Sicario

Przesuwanie granic

Denis Villeneuve wie, jak zrobić film, który zmiażdży obrazem i przekazem. Lubi wycierać oczami i umysłami widzów chore przestrzenie tego świata. Udowodnił to niejednokrotnie – każąc dwójce rodzeństwa rozszyfrować druzgocącą tajemnicę ich zmarłej matki, a przy okazji ich własną (Pogorzelisko, 2010), doprowadzając zrozpaczonego ojca porwanego dziecka do karygodnych czynów (Labirynt, 2013) czy mnożąc pająki w głowie pewnego nauczyciela akademickiego (Wróg, 2013). W twórczości kanadyjskiego reżysera dostrzec można zasadniczy, świadomie zaplanowany ubytek – brak tego, co określamy jako dobro w ogólnie przyjętym znaczeniu tego słowa. Gdy widz dostrzega jego przebłyski, Villeneuve natychmiast bezceremonialnie je tłumi. Co tam: tłumi! On je bezlitośnie miażdży, tak jak się miażdży niedopałki w popielniczce![*] W Sicario (2015), swoim najnowszym filmie, ani myśli odchodzić od tej reguły.

Juárez. A właściwie Ciudad Juárez w stanie Chihuahua w północnym Meksyku. Miasto przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi z liczbą około 1,4 miliona mieszkańców. Niedobre miasto. Millerowskie Sin City przełożone na ziemskie realia. Chora kraina, słynąca z masowego kobietobójstwa i kultu macho przekraczającego rozumienie przeciętnego Europejczyka. Miasto-spelunka, w którym biznes narkotykowy urasta do wielkości katedry (co zabawne, również w tym mieście grzechu obecnej i będącej jego najsłynniejszym zabytkiem). Zapomnijcie o pokątnej dilerce w szkole, imprezowym „wciąganiu” czy „dawaniu w żyłę” w dworcowej ubikacji. Takie obrazki przy esencji najważniejszego „przemysłu” Juárez są niczym bajki dla grzecznych dzieci. Tymczasem przyjrzyjmy się właśnie temu – esencji, jądru problemu: bossom, ich bezlitosnym pomagierom, wojnom pomiędzy mafiami narkotykowymi, obcinaniu kończyn i głów w ramach zemsty na nielojalnym współpracowniku, publicznemu wieszaniu niekompletnych nagich trupów w ramach przestrogi.

Witajcie w Juárez!

Witajcie w Juárez!

Właśnie w takie, a nie inne środowisko będące najgorszą twarzą narkobiznesu zostanie wrzucona główna bohaterka Sicario, Kate Macer (Emily Blunt), która w swoim życiu zawodowym policjantki FBI jak dotąd specjalizowała się w poszukiwaniu zaginionych, także tych zamieszanych w… narkobiznes. Wyobrażała sobie, że namierzając spelunki kartelowych płotek z trupami zamurowanymi w ścianach robi wielkie rzeczy. Jakże się myliła! Przecież to zaledwie czubek góry lodowej, paznokcie, które nawet wielokrotnie obcięte – odrosną. Ale teraz, w towarzystwie szefa jednostki odpowiedzialnej za zwalczanie handlu narkotykami u podstaw, Matta ( frywolny na starcie Josh Brolin, który im dalej w las, tym skuteczniej przekazuje emocje towarzyszące działaniu wyszkolonego agenta CIA i żołnierza w jednym), i enigmatycznego najemnika owianego legendą skuteczności w tępieniu narkotykowych plugastw, Alejanda (oszczędnie grający Benicio Del Toro, który zmarszczywszy czoło już staje się swoim bohaterem), Kate ma szanse dotknąć sedna problemu i miast robić manicure kartelom – ucinać im ręce. O, ile, rzecz jasna, zaakceptuje zasady pracy na nowym stanowisku i poważy się przekroczyć granice do tej pory dla niej nieprzekraczalne.

