Spectre

Szczwany lis, czyli James Bond na bogato

Trzy lata temu, w pięćdziesięciolecie powstania najdłuższej w historii kinematografii serii filmowej, fani Jamesa Bonda byli świadkami zatoczenia fabularnego koła opowieści o agencie 007. Utrzymany w minorowym klimacie Skyfall (2012) w reżyserii Sama Mendesa zakończył się niespodziewanie pogodnie, stając się niejako początkiem nowej-starej odsłony cyklu. Nowej w sensie podtrzymywania oficjalnie odświeżonej biografii Bonda z przesuniętą o 44 lata datą urodzenia, którą zapoczątkowała nowoczesna ekranizacja Casino Royale (2006), starej w sensie powrotu do klasycznych bondowskich korzeni – prześmiewczych i umownych. Spectre (2015), czyli „Bond nr 24”, przypuszczalnie okazał się nie lada niespodzianką nie tylko dla fanów serii, lecz także dla samego Mendesa, ponownie wybranego przez Barbarę Broccoli do wyreżyserowania przygód najbardziej kasowego produktu eksportowego Wielkiej Brytanii. Czy mógł bowiem przypuszczać, że po teatralnych spektaklach Szekspira i Czechowa przyjdzie mu doprowadzić postać popkulturowego szpiega do jego możliwie najbardziej maistreamowej i przebojowej formy?

Mendes oraz czwórka sprawdzonych scenarzystów – Neal Purvis, Robert Wade, John Logan i Jez Butterworth – musieli zdawać sobie sprawę z tego, że kolejny „Bond” w ciężkiej tonacji pewnikiem wywołałby w widzach odczucie „zmęczenia materiału”, a u bondomaniaków narzekanie na zbytnie odejście od klasycznego spojrzenia na postać i utrzymania opowieści w tonie półserio. Powiedzmy sobie szczerze, jak by nie chwalić dwóch ostatnich filmów z serii, tak nie na postać Jamesa położony był w nich nacisk, a na opowieść jako taką – pogłębioną, stonowaną, poważną. Najnowszy film Mendesa odwraca te wartości. Mimo licznych zawirowań charakterystycznych dla fabuł akcji, historia przedstawiona w Spectre jest dość prosta, a na dodatek mało odkrywcza. Na dobrą sprawę już z trailera można domyślić się owej hucznie zapowiadanej tajemnicy z przeszłości Bonda (niezawodny Daniel Craig, już po raz czwarty w tej roli), która doprowadzi Jamesa do czołowego czarnego charakteru serii, szefa zbrodniczej tytułowej organizacji Ernsta Stavro Blofelda (Christoph Waltz). Co zatem sprawia, że dwuipółgodzinny – najdłuższy w historii bondowskich filmów – seans nie nuży? Odpowiem przekornie: a dlaczego nie nuży płyta z najlepszymi kawałkami Michaela Jacksona czy Rolling Stones? Nie dlatego czasem, że są właśnie najlepsze?

Sekwencja meksykańska w prologu "Spectre" to kunszt sztuki operatorskiej i montażowej.

Sekwencja meksykańska w prologu „Spectre” to kunszt sztuki operatorskiej i montażowej.

