William Boyd – Solo

Afryka dzika, właśnie odkryta, czyli gorzka pigułka Jamesa Bonda

Jesteśmy tylko zwykłymi, prostymi marynarzami na okręcie państwa.
– M, szef MI6

Agent w służbie Jej Królewskiej Mości James Bond ma na swoim koncie wiele zawodowych triumfów – misji zakończonych sukcesami: karkołomnych, niebezpiecznych, na dobrą sprawę niemożliwych do wykonania. Nigdy dotąd jednak jego zwierzchnik, szef brytyjskiego wywiadu posługujący się pseudonimem M, nie powierzył mu zadania powstrzymania trwającej już wojny domowej, na domiar nie udzielając mu żadnych konkretnych wskazówek, jak rzekomo ma zmienić bieg historii i nie dopuścić do tego, aby mapa polityczna uległa zmianie. Krótko mówiąc: kolejna mission impossible w bogatym CV agenta 007. A zafundował ją Jamesowi Bondowi jeden z kontynuatorów literackiego pomysłu Iana Fleminga, Boyd, William Boyd, wielokrotnie nagradzany pisarz szkockiego pochodzenia, który urodził się w Ghanie, a dorastał w Nigerii. To właśnie do drugiego z tych zachodnioafrykańskich państw – a raczej do Zanzarimu, czyli wyobrażenia Nigerii wyniesionego z lat młodzieńczych – z lekka tylko zakamuflowawszy historyczne fakty i zmieniwszy nazwy geograficzne, wysyła 007 na misję w swojej powieści zatytułowanej Solo.

William Boyd z brytyjskim wydaniem

William Boyd z brytyjskim wydaniem „Solo” / Fot. Matt Dunham, The Associated Press

Solo to doprawdy niebanalna rzecz, jednak nie tyle dla wielbicieli książkowej sensacji w ogóle, ile dla fanów postaci Bonda i jego, tak literackich, jak i filmowych, przygód. Boyd zmierzył się z legendą 007 od tej bardziej ambitnej, bo mniej odtwórczej strony. Wprawdzie zachował oryginalne postaci stworzone przez Fleminga (pannę Moneypenny, agenta CIA i przyjaciela Bonda, zgodnie z wizją Fleminga poważnie okaleczonego przez rekina podczas jednej z akcji – Felixa Leitera, wspomnienie francuskiego agenta, a zarazem dość enigmatycznej postaci – René Mathisa), przemycając nawet ich charakterystyczny sposób bycia czy sposób dyskutowania z głównym bohaterem, Bond skreślony jego piórem to nadal stanowczo za dużo pijący i palący kobieciarz, który gardzi herbatą (bo „zamula”), a ukłony w stronę Doktora No są subtelne, co nie znaczy że niewidoczne (klimat afrykański bliski jest jamajskiemu, a łódź nieodzownie ukrywa się pod wielkimi liśćmi), jednak Solo odwraca o sto osiemdziesiąt stopni najistotniejsze elementy utrudniające wypełnienie klasycznych misji brytyjskiego agenta oraz wprowadza niespotykaną dotąd empatię do charakteru protagonisty. Przede wszystkim, szkocki pisarz wyrzucił z bondowskiego świata postać szalonego Złego, który w taki czy inny sposób pragnie zawładnąć światem lub jakąś istotną jego częścią, zastępując go tajemniczym spiskiem o geopolitycznym, bardzo współczesnym charakterze. Nikt też w Solo nie szykuje na Jamesa złotego naboju ani nie obmyśla planu skompromitowania go, który to plan wprowadzony w życie przyprawiłaby o rumieniec wstydu rząd Jej Królewskiej Mości. Bond w powieści Boyda jest tak naprawdę mało istotny – to kulka w międzynarodowym pinballu, „prosty marynarz na okręcie państwa”, a nawet człowiek naiwny – jak w pewnym momencie lektury z pewnością pomyśli czytelnik. Nie znajdziemy też w Solo słowa na temat Rosji, ZSRR, SMIERSZ-u czy organizacji Widmo – nic z tych rzeczy. A przecież mamy późne lata 60., zimna wojna trwa w najlepsze, aż się prosi „przyjaciół Moskali” umieścić w fabule. Tymczasem tłem powieści Boyda są kilka zjawiskowych brytyjskich obrazków w prologu i epilogu – znów nietypowych, bo w znacznej mierze związanych z domatorstwem (!) Bonda – oraz trawiony wojną domową fikcyjny Zanzarim i Stany Zjednoczone, które James z właściwą sobie ironią nazywa „krajem wolnych ludzi”.

