Everest

Rest for ever

Ostatnie słowo zawsze należy do góry.

Wielkość i zarazem słabość Baltasara Kormákura są podobne do tych, które cechują M. Nighta Shyamalana. Obaj filmowcy, skuszeni obietnicami – zresztą spełnionymi – otrzymania wielkich budżetów dla swoich filmów i rozreklamowania ich szerszej publiczności, zdecydowali się porzucić swoje surowe i ambicjonalne reżyserskie wizerunki. Zatracając się w mainstreamowych produkcjach, mocno oddalili się od tego, za co widzowie pokochali ich kino. Skromność, kameralny dramat jednej, góra dwóch osób, mrok, tajemnica, trudne do przewidzenia, nietuzinkowe zachowania bohaterów były atutami filmografii obu wymienionych, które to cechy w ostatnich latach w znacznej mierze zagasiły producenckie wymagania (prawdopodobnie) i ramy wyznaczone przez kino rozrywkowe (bez wątpienia). O ile jednak Shyamalan najwyraźniej ponownie odwraca głowę w kierunku idei, które niegdyś mu przyświecały (Wizyta, jego ostatni film, to w znacznej mierze powrót do kameralnych, romansujących z gatunkiem horroru wizji hinduskiego reżysera), o tyle Kormákur najwyraźniej nie ma jeszcze dość „fabryki snów” z prawdziwego zdarzenia i ani myśli wracać do rodzimej Islandii, na której powstały najlepsze jego filmy. Dowodem na to jest jego najnowsze dzieło z aktualnym box office’em sięgającym niemal stu czterdziestu milionów dolarów[1]Everest (2015).

Historia dramatycznie zakończonej wspinaczki na Dach Świata, która rozpoczęła się krotko po północy 10 maja 1996, jest mniej więcej znana. Nie każdy natomiast jest świadom turystycznych korków, jakie wówczas miały miejsce na trasie na szczyt, ani szeregu błędnych decyzji, jakie popełnili szefowie i członkowie poszczególnych grup, które to zjawiska, opóźniając zejście o bezpiecznej godzinie, przyczyniły się do śmierci ośmiu osób. Oczywiście, nie ma to jak wczytać się w wydarzenia, na podstawie których powstał dany film, i tak przygotowanym wybrać się do kina, ale na dobrą sprawę opowieść Kormákura jest na tyle sterylna, że wspomniane błędy nawet kompletnie niezorientowany w technikach i zasadach wspinaczkowych widz wychwyci. Wychwyci, może nawet pokręci głową nad nieodpowiedzialnością czy egoistycznymi pragnieniami poszczególnych bohaterów, ale, co zaskakujące, trudno mu będzie ich potępić. Islandzki reżyser na tyle słabo zarysowuje sylwetki poszczególnych członków wyprawy (a raczej trzech wypraw), skupiając się na to konto na wizualnych atrakcjach i w znacznej mierze wiernym odtworzeniu tragicznie zakończonej przygody, że osiąga to, czego obecność w katastroficznych dziełach opartych na faktach graniczy z cudem – neutralność.

Bo tu chodzi o gest... Bohater kreowany przez Jacka Gyllenhaala dotyka czubka Góry Gór.

Bo tu chodzi o gest… Bohater kreowany przez Jake’a Gyllenhaala dotyka czubka Góry Gór.

