Cezary Harasimowicz „Miejsce odosobnienia”

Służby, słudzy, niewolnicy

(…) You’re gonna have to serve somebody, yes indeed
You’re gonna have to serve somebody,
Well, it may be the devil or it may be the Lord
But you’re gonna have to serve somebody.

(Bob Dylan)

Co to była za przygoda! Cezary Harasimowicz, pisząc Miejsce odosobnienia, przelał na wordowski arkusz kolosalne zaplecze teoretyczne oraz historyczno-polityczne rozeznanie. Do tego dodał własne doświadczenie scenopisarskie, które nie sprowadziło się wyłącznie do porywistych dialogów, lecz także nieoszczędzających odbiorcy zwrotów akcji, narracyjnych eksperymentów oraz nieoczekiwanych powiązań między głównymi bohaterami. Trzeba nie lada talentu, aby napisać dobrą powieść gatunkową. Trzeba nie lada talentu i jeszcze większej wiedzy, aby za pomocą fikcyjnej fabuły przemycić obfitość informacji historycznych, geopolitycznych i specjalistycznych ciekawostek, nie nużąc czytelnika jednocześnie. Wreszcie: trzeba nie lada talentu, jeszcze większej wiedzy i niebanalnych zdolności strategicznych, by swoją fikcyjną opowieść umieścić obok autentycznych wydarzeń, polityczno-historycznych rozgrywek, które miały bądź nadal mają miejsce, i przemieszać wytwór wyobraźni z rzeczywistością tak, aby odbiorca pomyślał: „Tak, tak właśnie mogło się to odbyć”.

Cezary Harasimowicz / Fot. Krzysztof Jarczewski

Cezary Harasimowicz / Fot. Krzysztof Jarczewski

Zawsze miałam ogromny szacunek do twórczych umysłów potrafiących formować materię historyczną niczym plastelinę. Nie przeinaczać jej, nie przekłamywać, ale właśnie – formować. Nie czynić jej wyłącznie tłem fabuły lub, co gorsza, przemycać za jej pomocą własnych sądów czy politycznych upodobań, ale kształtować do potrzeb dzieła, które ten umysł właśnie tworzy. Harasimowiczowi udało się osiągnąć to wszystko. A zaznaczyć należy, że nie miał łatwego zadania. Ba! Sam je sobie utrudnił, zbierając na kartach jednej powieści PRL i kapitalizm, Solidarność Walczącą i Służbę Bezpieczeństwa, „nowy wspaniały świat” i tortury na rzekomych terrorystach wykonane rękoma przedstawicieli owego świata. Słowem, niezły kocioł. Łatwo uczynić potrawę z wyżej wymienionych składników niestrawną lub fanatycznie „jedyną słuszną”. Trzeba nie lada pisarskiego profesjonalizmu, by nie przemycić do dzieła moralizatorskiej taniości rodem z fejsbukowych tablic, której tyle teraz się produkuje. Na szczęście Harasimowicz zdał karkołomne zadanie na szóstkę. Pytając o historyczne wybory, polityczne słuszności i moralność jednostek, nie przemyca własnej oceny, a dzierga opowieść o tym, że każdy musi komuś służyć.

U Harasimowicza służą wszyscy. Główni bohaterowie, porucznicy Ewa Górska i Tadeusz Kolski, na każdym z opisywanych przez autora etapów życiowych. Służą ich zwierzchnicy, zarówno teraźniejsi, jak i ci sprzed zmian ustrojowych. Służą młody polski student podczas wakacyjnej pracy w USA i piloci kamikadze, którzy w jednej sekundzie niszczą życie jego i wielu innych osób, uderzając w wiadome budynki 11 września 2001 roku. Służą dziennikarz śledczy i dziennikarka na dorobku, która gorączkowo chce usłyszeć od niego choć parę słów. Służy ówczesny prezydent, Aleksander Kwaśniewski, i ówczesna partia rządząca. Wreszcie: służą całe narody i wszelkie konstrukcje je tworzące. W tym i Polska. Jak wysoko znajduje się czubek tej piramidy? Na wysokości Stanów Zjednoczonych? Nie, to byłoby za proste. A może jest on tam, gdzie bóg okazuje się diabłem? Cieplej…

Gdy sprawa, której służymy szmat życia, okazuje się złotem głupców, możemy zrobić trzy rzeczy (a przynajmniej ja innych wyborów nie widzę): poszlachtać się, pójść na terapię lub zmienić priorytety. Ewa Górska, nie posiadając predyspozycji samobójczych, a na terapię nadająca się od lat najmniej dwudziestu, co jednak stara się uparcie ignorować, wybiera to trzecie. Jej bóg okazuje się diabłem, toteż nie chce mu dłużej służyć. Mało tego: chce z nim walczyć. Dawid staje do walki z Goliatem, jak to finalnie określa Harasimowicz, przytaczając kolejne etapy bitewnego przedsięwzięcia pani porucznik. Ostatni sprawiedliwy przeciwko zdeprawowanemu światu. Clint Eastwood w spódnicy. Niech to szlag, co za banał!

