Stephen King „Joyland”

Joyland-pl

Cudowne lato 

Kiedy mowa jest o przeszłości, każdy pisze fikcję.

Stephen King napisał niekingowską powieść. Gwoli ścisłości – nie moje to słowa, jednak przychylam się do nich. Joyland, bo do tej książki amerykańskiego pisarza przywarło powyższe określenie, to opowieść o inicjacji przytaczana z perspektywy narratora, starszego mężczyzny zdającego sobie sprawę z tego, jak zawodna po latach bywa pamięć i jak młodzieńcze niegdyś odbiór i idealizacja pewnych zdarzeń i osób mogą zaburzać przytaczaną przezeń opowieść, na którą nałożyła się perspektywa lat i wynikłe z ich upływu doświadczenie. King nie potrafił co prawda odmówić sobie umieszczenia w rzeczonej powieści wątku grozy, jednak ten, potraktowany pretekstowo, nie zmienia jej istoty jako takiej – bogatej treści o dojrzewającej wrażliwości i o tym, jak wpływa ona na losy jej właściciela; gawędy o życiu zarówno codziennym, jak i duchowym, pogłębionym empatią i uwrażliwionym przeżywaniem wewnętrznym.

Okładka amerykańskiego wydania „Joylandu”, jakże myląca.

Joyland to rzecz o wkraczaniu w dorosłość, powieść o pierwszych dorosłych namysłach i wyborach oraz kształtowaniu się dorosłej psychiki; z jednej strony mocno lukrowana i odhaczająca kolejne punkty atrakcyjnego z fabularnego punktu widzenia dorastania przerabianego niezliczoną ilość razy (pierwszy zawód miłosny, lato pełne wrażeń, radość z wykonywania wakacyjnej pracy, stancja u niebanalnego, towarzyskiego gospodarza, przyjaźnie na całe życie, fascynacja prawiczka dojrzałą kobietą), z drugiej – rzecz niesłychanie wrażliwa, przepełniona empatią dla świata i jego mieszkańców, często niedoskonałych, a nawet z domieszką nieopłacalnego freakostwa. Nade wszystko jednak jest to powieść, w której buzuje życie; która, mimo spokojnego rytmu narracji i momentami wręcz sennego małomiasteczkowego klimatu, przygważdża uwagę, a odłożona w celu wykonania innych czynności – wzywa, by ponownie się w niej zagłębić. Nie dzieje się tak dlatego, że autor wypełnia ją wymyślnymi skrętami fabularnymi czy sensacyjnymi fajerwerkami. Nie. Przyczyna pozornie jest bardziej przyziemna, ale, jak mniemam, trudniejsza do osiągnięcia dla pisarza, chociaż zapewne nie dla starego wyjadacza pokroju Kinga. Zmierzając do sedna, Stephen King jest genialnym opowiadaczem! Tylko tyle i aż tyle.

Kevin Arnold (Fred Savage), główny bohater serialu „Cudowne lata” – narrator, który porwał miliony. Devin Jones z „Joylandu” ma z nim sporo punktów wspólnych.

Geniusz narracji Joylandu przejawia się wielorako: w nierzadko boleśnie celnych spostrzeżeniach dotyczących różnych aspektów życia, wnikliwym przedstawianiu niepokojów serca na skraju dorosłości, w słodko-gorzkim sposobie opowiadania… Gdy w Joylandzie dochodzi do głosu małomiasteczkowa codzienność, charakterystyka ludzi czy młodzieńczo-depresyjne wynurzenia dotyczące zawodu miłosnego, powieść ta przywodzi na myśl niezapomniany serial Cudowne lata (1988-1993), w którym nastoletni bohater i zarazem narrator lekko ironicznie, nadspodziewanie trafnie, a mimo to jeszcze mocno infantylnie komentuje otoczenie i wydarzenia, których jest świadkiem lub uczestnikiem. Przełożenie tego typu poetyki narracyjnej na literaturę robi piorunujące wrażenie. I nic to, że Kingowski Devin Jones ma lat 21, dotknął już kobiecych piersi i marnie, bo marnie, ale zarabia na siebie. Jego niewinność i idealizm bardzo bliskie są temu, co reprezentuje egocentryczny, ale w gruncie rzeczy dobry i wrażliwy dzieciak, jakim jest serialowy Kevin Arnold.