Pytanie, jakie się nasuwa w związku z powyższym brzmi: czy było warto? Czy cena, jaką jest niemal całkowity brak charakterów i duchowości bohaterów, nie okazała się zbyt wysoka? I, żeby oddać sprawiedliwość niebywałemu przedsięwzięciu, jakiego podjął się Islandczyk – czy istotnie można było przedstawić rzecz inaczej? Ostatnie z postawionych powyżej pytań nie powinno odbiorcy dziwić, ponieważ kłopot z zekranizowaniem jednej z najbardziej głośnych górskich tragedii pojawia się już u jej źródła, czyli w realiach. W maju 1996 roku na Everest wchodziło zbyt wiele komercyjnych pilotowanych grup wspinaczkowych, a żeby ich tragedię oddać wiernie i ekranowo uwiarygodnić, Kormákur ową wielość himalaistów uwzględnił w swoim filmie, w związku z czym nie był w stanie wystarczająco skupić się na ich psychologicznych sylwetkach, ba, nie miałby na to dość czasu nawet gdyby na warsztat wziął jedną ze wspomnianych grup. W ciągu dwugodzinnego seansu przybliżającego dni poprzedzające ostatni odcinek przeprawy, wykłady kierownika wyprawy i lekarki, kumpelskie, zaprawione procentami rozmowy członków ekspedycji, a w końcu dramatyczne ostatnie godziny życia niektórych z nich – otrzymujemy zaledwie szkicową, podpartą atrakcyjnymi gestami (np. wbicie państwowej flagi w szczyt Everestu), charakterystykę jednostek i stosunków rodzinnych (a te wydają się nie mniej interesujące od wspinających się bohaterów, wszak mało jest małżonków czy dzieci, które są w stanie pojąć nietypowe hobby swoich mężów/żon/ojców/matek i psychicznie znieść lęk o wspinającego się w ekstremalnych warunkach domownika). Nawet poświęcenie nieco dłuższego czasu ekranowego domyślnemu głównemu bohaterowi, wielokrotnemu zdobywcy Góry Gór i szefowi firmy Adventure Consultants organizującej komercyjne wyprawy na wiadomy szczyt, Robowi Hallowi (Jason Clarke), nie uczyniło zeń nikogo więcej nad bohatera ledwie naszkicowanego, od czasu do czasu podpartego grubą symboliczną kreską, vide melodramatyczne zakończenie „konfliktu” z żoną, który dotyczył imienia jego nienarodzonej jeszcze wówczas córki.

Kormákur, z racji wyraźnego postawienia na warstwę wizualną opowieści i katastroficzne „po nitce do kłębka”, na dobrą sprawę nie daje też szansy bohaterom wyczerpująco odpowiedzieć na odwieczne pytanie: „Po co się wspinacie?” (zadaje je dziennikarz John Krakauer (Michael Kelly), który przebieg owej wyprawy opisze w swojej książce i bynajmniej nie zrobi tego tak neutralnie jak przedstawia rzecz Kormákur), o celu wspinaczki pozwalając opowiedzieć osobie, która jako jedyna wydaje się go mieć – wrażliwemu, pracującemu na trzy etaty Dougowi (John Hawkes), który po trosze sobie, a po trosze dziecięcym wolontariuszom, które na jego wyprawę zbierały pieniądze, pragnie swoją odwagę i wytrwałość udowodnić. Ten element wrażliwości to zresztą nie jedyna funkcja bohatera kreowanego przez Hawkesa, którego zachowanie przyczyni się w dużej mierze do tragedii jego towarzyszy. Doug miał szansę być bohaterem przyszpilającym uwagę widza. Miał. Niestety, z racji wspomnianych już przyczyn, jest go w filmie za mało, przez co został zbyt słabo wyeksponowany.

John Hawkes otarł się o szansę stworzenia bohatera nietuzinkowego. Niestety, w ciągu zaledwie kilku ekranowych minut nie miał na to szans.

John Hawkes otarł się o szansę stworzenia postaci nietuzinkowej. Niestety, w ciągu zaledwie kilku ekranowych minut nie miał na to szans.

Wracając do zadanego wczesniej pytania: czy było warto pogrzebać charaktery na rzecz neutralności i porywającego wizualnie przekazu? Mimo przytoczonych wyżej uwag związanych z płycizną produkcji odpowiedź zdecydowanie brzmi: TAK! Tak, ponieważ trzeba przyznać, że dobrze ogląda się brak ostentacyjnego heroizmu i „zwykłość” zmagających się z żywiołem osób, których charaktery, jakkolwiek skąpo nakreślone, nie powodują zażenowania swoją zerojedynkowością, co przy tego typu produkcji, przy dokładniejszym ich nakreśleniu, mogłoby pójść w stronę czarno-białego i/lub przesadnie tkliwego rozłożenia akcentów. Nie zapominajmy bowiem, że na niektórych z himalaistów w bezpiecznych czterech ścianach czekają domownicy, którzy razem z nimi duchowo przeżywają tragedię na wysokościach. Dzięki szkicowości postaci, Everest w tych momentach zyskuje szlachetny rys kameralnych tragedii, skromnych wizualnie i takoż wygranych (w tym momencie nisko kłaniam się filmowym żonom wspinających się panów, Robin Wright i Keirze Knightley), a potężnych pod względem emocjonalnym.