No właśnie, a przecież Miejsce odosobnienia nie jest banalną fabułką. Przy zachowaniu wszystkich składników thrillera z elementami political fiction przemyca mnóstwo finezji, psychologicznych niuansów, a przede wszystkim literackiego malunku. Harasimowicz – co to za kawał dociekliwego obserwatora jest! Słyszy, jak wysokie obcasy założyła kobieta zbliżająca się w jego kierunku, analizuje każdy skurcz mięśni na twarzy rozmówcy, rozkłada na czynniki pierwsze młodzieńcze sentymenty i dorosłe wybory „z rozsądku”… Bardzo dobrze wie, czym były dla co najmniej dwóch pokoleń Polaków wybór na papieża Karola Wojtyły, Trzy Kwadranse Jazzu i pasja przekazu Jana Ptaszyna Wróblewskiego czy potajemne przekręcanie odbiornika na Radio Wolna Europa. Perfekcyjnie rozgranicza dojrzałą stateczność i analizowanie wiekopomnych wydarzeń bez rumieńców podniecenia od młodzieńczej gorączki, która pragnie wysadzić „Jaruzela” w powietrze. A co najważniejsze: zachowuje neutralność, nie stoi po niczyjej stronie, zauważa braki zarówno socjalistycznego systemu, jak i kapitalizmu, a wadami i zaletami obdarza tak „solidaruchę” Ewę, jak i byłego esbeka Tadeusza.

Stare Kiejkuty. To tutaj fikcja mówi

Stare Kiejkuty. To tutaj fikcja mówi „dzień dobry” historii. / Fot. Przemysław Skrzydło, Agencja Gazeta

Ewa i Tadeusz. Jacyż oni są piękni, ludzcy, życiowo zniszczeni! Ale nie zniszczeni po skandynawsku, wsobnie, introwertycznie. Górska i Kolski to emocjonalne wulkany, poharatane, nieufne, nieustannie się nawzajem sprawdzające, a chcące sobie ufać, skoro już przyszło im razem pracować. Wśród pokrzykiwania, docinków i wyzwisk, w wyniku których niejedna wrażliwa dusza by się śmiertelnie obraziła, a w najlepszym razie popłakała w wyniku zadanej jej przykrości, czuć między nimi porozumienie połączone z dziwaczną, wręcz masochistyczną troską o to drugie. Masochistyczną, ponieważ, przywykli do samotności i własnych dziwactw Ewa i Tadeusz, odgórnie zostają zmuszeni do współdziałania i partnerstwa. A, co by o nich powiedzieć, to na pewno nie to, że są łatwi we współżyciu. Na kartach Miejsca odosobnienia iskrzy zatem przednio, rzecz jasna nie tylko z powodu charakterów postaci. Płeć, seksualność i niewątpliwa – acz nieco szorstka i w wyniku pędzącej akcji zaniedbana atrakcyjność fizyczna bohaterów (Harasimowicz, ten skubany obserwator, nie daruje Ewie nawet zrogowaceń na piętach, musi o nich wspomnieć!) – robią swoje. Ciągle młode, acz już nie młodzieńcze ciała, zbyt długo skazane były na samotność. Jednakże… I tu Harasimowicz obróci sprawdzony schemat gatunkowy o 180 stopni. Nie napiszę więcej. Bóg rasowej publicystyki i dziennikarskiej chwały, któremu z coraz mniejszą wiarą, acz nadal służę, strącił by mnie za to do piekieł.

Mój bóg pochwali mnie za to, jak wspomnę o narracji w Miejscu odosobnienia. A takowej nie spotkałam jeszcze w żadnej powieści, więc tym bardziej wydaje mi się to warte odnotowania. Obok niewątpliwego talentu malowania słowem, posiada Harasimowicz charyzmę połączoną z geekowską wręcz precyzją (w powieści możemy trafić także na dłuższe cytaty źródłowe), z którą w czarujący sposób kontrastuje luzactwo przekazu, jakie można spotkać chyba tylko na korytarzach uczelni po zdanej w zadowalający sposób sesji w pierwszym terminie. Autor, przytaczając quasi-akta opisujące wydarzenia z życia bohaterów, żywo komentuje je własnymi słowami, dopowiada, kontruje z rzeczywistością lub wręcz sarka, że „można sobie tymi dokumentami podetrzeć tyłek” (s. 227). Chociaż niewątpliwie charakteryzuje się narratorską wszechwiedzą (świadczy o tym filtrowanie wydarzeń z perspektywy kierowcy stojącego na parkingu galerii), zdecydowanie częściej zagłębia się w analityczny, obdarzony ponadprzeciętnym IQ umysł Ewy, którą w drugiej połowie książki czyni bohaterką wiodącą, popychającą fabułę do przodu. Odważne to, zwłaszcza w perspektywie niedawnych spotkań autorskich z Markiem Krajewskim i Mariuszem Czubajem, w których miałam przyjemność uczestniczyć, a którzy to pisarze zaklinają się, że nigdy nie odważą się w swojej powieści uczynić wiodącą postacią kobiety, ponieważ nie czują się na tyle kompetentni, aby oddać emocje powstałe w głowie przedstawicielki płci pięknej. Odważne to tym bardziej, że kontynuacja Miejsca odosobnienia już została napisana, a Ewa, której kobiecość, acz nieco uśpiona, jest niewątpliwie żywa, a w swoim dramatycznym, cichym manifeście przejmująca, bynajmniej nie znika.