Spectre to – idąc za chwytliwym i nadzwyczaj trafnym określeniem Karola Barzowskiego z Onetu – sto procent Bonda w Bondzie, the best of 007. To film wyczulony na aktualności – co od zawsze było cechą charakterystyczną serii – natury polityczno-społecznej (scenariusz uwypukla palący problem współczesności jakim jest niebezpieczeństwo doprowadzonej do absurdu inwigilacji), technicznej (Aston Martin DB10 – oczywiście srebrny, któremu wizualnie bliżej do opływowego pojazdu kosmicznego niż samochodu), kulturowej (jak pokaże fabuła, Spectre to część tetralogii, co można odczytywać jako ukłon w stronę przeżywającej światowy come back serializacji wszystkiego, co możliwe), które zostały połączone z tym wszystkim, co każdy „bondolog” zna, uwielbia i czemu z zachwytem przyklaśnie. Przy czym nie mam tu na myśli wyłącznie takich elementów, jak wstrząśnięte (nie zmieszane!) martini, seksualne podboje bohatera (trzy kochanki na jedną fabułę – sporo), jego liczne podróże (Meksyk, Włochy, Austria, Maroko i podwójna wizyta w ojczyźnie – to chyba fabularny wojażowy bondowski rekord na jedną fabułę), lecz także multum cytatów z poprzednich produkcji klanu Broccolich. Fani 007 będą się prześcigać w ich wyławianiu, ba!, przeciętny (czytaj: nie traktujący serii o Bondzie jak świętość) widz także sporo cytatów odnajdzie. Bo czegóż w Spectre nie ma! Jest wyrośnięty pomagier złego o metalowych szponach, za ich pomocą mordujący przeciwników – ukłon w stronę Buźki (Richard Kiel), czyli mordercy o metalowym uzębieniu ze Szpiega, który mnie kochał (1977) i Moonrakera (1979); mroczny quasi-labirynt z tarczami strzelniczymi i twarzami ofiar będący odniesieniem do „toru przeszkód” jaki zafundował Jamesowi Scaramanga (Christopher Lee) w Człowieku ze złotym pistoletem (1974); jest podróż luksusowym pociągiem i obowiązkowa w nim potyczka ze wspomnianym pomagierem, czyli połączenie dwóch analogicznych scen z Pozdrowień z Rosji (1963) i wymienionego już Szpiega; jest hucznie obchodzony kult zmarłych żyjących po śmierci w sercach tych, którzy zostali, co z kolei jest ukłonem w stronę pierwszego „Bonda” z Rogerem Moore’em, Żyj i pozwól umrzeć (1973)… i wiele, wiele innych nawiązań w formie scenek-cytatów, scenografii czy pojedynczych elementów, których odnajdywanie sprawia ogromną przyjemność (leniwych i tych, co już je odnaleźli zapraszam po więcej do galerii kolaży umieszczonej pod tekstem) i których nadmiar i przerysowanie wybaczy każdy widz, który jest fanem nie zawsze logicznego i wiernego prawom fizyki bondowskiego uniwersum.

Twarz Blofelda (Christoph Waltz) przez długie minuty pozostaje w cieniu.

Twarz Blofelda (Christoph Waltz) przez długie minuty pozostaje w cieniu.

Ostatnie z nawiązań, uderzające w widza już na starcie w bajecznej sekwencji meksykańskiej imitującej jedno długie ujęcie (w rzeczywistości to nader zgrabnie „posklejany” cyfrowo montaż) to zresztą wiodący temat Spectre. Narzucająca się przez cały seans symbolika tańca śmierci z życiem oraz – w znaczeniowym przedłużeniu – śmierci oddziałującej na życie, zestawienie starego z nowym, przebrzmiałego z aktualnym, przeszłości z teraźniejszością, wspomnień z ich oddziaływaniem na aktualne decyzje – wprowadza do na pozór prostego i rozrywkowego scenariusza możliwość piętrowego odbioru całości. Ponadto, kinomani świadomi artystycznych zapędów Mendesa odbiorą Spectre z większym zrozumieniem, ponieważ przypuszczalnie łatwiej będzie im zaakceptować nie do końca pasującą do całości teatralność rozmów Jamesa ze swoimi partnerkami – z przyciskaną do lustra, pretensjonalnie reagującą Lucią (Monica Bellucci) oraz z wystudiowaną gracją wypytującą bohatera o plany na przyszłość Madeleine (Léa Seydoux) – czy uszanować sceniczne przyciemnienie przez długie minuty skrywające twarz Blofelda w mroku, oraz dostrzec przemycane w niemal jednobarwnych kadrach samotne postaci będące przenośnią człowieczego osamotnienia.

