becca (Olivia DeJonge), jak i Tyler (Ed Oxenbould) szybko nawiązują dobry kontakt ze starszą parą (w role dziadków wcielili się „niezepsuci” przez częste występy na srebrnym ekranie i całkowicie wolni od aktorskich emploi Deanna Dunagan i Peter McRobbie), która najwyraźniej szczerze pragnie nadrobić stracone lata i naprawić rodzinne więzi. Jednak nadejście nocy dodaje do wizji przyjemnego pobytu obawy i mnożące się w głowach dzieci pytania. Przy czym intensywnością niepokojących wydarzeń noc ta nie będzie mogła równać się z kolejnymi, coraz straszniejszymi…

Jak można wywnioskować ze streszczenia, w swoim najnowszym filmie Shyamalan wykorzystał element znany z szeregu horrorów, zarówno literackich, jak i filmowych, które dzisiaj można już uznać za klasyczne – siedzibę, która z miejsca planowanego wypoczynku zamienia się w więzienie, a nawet miejsce kaźni. Do włości „uroczych” dziadków, nazwanych przez wnuki swojsko – a przez reżysera, robiącego ukłon w stronę dziesiątków filmowych strasznych dziaduniów i szalonych opiekunek, symbolicznie – Naną i Pop-Popem przynależą, rzecz jasna, także piwnica i stara stodoła, skrywające nie mniej frapujące tajemnice niż para starszych ludzi. To zresztą nie jedyne nawiązania Shyamalana do elementów klasycznego horroru, którymi im dalej w las, tym coraz intensywniej reżyser zacznie się popisywać, przetransponowując je na swoją wizję. Przy czym trudno się oprzeć wrażeniu, że całą tę obfitość, te wszystkie „tajemnice zamkniętych drzwi”, obowiązkowe wspinania się potencjalnych ofiar po schodach i z nich schodzenie, twarze zasłonięte zwisającymi włosami czy niespodziewane wyskakiwania wroga „zza rogu” – Shyamalan stosuje z pełną świadomością ich przeorganizowanej wtórności. Inaczej rzecz ujmując, Wizyta to zestaw mniej i bardziej znanych cytatów z fabuł grozy, w przenośni i (sic) dosłownie połkniętych, przetrawionych i zwróconych, przez co z dużą swobodą, a momentami wręcz komicznie wymieszanych bądź uwypuklonych.

...i wieczorem.

…i wieczorem.

Słowa „komicznie” używam z pełną odpowiedzialnością, ponieważ, choć może zabrzmi to absurdalnie, Wizyta jest filmem bardzo zabawnym. Przy czym geneza komizmu tego filmy ma dwa źródła – jedne wyrastają z takich elementów, jak: słowne potyczki brata i siostry, początkujące rapowanie młodego bohatera czy puentowanie – zarówno słowne, jak i za pomocą gestów – dziwacznych zachowań dziadków; drugie natomiast z wtórności zastosowania przerysowanych środków filmowych pełniących funkcję przerażania widza. Do pierwszego z wymienionych przyczynia się w ogromnym stopniu fenomenalny warsztat nastoletnich aktorów: DeJonge, grającej nad wiek poważną – a przez to pocieszną – dziewczynę, pragnącą zostać znaną reżyserką, i Oxenboulda, który przenosi na ekran całą siłę komiczną filmu wypływającą z dialogów czy mimetyzmu (moment naśladowania nocnych spacerów Nany rozkłada na łopatki!). Druga podbudowa komiczna natomiast, czyli bezwstydne inspirowanie się elementami charakterystycznymi dla niekoniecznie wysokiej klasy horrorów i ich kilkukrotne, coraz intensywniejsze powtarzanie na przestrzeni całego seansu, zaistniała niejako przy okazji, z powodu zażenowania samego widza, spowodowanego faktem, że na obejrzenie takiego filmu się zdecydował. Mówiąc językiem tak nielubianych przeze mnie „makaronistów”, Wizyta to jedno wielkie guilty pleasure, zarówno dla fanów horrorów, jak i poszukujących niezbyt wymagającego intelektualnie seansu widzów. Nie wspominając o tych osobach, które lubią śledzić reżyserskich oryginałów, do których Shyamalan niewątpliwie należy.

