Dariusz Pawłowski „Czarna samica kruka: Lot nad krawędzią świadomości”

Obrazy nie do zapomnienia

Oczy o źrenicach, w których chociaż jeden raz odbił się gasnący płomień uchodzącego życia, nigdy już nie będą takie same.

„Nie oglądaj tego filmu! Poważnie chcesz do końca życia mieć w głowie te straszne obrazy? Bo gdy raz je zobaczysz, nie pozbędziesz się ich nigdy…”. Takimi słowami ostrzegł mnie przed laty kolega, gdy postanowiłam zmierzyć się z Antychrystem (2009) Larsa von Triera. Wspomniany film ma swoich zwolenników, jak i przeciwników, a jego wartość artystyczna dla wielu pozostaje sporna, jednak jednego odmówić mu nie można – tego, że niektóre jego kadry czy sceny pozostawiają niezatarte wrażenie, wnikają w rdzeń umysłu, a w swej bezkompromisowości zachwycają odbiorcę tudzież doprowadzają go do wymiotów. Przytaczam wspomnienie dotyczące Antychrysta nie od parady. Przeczytana niedawno powieść sprawiła, że do szuflady magazynującej w moim umyśle widoki niezapomniane w swym przerażającym wydźwięku, dołączyło kilka kolejnych. Odpowiedzialny za to jest pisarz Dariusz Pawłowski i jego Czarna samica kruka. Czytaj dalej

Reklamy

Tomasz Konatkowski – Bazyliszek [Audiobook]

bazyliszek okładka

Zaduszki z trupem w tle

Emerytura nie zając, trupa mamy.

(nadkomisarz Adam Nowak)

Bazyliszek Tomasza Konatkowskiego należy do tych powieści, których lektura zasługuje na odpowiednie otoczenie. To książka, która ze względu na bogactwo niuansów i szerszy kontekst jaki rozciąga wokół fabularnej intrygi, warta jest wdzięczniejszego tła nad hałaśliwe pojazdy komunikacji miejskiej. Nadto, do powyższych wartości dochodzi kwestia estetycznego rozplanowania rozdziałów i podrozdziałów okraszonych wiele mówiącymi, nieoczywistymi tytułami. Tu się, drodzy Państwo, należy skupić, nad pisarskim projektem pochylić z uwagą! Z jednej strony bowiem Bazyliszek to kryminał stołeczny, z którego współczesność wychodzi wszystkimi porami, z drugiej – powieść pełna życiowej dojrzałości i inteligentnych spostrzeżeń, bardzo, bardzo rodzinna oraz w smaczny, nienachalny sposób przemycająca priorytety człowieka, jakim jest sam autor. Czytaj dalej

Everest

Rest for ever

Ostatnie słowo zawsze należy do góry.

Wielkość i zarazem słabość Baltasara Kormákura są podobne do tych, które cechują M. Nighta Shyamalana. Obaj filmowcy, skuszeni obietnicami – zresztą spełnionymi – otrzymania wielkich budżetów dla swoich filmów i rozreklamowania ich szerszej publiczności, zdecydowali się porzucić swoje surowe i ambicjonalne reżyserskie wizerunki. Zatracając się w mainstreamowych produkcjach, mocno oddalili się od tego, za co widzowie pokochali ich kino. Skromność, kameralny dramat jednej, góra dwóch osób, mrok, tajemnica, trudne do przewidzenia, nietuzinkowe zachowania bohaterów były atutami filmografii obu wymienionych, które to cechy w ostatnich latach w znacznej mierze zagasiły producenckie wymagania (prawdopodobnie) i ramy wyznaczone przez kino rozrywkowe (bez wątpienia). O ile jednak Shyamalan najwyraźniej ponownie odwraca głowę w kierunku idei, które niegdyś mu przyświecały (Wizyta, jego ostatni film, to w znacznej mierze powrót do kameralnych, romansujących z gatunkiem horroru wizji hinduskiego reżysera), o tyle Kormákur najwyraźniej nie ma jeszcze dość „fabryki snów” z prawdziwego zdarzenia i ani myśli wracać do rodzimej Islandii, na której powstały najlepsze jego filmy. Dowodem na to jest jego najnowsze dzieło z aktualnym box office’em sięgającym niemal stu czterdziestu milionów dolarów[1]Everest (2015). Czytaj dalej

Karl Ove Knausgård – Moja walka. Księga 1

Bez pardonu

Nagły wstyd był w moim dzieciństwie jedynym uczuciem, jakie pod względem intensywności mogło się mierzyć ze strachem.
– Karl Ove Knausgård

Powyższy cytat nie będzie mottem tego omówienia. Będzie tylko i aż przykładem. Przykładem na to, jak bolesne fakty z życia potrafi unaocznić czytelnikowi Karl Ove Knausgård w autobiograficznej Mojej walce. Przykładem, bo podobnych zdań odnajdziemy w niej więcej, a one z kolei będą składały się na obserwacje ostre jak trzaśnięcie biczem i przerażające niczym piekło, do którego można trafić tylko za życia… Czytaj dalej

Marek Krajewski – Śmierć w Breslau [Audiobook]