Delta rzeki Niger skrywa w sobie nieprzebrane bogactwo ropy naftowej. Delta Zanzy w

Delta rzeki Niger skrywa w sobie nieprzebrane bogactwo ropy naftowej. Delta Zanzy w „Solo” to oczywiste do niej odniesienie. / Fot. NASA

Wróćmy na moment do Zanzarimu i tła historycznego fabuły, nadającym jej interesującego i autorskiego sznytu oraz osobistego rozliczenia. Otóż, w Solo Bond obchodzi swoje czterdzieste piąte urodziny, zatem, przyjmując za Boydem i samym Flemingiem, że 007 urodził się w roku 1924, fabularnie mamy rok 1969. Istotnie, rozmowa bohaterów o niedawnym lądowaniu na Księżycu i toczącej się wojnie w Wietnamie datę tę potwierdza. Jednak 1969 rok i kilka lat wcześniejszych to także niezapomniany, w sensie drastycznym, czas dla samego Boyda, wówczas zaledwie siedemnastoletniego. Źródła internetowe, włącznie ze stroną autorską pisarza, niewiele mówią na ten temat, co do jednego wszak mamy pewność – wojna domowa w Nigerii, której młody William był świadkiem, wstrząsnęła nim i trwale wpłynęła na jego twórczość. A od siebie dodam, że również na tę twórczość, wydawałoby się, najbardziej komercyjną, jak kontynuacja przygód Bonda właśnie. Zanzarim na kartach Solo to niewielkie państwo w Afryce Zachodniej od dwóch lat targane przez wojnę domową, wywołaną na skutek zarówno różnic plemiennych, jak to miało miejsce w przypadku Nigerii w 1966, jak i w wyniku „konfliktu naftowego”, co z kolei jest ukłonem Boyda w stronę historii współczesnej i nigeryjskiej wojny wewnętrznej z 2008 roku, a także działalności Ruchu na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru. Łącząc te wydarzenia, zachowując podstawy ówczesnych polityk zewnętrznych USA, Wielkiej Brytanii i Francji, nieznacznie przesuwając daty i czas trwania poszczególnych działań, zmieniając nazwy własne oraz, rzecz jasna, dodając atrakcyjnej fikcji sensacyjnej, Boyd stawia Bonda naprzeciw problemów i widoków, których przypuszczalnie sam był świadkiem przed laty – wszechobecnego głodu, migów, niszczących jednym przelotem całe wioski, chat wypełnionych trupami, rozczłonkowanych ciał obsiadanych przez roje much, umierających dzieci o nogach jak patyki i wzdętych brzuchach. Agent 007, zestawiony z tak dramatyczną rzeczywistością, nie mógł pozostać postacią luźną i sarkastyczną przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie. Bond w powieści Boyda musiał okazać się bardziej empatyczny i współczujący niż zwykle, gdyby było inaczej – przestałby być postacią pozytywną, agentem, którego zadaniem jest obrona harmonii. Nie należy jednak mylić tego rysu charakteru z mięczactwem czy wykastrowaniem postaci, która w dalszym ciągu pozostaje supersprawna, kreatywna i męska. Po prostu wzbogacony o dodatkowe, ludzkie przecież, cechy James, jak każdy dorosły facet wie, że należy schować pistolet, aby napoić dziecko, zatrzymać się, gdy płacze kobieta i chronić tych, którzy są mu oddani.

Z powyższych względów, zarówno umotywowanych biografią autora, jak i dramatycznym tłem fabularnym, ma w sobie Solo – mimo obecności atrakcyjnych, nierzadko sarkastycznych dialogów (rozmowa Bonda z Moneypenny to mistrzowski ukłon w stronę filmowych potyczek w sekretariacie MI6), sporej dozy erotyki (obowiązkowa średnia w postaci dwóch kochanek na fabułę wypełniona), luksusowego anturażu drogich alkoholi, wykwintnych kolacji i ubrań spod igieł najlepszych projektantów oraz psychopaty o niespotykanym wyglądzie, który w bardziej tradycyjnej fabule pełniłby zapewne rolę pomagiera głównego czarnego charakteru – gorycz przynależną bardziej bondowskim filmom z Danielem Craigiem, niż stricte rozrywkowym powieściom szpiegowskim. Gorycz, którą zapowiada senne wspomnienie z II wojny światowej, podczas której Bond poczuł po raz pierwszy, co to znaczy spojrzeć śmierci w oczy, a finalizuje brak satysfakcji z wykonanej przecież jak zwykle w stu procentach misji.