Wizyta udowadnia, że zrobić dla hinduskiego reżysera film-żart to za mało. W miarę trwania seansu uważny widz spostrzeże, że twórca dodał do swojego quasi-horroru elementy baśniowe (aluzja do Jasia i Małgosi braci Grimm) i te związane z dawnymi wierzeniami (choroba zwana zespołem zachodzącego słońca jest oczywistym odniesieniem do wampirów i wilkołaków), które nierzadko pełnią funkcję fabularnych „zmył”, na czas swojego trwania skutecznie zagęszczających atmosferę i przyspieszających bicie serca. Wizyta autentycznie przeraża, wywołując ten pierwotny, dziecięcy rodzaj strachu, którego objawem jest chowanie stóp po kołdrę czy – co na sali kinowej bardziej wykonalne – podciąganie kolan do poziomu oczu, aby mniej widzieć. Co nie mniej ważne, Shyamalan straszy swoich widzów w jeszcze jeden – tym razem serio – sposób, rzucając w nich obrazkami z tych mniej wdzięcznych, niż znane z reklam suplementów dla seniorów, starczych przypadłości. Przy czym, stosując kilkakrotnie obrzydliwe środki wyrazu, może i wywołuje pełen zażenowania śmiech widza, jednak na pewno więcej w tym śmiechu lęku niż zdrowego ujścia dla emocji.

Zdobycze techniki ułatwiają młodym bohaterom kontakt z nieobecną matką, a operatorce Maryse Alberti pomagają urozmaicić zawartość kadru.

Zdobycze techniki ułatwiają młodym bohaterom kontakt z nieobecną matką, a operatorce Maryse Alberti pomagają w naturalny sposób zwielokrotnić kadr.

Ocenianie Wizyty w trybie punktów czy innych gwiazdek byłoby tyleż niemiarodajne, co trudne. Bo należałoby przy tym uwzględnić absurdalny momentami scenariusz (która matka puszcza swoje dzieci do rodziców, których nie widziała od wielu lat i którzy przed tak przełomową wizytą nie chcą z nią porozmawiać bodaj na Skype?), nie zawsze wiarygodne umotywowanie wspomnianego found footage (kto kręci film w momencie, gdy szaleniec dybie na jego życie?), nanieść minusy za niekonsekwencję gatunkową i niejako na siłę wsadzony wątek niefrasobliwego ojca młodych bohaterów, a jednocześnie dorzucić plusy za, mimo wszystko, zgrabne utrzymanie tego misz-maszu w ryzach i przebogatą intertekstualność dzieła. Ocenianie filmu tak oryginalnego, zestawiającego na przestrzeni niemal każdej sekwencji tak radykalne przeciwieństwa, jak czyste przerażenie i pełen ulgi, radosny rechot, byłoby nie fair w stosunku do was, czytających to omówienie. Dlatego mój wywód podsumuję inaczej, mianowicie używając cukierniczej przenośni i pisząc, że nowy film Shyamalana jest niczym ogromne, niezdrowe i bardzo kaloryczne ciastko z kremem o nienaturalnie jaskrawej barwie, które zjecie z poczuciem winy, ale też z ogromną przyjemnością. Smacznego!

Paulina Stoparek


[1] W tym miejscu odsyłam do artykułu Fałszywy dokument – detektyw Lapsus na tropie, w którym jego autor przyznaje się do samozwańczego wybrania tego właśnie wydarzenia na początek dziejów mockumentu, która to decyzja wydała mi się słuszna, http://lapsus.filmaster.pl/artykul/falszywy-dokument-detektyw-lapsus-na-tropie/ (21.09.2015).


Wizyta, 2015, prod. USA, scen i reż. M. Night Shyamalan, wyst.: Deanna Dunagan, Peter McRobbie, Ed Oxenbould i in.

Za seans dziękuję

images

Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s