Owo przekraczanie granic i nanoszenie nowych, powodujące zacieranie się kategorii, które zwykliśmy nazywać dobrem, złem, postępowaniem według zasad i ich łamaniem to podstawowy, acz nie od razu widoczny temat Sicario. Villeneuve, opowiadając historię policjantki, która za honor wzięła sobie tępić plugastwo narkobiznesu, w rzeczywistości robi wiwisekcję tego, jak dalece człowiek potrafi wygiąć swój moralny kręgosłup, aby osiągnąć zamierzone cele. Oczywiście, jaki człowiek – takie ambicje. Gliniarz z meksykańskiej prowincji (Maximiliano Hernández) nie będzie trącił oryginalnością i przekroczy swoje granice dla pieniędzy i zapewnienia godnego bytu swojej rodzinie. Matt, jako dowodzący jednostką specjalną, chce dobrać się do samej góry narkobiznesu, który jak robak toczy Juárez. Kate ma ambicje nauczyć tego, jak być bardziej skuteczną w policyjnej pracy. Alejandro, ten potężny, małomówny mężczyzna sprawiający wrażenie urodzonego z bronią w ręku… on po prostu chce znów spać spokojnie. I w tym momencie nic więcej nie trzeba o nim wiedzieć.

Josh Brolin ze sceny na scenę coraz mocniej kreśli wizerunek oddanego sprawie, bezlitosnego dowódcy.

Josh Brolin ze sceny na scenę coraz mocniej kreśli wizerunek oddanego sprawie, bezlitosnego dowódcy.

Oczywiście, w ten sposób wyliczone ambicje bohaterów Sicario brzmią dość niewinnie. Jednak zdjęcia Rogera Deakinsa – urozmaicone w swojej ponurości, ukazujące zarówno żółtawe, półpustynne krajobrazy, rzuty na widowiskowe kolumny policyjnych aut, jak i ujęcia z kamery noktowizyjnej czy z (prawdopodobnie) bezzałogowego samolotu szpiegowskiego – oraz nihilistyczna i przywodząca na myśl horror z psychopatą jako protagonistą, nierzadko dudniąca w uszach muzyka Jóhanna Jóhannssona, umiejętnie potrafią przełożyć je na mroczne wizje oraz czarny jak noc i gęsty niczym krew klimat, a scenarzysta Taylor Sheridan (kinowy debiut!) uraczy widza niezapomnianymi postępkami nie tylko członków kartelu, lecz także bohaterów ich ściągających, którzy – w imię granic, które z racji zwyrodnienia przeciwnika musiały zostać przesunięte dalej – bez mrugnięcia okiem szargają wizerunkiem dobrego gliny. Wizerunkiem, który Villeneuve z goryczą wyśmiewa, ukazując widzowi, że praworządność i honor w świecie Sicario są równorzędne przedwczesnej śmierci.

Wkroczenie do uniwersum stworzonego przez Kanadyjczyka można przyrównać do zawiśnięcia w ciężkiej mazi, jednakowoż z maksymalnie wyczulonym umysłem. Związane jest to ze swoistą bezradnością widza, który zostaje wrzucony w świat, z którego zasad niewiele rozumie, więc, aby złapać dla siebie chociaż trochę informacji, musi się zamknąć i po prostu patrzeć. Podobnie jak Kate, której nowi współpracownicy, zamiast tłumaczyć, w czym właśnie bierze udział, mówią tylko: „Obserwuj”. Villeneuve nie stworzył rodzaju thrillera, tak lubianego przez mainstreamowych widzów, w którym każdy punkt na drodze „po nitce do kłębka” czy kolejne znalezisko przybliżające rozwiązanie zagadki są objaśniane, przez co odbiorca ma szansę czuć się po części ekranowym specjalistą ścigającym ugrupowanie czy pojedynczego zbrodniarza. Wszak, chcąc oddać sedno odczuć zagubionej i rozerwanej pomiędzy honorem a skutecznością bohaterki, nie mógł tego zrobić.

Kate (Emily Blunt) nie jest typową protagonistką thrillera policyjnego. O awansie może zapomnieć.