Niemniej, uczciwie napisać trzeba, że mimo kilku potężnych (narracja i eksperymenty z nią związane, giętki język literacki, cudownie poharatani bohaterowie i chemia między nimi, zaplecze teoretyczne, przekonująca nadbudowa psychologiczno-społeczna na sprawdzonym gruncie gatunkowym) i dziesiątek mniejszych zalet (interesująco rozbudowani bohaterowie drugiego planu, twisty fabularne, klimat „nikomu nie można ufać”, detaliczny malunek różnych poziomów czasowych i takaż scenografia), Miejsce odosobnienia nie ustrzegło się wad. Niewielkie one, ale uwierają niczym ziarnko grochu księżniczkę, która w pierwszym momencie nie jest w stanie spostrzec, co jest przyczyną jej niewygody. Nie miałam ostatnio najlepszego czasu w sensie tak psychicznym, jak i fizycznym, może więc dlatego słyszałam te dzwony usterek, ale nie wiedziałam, do którego kościoła się udać. Teraz już wiem, że Miejsce odosobnienia potyka się na finałowym zakręcie i zbyt gwałtownym przeskakiwaniu w jakości gry pozorów, którą funduje odbiorcy Harasimowicz. Tyle jest w jego dziele punktów, w których każdy każdego robi w konia, że trochę zabrakło w tym wszystkim rzeczywistej rzeczywistości. Poziom przedstawienia fabularnych realiów osiągnął taki poziom kombinacji, który nawet weekendowego czytelnika rozbestwi i przestanie zaskakiwać. Przy takim nagromadzeniu wszechogarniającej zmyły trudno było rzecz skończyć inaczej niż rzutem na taśmę, który tyleż cudotwórczo wybawił autora z zaplątania, co nie zostawił wystarczającego wydźwięku dla opowieści. Zdaję sobie sprawę, że taki finał jest furtką fabularną dla kontynuacji, niemniej jednak, nie ma się co czarować, mocniejszy kop by się mu przydał.

Tekst wyszedł większy niż zamierzałam, przeto, zmęczona, nie będę się silić na publicystyczne wygibasy i tradycyjnie napiszę, że więcej grzechów nie pamiętam. Miejsce odosobnienia polecam tak w celu czysto rozrywkowym, jak i osobom zainteresowanym literaturą pod względem konstrukcji. Harasimowicza powinni czytać studenci w ramach obowiązkowej lektury podczas zajęć krytycznoliterackich oraz kursanci na warsztatach pisarskich. Narrator, acz momentami może i przesadnie rozwydrzony, jest tu na wagę złota, zatem głosem Bogusława L. zapytam: „Nie czytałeś jeszcze Miejsca odosobnienia? To co ty wiesz o narracji?”.


Moja ocena: 7/10

Natomiast obiektywnie rzecz biorąc…

Wniebowzięci będą: czytelnicy poszukujący oryginalnych narracji i żywego, mięsistego języka literatury; wielbiciele thrillerów, także tych w wersji filmowej (powieść jest bardzo obrazowa i obfita w fabularne twisty); zainteresowani pracą służb specjalnych na wysokim szczeblu i polską polityką okresu transformacji; osoby neutralne politycznie.

Kręcić nosami będą: czytelnicy ceniący fabuły niespieszne i jednolite, bez przeskoków czasowych; odbiorcy, którzy nad fabularne kombinacje (a miejscami przekombinowanie), cenią prostotę przekazu; Polacy postrzegający patriotyzm jako bezkrytyczne podejście do historii ojczyzny.


Cezary Harasimowicz, Miejsce odosobnienia, W.A.B., Warszawa 2016.

Za egzemplarz książki dziękuję

Reklamy

One thought on “Cezary Harasimowicz „Miejsce odosobnienia”

  1. Pingback: Mariusz Czubaj „Martwe popołudnie” | Redaktor na Tropie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s