Co 007 czyta podczas podróży do Afryki Zachodniej?

Nawet gdy czyta w podróży do Afryki Zachodniej – pracuje. Lektura Bonda, czyli „Sedno sprawy” Grahama Greene’a z fabułą umieszczoną w… Afryce Zachodniej.

Solo, czyli jak sama nazwa wskazuje w znacznej części przedstawionych wydarzeń 007 będzie działał samopas, co w bondowskim uniwersum równoznaczne jest z rozwiązaniami wbrew przykazaniom zwierzchnika i kodeksowi agenta MI6. Oczywiście, takie fabularne zwroty w przygodach Jamesa miały już miejsce, że wspomnę pierwszy z brzegu przykład – przedostatnią filmową odsłonę cyklu, czyli Skyfall (2012, reż. Sam Mendes). Boyd jednak tytułową „solówkę” przetransponowuje także na narrację, której co prawda nie czyni pierwszoosobową, jednak wszystkie przedstawione wydarzenia filtruje przez umysł Jamesa. Nie znajdziemy w Solo fragmentów rozgrywających się poza linią wzroku protagonisty, nie poznamy dosłownych myśli jego rozmówców (jeden jedyny wyjątek od tej reguły – s. 307), wszystkie zdarzenia i gesty będą rejestrowane przez zmysły Bonda i przez niego interpretowane. Narracja ta z jednej strony pokazała doskonałe zrozumienie Boyda dla bondowskich smaczków – pyszne są fragmenty, w których James porównuje ze sobą różne stadia kobiecej dojrzałości oraz interpretuje odzywki i gesty M, pragnącego uchodzić za bardziej surowego, niż jest w istocie – z drugiej natomiast nacechowana jest swoistą nieudolnością, która objawia się natrętnym i dosłownym zaznaczaniem, nierzadko w środku jakiegoś dłuższego opisu, że Bond coś pomyślał, zauważył, zastanowił się, co z kolei wyrywa czytelnika ze świata przedstawionego, nie wspominając o tym, że jest po prostu niepotrzebne.

Skoro już jestem przy łyżce dziegciu, można także narzekać na finalizację konfliktu pomiędzy rebeliantami a wojskiem Zanzarimu, która została przedstawiona bardzo skrótowo i niemerytorycznie. Po druzgocącym opisie spalonej wioski, barwnym odmalowaniu podróży przez dzikie plenery znajdujące się w strefie wojny i realistycznym przybliżeniu tętniącej życiem afrykańskiej stolicy, Boydowi jakby zabrakło pomysłów na interesujące zakończenie wątku zanzaryjskiego. W znacznej mierze jednak potknięcie to wynagradza intryga jako całość i jej rozwiązanie, z jednej strony proste w swojej konstrukcji, z drugiej – przeżarte współczesnością, gorzkie i niepokojące. Ze względu na niewielką ilość „scen” akcji w pełnym tego słowa znaczeniu, Solo nie jest może lekturą dla wielbicieli sensacji sensu stricto, jednak fani niespiesznie i elegancko rozwijających się opowieści szpiegowskich z pewnością będą zachwyceni. Nie wspominając o rasowych „bondologach”, dla których fabuły z agentem 007 to coś więcej, niż perypetie dupcyngiera biegającego ze spluwą w dłoni – ci z pewnością przyznają mi rację, że zdanie „Dziękuję za whisky, sir” nigdy dotąd nie brzmiało tak pięknie.

PS. Uwaga do redaktora: wyrażenie „szklanka do mycia zębów” (s. 183) nie jest zbyt fortunne.


Moja ocena: 7/10

Natomiast obiektywnie rzecz biorąc…

Wniebowzięci będą: fani Bonda, nie mający nic przeciwko ludzkiej odsłonie ich ulubionego agenta oraz ci, którzy są gotowi porzucić gęsty, naszpikowany szczegółami styl Fleminga na rzecz bardziej skąpych w opisy odsłon przygód 007; wielbiciele niespiesznie rozwijających się powieści szpiegowskich; czytelnicy poszukujący zawoalowanych smaczków faktograficznych.

Kręcić nosami będą: przeciwnicy literackich kontynuacji napisanych po śmierci właściwego autora; czytelnicy poszukujący czystej rozrywki w rodzaju „zabili go i uciekł”; osoby wrażliwe na drastyczne opisy wojny, śmierci i cierpienia.


William Boyd, Solo, przeł. Agnieszka Sobolewska, W.A.B. Warszawa 2013.

Za książkę dziękuję

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s