Kate (Emily Blunt) nie jest typową protagonistką thrillera policyjnego. O awansie może zapomnieć.

Zresztą, sama Kate bynajmniej mainstreamową figurą policyjnego żółtodzioba nie jest, tą postacią służbisty, który, ucząc się na błędach i od mądrzejszych, a także stając oko w oko z wrogiem, wychodzi z całej sprawy silniejszy, bardziej pewny siebie i z awansem w kieszeni. Vinneneuve sięga po motyw w kinie policyjnym niezwykle rzadki, mianowicie – uwaga: delikatny spoiler! – pod koniec seansu ukazuje bohaterkę dużo słabszą, niż była na początku. Macer nie wychodzi z juareskiego piekła ani bardziej doświadczona, ani bardziej odważna, za to z murowanym skierowaniem na terapię. Wizerunkiem Kate, Emily Blunt na dobre pożegnała się z obrazkiem walecznej Rity z Na skraju jutra (2014), co udało jej się zrobić z niemałą wrażliwością i skutecznym oddaniem „zahukania” osoby pozostającej pod długotrwałym działaniem stresu. Osoby, która została pozbawiona złudzeń. Tak jak i widz – jej towarzysz w nietypowym szkoleniu i w lizaniu ran po porażce.

Podsumowując, nie tak się robi kasowe kino policyjne, nie tak wygląda sprawdzony przepis na dobry dreszczowiec, nie tak ma kończyć karierę honorowy filmowy glina. Wreszcie: nie tak przyzwyczajeni jesteśmy postrzegać czarny charakter filmu, który na dobrą sprawę nie jest tu istotny, a w fabule pełni raczej domyślną rolę symbolu, niż namacalnej, przeżartej występkiem postaci. Kanadyjczyk odwrócił zatem na lewą stronę podstawowe składniki policyjnego thrillera i zyskał nową jakość, powodującą ten specyficzny rodzaj szoku, który obezwładnia – początkowo widz nie wie, co myśleć, bo otrzymuje zbyt wiele enigmatycznych przekazów w formie, która nie jest mu znana. Co prawda nie po wszystkich odwróconych wartościach udało się Villeneuvemu przejść bez potknięć (istotny motyw zemsty wypada nad wyraz skromnie, a moment, w którym opowieść główna styka się z poboczną historią meksykańskiego policjanta nie wzbudza większych emocji), ale bez dwóch zdań Sicario potwierdza, że oto mamy do czynienia z artystą nietuzinkowym i niesubordynowanym, który konsekwentnie idzie swoją artystyczną ścieżką wybrukowaną złem, terrorem i dekadencją, zmuszając widza do otwierania oczu na sprawy, których niekoniecznie chce być świadomym.

8/10

Paulina Stoparek


[*] Pomysłodawcą tego porównania jest Patryk Karwowski z filmowego bloga Po napisach, który zwykł nazywać je jednym słowem – petowanie.


Sicario, 2015, prod. USA, reż. Denis Villeneuve, scen. Taylor Sheridan, wyst.: Emily Blunt, Josh Brolin, Benicio Del Toro i in.

Za seans dziękuję

images

Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych.

Reklamy

One thought on “Sicario

  1. Dobro, zło, moralność. Podobno coś takiego istnieje, podobno ludzie potrafią je rozpoznać i dokonać właściwego wyboru. Literatura oraz filmy tego pokroju pokazują, że jest inaczej. Co prawda Juarez wygląda w „Sicario” jak najgłębszy krąg piekieł, ale Villeneuve daje do zrozumienia (paradoksalnie – subtelnie szokując), że Juarez to miniatura świata. Jasny podział na „dobrych” i „złych” jest dobry jedynie w bajkach dla dzieci. W prawdziwym życiu nie jest tak łatwo. Granice już dawno zostały zatarte. A głównym bohaterem jak dla mnie jest Alejandro właśnie. Dlaczego? Bo zmusza do myślenia i empatii. I dlatego, bo potrzeba dużo odwagi, aby przyznać się przed samym sobą, że utożsamiamy się w pełni z zabójcą.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s