Nie znam jeszcze na tyle dobrze twórczości Kinga, aby uważać własne sądy na jej temat za szczególnie miarodajne, jednak co uderzyło mnie po lekturze Joylandu – a z czym zgadza się zapalona czytelniczka i krytyczka amerykańskiego pisarza Paulina (sic) Król, założycielka literackiej witryny „W świecie słów” – to pełne przekonanie, że powieść ta byłaby lepsza, gdyby nie znalazł się w niej wątek ducha zamordowanej kobiety. Wątek potraktowany pretekstowo, umieszczony na zasadzie „żeby nie było, że nie było”. Autor, chcąc przypuszczalnie zrobić dobrze czytelnikom i swojemu wydawcy, częściowo zjadł własny ogon. Już pomijam Kingowską obsesję na punkcie zamieszczania w fabułach dzieci o niebywałych zdolnościach, gdyż obecny w Joylandzie mały bohater z darem jasnowidzenia zgrabnie łączy motyw obyczajowy z romansowym, jednak nawiedzającego lunapark ducha i blade rozwiązanie tego wątku trudno wziąć za coś więcej, niż za element wciśnięty na siłę, by nie rzec dosadniej – za odcinanie kuponów od wcześniejszych swoich powieści.

Sekwencje na karuzeli w „Nieznajomych z pociągu” Alfreda Hitchcocka, o których wspominam w tekście. U góry: przymierzanie się do popełnienia morderstwa, u dołu: finałowe starcie antagonistów. / Fot. Warner Bros.

Przyjemnością z kolei jest śledzić amatorskie śledztwo w sprawie morderstwa w lunaparku, które mniej więcej od połowy powieści nadaje jej delikatne ramy kryminalne i broni się oldskulowym klimatem i luźnym odniesieniowo, bo mniej spektakularnym w porównaniu z klasycznym już oryginałem, finałem. Mam tu na myśli wyreżyserowaną przez Alfreda Hitchcocka adaptację debiutanckiej powieści Patricii Highsmith, Strangers on a Train (pierwsze wydanie 1950, premiera filmu 1951), do której w mojej opinii King się w Joylandzie odwołuje. Tam również drugim imieniem lunaparku była śmierć, a karuzela stawała się synonimem grozy. Grozy wizualnie atrakcyjnej i świadomie przejaskrawionej.

Joyland mógłby być lepszy. Kinga niewątpliwie stać na to, aby niezależnie od elementów horroru zgrabnie powiązać powieść obyczajową z wątkiem inicjacyjnym i kryminalnym. Nie będę się rozwodzić nad tym, na ile jest to powieść napisana na siłę, bo kontrakt, bo nacisk wydawcy… Na ten temat popełniono już wiele artykułów. Faktem jest natomiast, że książka sprawia wrażenie machniętej od niechcenia przy dwóch porannych kawach, z naciskiem na pozytywne znaczenie tego określenia. Bo Joyland jest tak swobodny w tonie, świeży, smaczny i autentycznie mądry w przekazie, że byłoby grzechem nazywać go czytadłem. To po prostu świetnie napisana książka łącząca kilka gatunków literackich; lekka, ale jej lekturze nie towarzyszy nieprzyjemnie swędzące z tyłu głowy uczucie „czytania po nic”; o młodej krwi i młodych priorytetach, ale nie dziecinna. Wreszcie, to opowieść o 21-latku, którego losy z silnym zaangażowaniem śledziła kilkanaście lat odeń starsza niżej podpisana. A i bardziej wiekowi czytelnicy zapewne nie odłożą Joylandu na półkę póki go nie skończą, dostrzegając w nim wciągającą gawędę o uniwersalnych wartościach i wspólnych całemu rodowi ludzkiemu niepokojach oraz dziarską, klimatyczną i interesującą fabułę. O takich tytułach mówi się, mimo ich oczywistych wad, że są kultowe.


Moja ocena: 7/10

Natomiast obiektywnie rzecz biorąc…

Wniebowzięci będą: czytelnicy ceniący swobodną pisarską gawędę; fani amerykańskiego małomiasteczkowego oldskulu; wrażliwcy i romantycy; odbiorcy poszukujący nietypowych dialogowych rozwiązań (na użytek Joylandu King wymyślił kuglarski żargon, czyli określenia, którym posługują się pracownicy wesołych miasteczek).

Kręcić nosami będą: wielbiciele Kinga nastawieni na to, z czego ich ulubieniec zasłynął – dużą dawkę horroru; czytelnicy liczący na spektakularną powieść o nawiedzonym miejscu pokroju Lśnienia; osoby poszukujące powieści spełniającej się w natłoku wydarzeń fabularnych, a niekoniecznie w wewnętrznych przemyśleniach narratora.


Stephen King, Joyland, przeł. Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s