Drugi głos na TAK jaki ma charakter – wie każdy, który chociaż odrobinę śledzi filmowe newsy. Widoki, jakie można ujrzeć w najnowszym filmie Kormákura dosłownie zapierają dech w piersiach i porażają zestawieniem w ich bezpośredniej bliskości człowieczej małości. Z tej też przyczyny najbardziej przykuwającymi sekwencjami Everestu są te, w których widzimy pojedynczego bohatera na tle lodowej, osuwającej się ściany tudzież rozpaczliwie próbującego utrzymać się na ruchomym pomoście zawieszonym nad przepaścią. Wrażenie realizmu podnoszą operatorskie zabiegi, które wstrząsami kamery czy niewyraźnymi zdjęciami zgodnymi z linią wzroku określonego bohatera, oddają grozę dolegliwości stających się udziałem śmiałków znajdujących się na niebezpiecznej dla ludzkiego organizmu wysokości. Jeden z uczestników tragicznej wyprawy mówi w pewnym momencie, że po przekroczeniu określonej wysokości ciało człowieka, które „nie jest stworzone do tego, aby funkcjonować na wysokości przelotowej Boeniga”, wchodzi w proces stopniowego umierania. Związane jest to oczywiście z ekstremalnie ujemnymi temperaturami, ale także z rozrzedzonym powietrzem. Fizyczne konsekwencje związane z zaistnieniem tych niedogodności zostały skrupulatnie w filmie przedstawione. Kormákur nigdy nie brzydził się naturalizmem i chwała mu za to.

Małość człowieka na tle górskiego żywiołu jest ważnym motywem

Małość człowieka na tle górskiego żywiołu jest najważniejszym motywem „Everestu”.

Na koniec jeszcze drobna uwaga natury gatunkowej. Otóż Everest świetnie się sprawdza nie tylko jako dramat katastroficzny based on a true story, lecz także jako thriller. Początkowa cisza przed burzą, nomen omen nie tylko przysłowiową, na którą składają się obietnice powrotu czy ostrzegawczy wykład opiekuna jednej z wypraw, nadaje filmowi ciężkości i grozy. Niby nic takiego się nie dzieje, ale pojawiają się Czechowowskie strzelby, które będą musiały wystrzelić. I wystrzelą, raz w momencie możliwym do przewidzenia (śmierć z powodu zamarznięcia), innym razem wprawiając widza w kompletne osłupienie, na przykład wówczas, kiedy z kadru zniknie osoba, która jeszcze przed chwilą wydawała się mieć realne szanse na przeczekanie zawiei.

Podsumowując, Islandczyk wychodzi ze swojego największego dotąd reżyserskiego przedsięwzięcia obronną ręką. Oglądając Everest, doprawdy jest na co popatrzeć i czego się przestraszyć. Inna sprawa, że Kormákur ma zdecydowanie więcej serca dla jednostkowych dramatów i mrocznych, psychodelicznych klimatów przyprawiających zarówno bohaterów, jak i widzów o klaustrofobię, co udowodnił takimi swoimi islandzkimi filmami jak Bagno (Mýrin, 2006) czy Na głębinie (Djúpið, 2012). Everest jest zresztą swoistym odwróceniem drugiego z wymienionych filmów, również zainspirowanego prawdziwymi wydarzeniami – w obu obecny jest człowiek zestawiony z żywiołem, jednak w produkcji islandzkiej całość dramatu wygrana jest na jednej postaci, która w kadrze obecna jest niemal cały czas samotnie, przez co urasta do niebezpiecznie natrętnego symbolu ofiary, natomiast opowieść o himalaistach sprowadza pojedynczą jednostkę do pyłu posiadającego wartość tylko w grupie. Grupie, z której w pewnym momencie problemem będzie tę jednostkę wyłowić, gdyż wielości bohaterów w niemal jednakowych kostiumach i z zabezpieczonymi maskami twarzach oko widza niekoniecznie podoła.

Ale oczywiście nie z tego względu życzyłabym sobie, aby zdolny Islandczyk wrócił do ojczyzny. Powód mojego życzenia jest inny – po prostu zauważyłam, że wśród rodzimych śniegów i za niewielkie pieniądze Kormákur robi filmy głębokie i czarne niczym noc polarna. Natomiast wielki budżet umożliwiający rzeczywistą wyprawę ekipy filmowej ku nepalskiej Górze Gór wyraźnie okroił jego indywidualizm, czego efektem jest co prawda dzieło zjawiskowe wizualnie, ale tak płaskie jako przekaz, że w wersji DVD zapewne niebezpiecznie dużo straci na znaczeniu.

6/10

Paulina Stoparek


[1] Źródło: Filmweb (5.10.2015).


Everest, 2015, prod. Islandia, USA, Wielka Brytania, reż. Baltasar Kormákur, scen. Simon Beaufoy i William Nicholson, wyst.: Jason Clarke, John Hawkes, Keira Knightley i in.

Za seans dziękuję

images

Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s