Inwazja porywaczy ciał

Ach śpij, kochanie, póki klon twój nocą nie powstanie…

Ostatnio jednym z kluczy doboru oglądanych przeze mnie filmów stała się postać kanadyjskiego aktora Donalda Sutherlanda. Po przypomnieniu sobie niepokojącego Nie oglądaj się teraz (Don’t Look Now, 1973) Nicolasa Roega, w którym zagrał główną rolę, stał się moją osobistą nieszkodliwą obsesją, a każdy obraz z jego udziałem witam z wielką radością i już na starcie film ten zyskuje u mnie wielki plus. Jednak muszę przyznać, że horrorowi Inwazja porywaczy ciał[1] (Invasion of the Body Snatchers, 1978) w reżyserii Philipa Kaufmana dodatkowych punktów nie potrzeba, ponieważ mimo upływu czasu broni się doskonale. Czytaj dalej

Reklamy

Katarzyna Puzyńska – Więcej czerwieni

wiecej_czerwieni_6

You don’t fool me

Przyznaję, że mam problem z oceną powieści Katarzyny Puzyńskiej, Więcej czerwieni. Z jednej strony cały czas mam z tyłu głowy myśl, że autorka w tym roku zadebiutowała, że jest osobą młodą, a z zawodu nauczycielem akademickim, co w oczywisty sposób może się przekładać na nieco wykładowczy język jej prozy. Z drugiej natomiast mam na tyle mocną świadomość tego, co w gatunku kryminalnym jest właściwe, nieprzekombinowane, dobre mówiąc po prostu, tyle przeczytałam kryminałów lepszych i gorszych, nowoczesnych i staroświeckich, stylizowanych i przystępnych, że stałam się czytelnikiem bardzo wymagającym. Takim, który szybko dostrzeże niedoskonałości, absurdy, nieścisłości czy odautorskie natręctwa, które skutecznie pozbawiają treść napięcia, suspensu czy prawdopodobieństwa psychologicznego, czyli cech tak wskazanych w gatunku kryminalnym. Wspominam o tym wszystkim z tego względu, że trudno mi pisać o drugiej powieści Puzyńskiej bez wymieniania jej potknięć, które niemal na starcie rzuciły mi się w oczy. Jednocześnie chciałabym zaznaczyć, że mimo ich obecności, staram się mieć dla początkującej autorki sporo zrozumienia i nie mogę odmówić jej wyobraźni i umiejętności odnalezienia się w bogatej, wielopoziomowej intrydze, która nie boi się solidnego podparcia psychologiczno-obyczajowego. Czytaj dalej

Zygmunt Miłoszewski – Gniew

gniew duży

Bo zupa była za słona…

Gniew, czyli prokurator Teodor Szacki po raz trzeci. Wielu czytelników nań czekało, tym bardziej, że jego autor, Zygmunt Miłoszewski, zapowiedział, że będzie on zakończeniem przygód popularnego wśród polskich czytelników sługi Temidy. Kura znosząca złote jajka została oficjalnie zarżnięta. A ja staram się szukać luki w paragrafach z nadzieją, że może to koniec przygód Szackiego jako prokuratora, ale kto powiedział, że bohater nie może zmienić zawodu? Wszak na stronach Gniewu Szacki dotkliwie okupuje swoje błędne działania, coraz częściej zauważa zawodowe wypalenie i poważnie zastanawia się nad przebranżowieniem. Czytaj dalej

Marek Krajewski – Władca liczb

władca duzy

Quo vadis, Krajewski?, czyli o demonie, który kompromisem się brzydził

Od Władcy liczb Marka Krajewskiego oczekiwałam bardzo wiele. Po lekturze poprzedniej powieści wrocławskiego pisarza, W otchłani mroku, nastawiłam się na to, że – mimo momentami natrętnej akademickości w prozie tegoż – z każdą jego kolejną książką moje potrzeby czytelnicze będą zaspokajane maksymalnie, a zakończenie lektury będzie okupowane charakterystycznym dla odbiorcy, który odkrył autora doskonałego, myśleniem ujętym w jednym zdaniu, brzmiącym: „jak dalej żyć?!” Po obróceniu ostatniej strony W otchłani mroku poczułam takie właśnie zagubienie, miałam uczucie, że oto coś wyjątkowego nieubłaganie dobiegło końca. To wydarzenie miało miejsce rok temu. Teraz, w kilka dni po lekturze Władcy liczb, pora zadać sobie pytanie, które z uczuć jej towarzyszących będę pamiętać po upływie podobnego czasu.

Nie, nie będzie to opisane powyżej uczucie zagubienia, poczucie, że nie wiem, czym zająć ręce. Nie będzie podobnego do tego sprzed roku wzruszenia spowodowanego poznaną historią. Nie będzie też podobnego szoku, bo – chociaż w przypadku estetyki pisarskiej Krajewskiego może zabrzmieć to zgoła absurdalnie – tym razem autor nie przyszykował dla czytelnika takiej dozy zbrodniczych opisów jak wcześniej… W czym zatem tkwi urok Władcy liczb? Czytaj dalej

Miłość

I że cię nie opuszczę aż do śmierci

Długo wstrzymywałam się przed seansem Miłości (Amour, 2012) Michaela Hanekego. Sama siebie łajam za to, że przed obejrzeniem jakiegokolwiek filmu zbyt dużo informacji o nim czytam. Tak samo było w tym przypadku. Po lekturze kilku artykułów bałam się więc zdołowania, łez i skrajnych uczuć, jakie ten obraz może we mnie wywołać. Miałam też obawy, że mnie po prostu znuży. Małżeństwo dwojga starszych ludzi. Jedno z nich powoli, lecz nieubłaganie odchodzi. Będzie smutno, boleśnie, szaro… I co się okazało? Było smutno i boleśnie. I szaro. I tak pięknie zarazem, że w gardle urosła mi kula, która nie pozwoliła ujść łzom, będącym nadal pod moimi powiekami podczas pisania tego tekstu. Czytaj dalej