Śmierć w odcieniu noir

Śmierć w Breslau – debiut literacki Marka Krajewskiego; książka, która stworzyła polskiego Marlowe’a, Eberharda Mocka; powieść, która w dużym stopniu przyczyniła się do odrodzenia polskiej literatury kryminalnej; proza czarna jak smoła i brudna niczym przenośna toaleta na placu budowy; namnożenie (od)autorskich obsesji, na których oparłszy się, cierpliwy psychiatra mógłby napisać pracę habilitacyjną. Dzisiaj, w szesnaście lat od ujrzenia światła dziennego i po kilku wznowieniach – trzymam w rękach najnowsze, w formie audiobooka wydanego we współpracy Wydawnictwa Znak z Biblioteką Akustyczną – to już kryminał-legenda. Dla niektórych dzieło życia Krajewskiego, dla innych – zaledwie rozgrzewka przed objawieniem się talentu autora w całej swojej pełni. Jedno wszak jest pewne i co do tego niewielu ma wątpliwości – Śmierć w Breslau to książka ważna. Czytaj dalej

Drugi Hotel Marigold

Hotel pogodnej starości

Drugi Hotel Marigold (The Second Best Exotic Marigold Hotel , 2015) to aktorski samograj. Zresztą trudno się dziwić, wszak odtwórcy ról emerytowanych Brytyjczyków usiłujących odnaleźć się w indyjskich realiach są legendami kina i teatru, które pozjadały zęby na scenie i mimo zaawansowanego, a nawet sędziwego wieku, nadal pozostają zawodowo aktywni. Świadomi zarówno swoich talentów, jak i słabości, artyści ci dobrze wiedzą, w jaki sposób pokazać się od jak najlepszej strony. Z opanowaną do perfekcji mimiką i pewną siebie postawą, przez dwie godziny bawią i wzruszają niejako od niechcenia, bez wysiłku, bez spinania się, wyginania czy plastikowych min, sprawiając, że kontynuacja zaskakującego przeboju sprzed czterech lat jest dokładnie tym, czego należy się spodziewać – ciepłym i optymistycznym filmem o jasnej, a nawet zabawnej stronie starości, pełnym wysmakowanego poczucia humoru. Czytaj dalej

Snajper

snajper plakat

Z punktu widzenia radykalnego patrioty

Clint Eastwood zwykle stroni od politykowania w swojej twórczości i nie inaczej pod tym względem przedstawia się jego najnowszy film, Snajper (American Sniper, 2014), gdzie konflikt narodów amerykańskiego i irakijskiego ukazany został z subiektywnej i mocno patriotycznej strony, bez zagłębiania się w jego genezę. Przede wszystkim jednak jego najnowsze dzieło opowiada o zagubieniu jednostki, jej wewnętrznym rozdwojeniu pomiędzy tym, co słuszne i dobre, a tym, do czego została stworzona, a co z kolei jest moralnie wątpliwe. Czytaj dalej

Marek Krajewski – Władca liczb

władca duzy

Quo vadis, Krajewski?, czyli o demonie, który kompromisem się brzydził

Od Władcy liczb Marka Krajewskiego oczekiwałam bardzo wiele. Po lekturze poprzedniej powieści wrocławskiego pisarza, W otchłani mroku, nastawiłam się na to, że – mimo momentami natrętnej akademickości w prozie tegoż – z każdą jego kolejną książką moje potrzeby czytelnicze będą zaspokajane maksymalnie, a zakończenie lektury będzie okupowane charakterystycznym dla odbiorcy, który odkrył autora doskonałego, myśleniem ujętym w jednym zdaniu, brzmiącym: „jak dalej żyć?!” Po obróceniu ostatniej strony W otchłani mroku poczułam takie właśnie zagubienie, miałam uczucie, że oto coś wyjątkowego nieubłaganie dobiegło końca. To wydarzenie miało miejsce rok temu. Teraz, w kilka dni po lekturze Władcy liczb, pora zadać sobie pytanie, które z uczuć jej towarzyszących będę pamiętać po upływie podobnego czasu.

Nie, nie będzie to opisane powyżej uczucie zagubienia, poczucie, że nie wiem, czym zająć ręce. Nie będzie podobnego do tego sprzed roku wzruszenia spowodowanego poznaną historią. Nie będzie też podobnego szoku, bo – chociaż w przypadku estetyki pisarskiej Krajewskiego może zabrzmieć to zgoła absurdalnie – tym razem autor nie przyszykował dla czytelnika takiej dozy zbrodniczych opisów jak wcześniej… W czym zatem tkwi urok Władcy liczb? Czytaj dalej

Miłość

I że cię nie opuszczę aż do śmierci

Długo wstrzymywałam się przed seansem Miłości (Amour, 2012) Michaela Hanekego. Sama siebie łajam za to, że przed obejrzeniem jakiegokolwiek filmu zbyt dużo informacji o nim czytam. Tak samo było w tym przypadku. Po lekturze kilku artykułów bałam się więc zdołowania, łez i skrajnych uczuć, jakie ten obraz może we mnie wywołać. Miałam też obawy, że mnie po prostu znuży. Małżeństwo dwojga starszych ludzi. Jedno z nich powoli, lecz nieubłaganie odchodzi. Będzie smutno, boleśnie, szaro… I co się okazało? Było smutno i boleśnie. I szaro. I tak pięknie zarazem, że w gardle urosła mi kula, która nie pozwoliła ujść łzom, będącym nadal pod moimi powiekami podczas pisania tego tekstu. Czytaj dalej