Oczywiście, nie trzeba starego (pamiętny DB5) i nowego (wspomniany DB10) modelu Astona Martina czy odzewu „zza grobu” byłej M (Judi Dench) odczytywać na zasadzie symbolicznego rusztowania, aby mieć satysfakcję z seansu Spectre. Ci, którzy nie skorzystają z tej interpretacyjnej nadbudowy także będą mieli ogromną frajdę z obrazu, wypełnionego atrakcyjnie sfilmowanymi – autorem zdjęć jest Hoyte Van Hoytema, odpowiedzialny m.in. za wizję świata ukazaną w Interstellar (2014, reż. Christopher Nolan) – pościgami ulicami Rzymu, Tangeru czy po austriackich stokach (i szopach! – kolejne nawiązanie, zdjęcie w galerii poniżej), zmyślnymi słownymi potyczkami czy powrotem po czterdziestu czterech latach zbrodniczego syndykatu Widmo i Blofelda, do których to wizerunków producenci bondowskiego cyklu nareszcie odzyskali prawa, co z kolei pozwoliło idealnie wykorzystać specyfikę aktorstwa Christopha Waltza, wprost stworzonego do grania psychopatów z niewinnym, niemal dziecięcym uśmiechem torturujących nieszczęśników, którzy wpadną im w ręce. Bez dwóch zdań szpieg Jej Królewskiej Mości nadal inspiruje, bawi i zachwyca, chociaż przypuszczalnie ta akurat odsłona cyklu spodoba się głównie „bondologom”, niechętnych serii zaś zirytuje bardziej niż dotychczasowe filmy poświęcone przygodom 007 (dość wspomnieć, że ironiczne podejście Spectre do legendy cyklu jest rozbuchane do tego stopnia, iż scenariusz zezwala pijanemu Bondowi przeprowadzać szpiegowski wywiad z (sic) myszą).

Spalona siedziba MI6 i nowoczesne Międzynarodowe Centrum Bezpieczeństwa (w rzeczywistości to City Hall w Londynie) jako symbol starego i sprawdzonego oraz następującej po nim nowoczesności, będącej niekoniecznie trafionym wyborem.

Spalona siedziba MI6 i nowoczesne Międzynarodowe Centrum Bezpieczeństwa (w rzeczywistości to City Hall w Londynie, zdjęcie spoza zbioru filmowych fotosów) jako symbole starego i sprawdzonego status quo oraz następującej po nim nowoczesności, będącej wyborem niekoniecznie trafionym.

Mendes dobrze o wie, jak zrobić dwuipółgodzinny film, który nie tylko nie znuży i będzie nieustającym kalejdoskopem atrakcji, lecz także przemyci do popkulturowej bajki sporą dozę psychologii, wspomnieniowego napiętnowania, piętrowo potraktowanego zagadnienia życia po śmierci, teatru, a także odnośników do innych, bynajmniej niemainstreamowych dzieł literackich i filmowych. Co by powiedział Marcel Proust, widząc uwspółcześnioną wersję swoich klasycznych już dziś magdalenek zamkniętą w ciele pięknej pani doktor Madeleine Swann? A Stanley Kubrick? Czy spodobałoby mu się wtargnięcie Jamesa na tajne spotkanie zakazanej organizacji, tak podobne w swoim teatralnym zainscenizowaniu do tego, które stworzył przed laty na użytek Oczu szeroko zamkniętych (1999)? Co pomyśli Gaspar Noé, widząc kreowaną przez Bellucci Lucię idącą na stracenie niczym Alex z jego filmu Nieodwracalne (2002), którą w odwróconej znaczeniowo scenie ta sama aktorka zagrała trzynaście lat wcześniej? Uśmiechnie się z uznaniem czy oburzy? Jakakolwiek będzie reakcja – na pewno nie będzie nią obojętne wzruszenie ramion. Takie intertekstualne roszady zawsze budzą mimowolny – nawet jeśli niechętny – podziw w każdym wrażliwym artystycznie umyśle, w którym po seansie Spectre, w wersji mniej lub bardziej ugładzonej, pojawi się myśl: „Co za szczwany lis z tego Mendesa!”.


Moja ocena: 8/10

Natomiast obiektywnie rzecz biorąc…

Wniebowzięci będą: rasowi bondomaniacy uwielbiający odnajdywać charakterystyczne dla cyklu smaczki i cytaty; wielbiciele kulturowych interseksualizmów; osoby spragnione widowiskowego kina akcji z ukrytą pod warstwą pościgów i strzelanin duszą.

Kręcić nosami będą: widzowie nierozumiejący fenomenu bondowskich przygód, zwłaszcza tych mocno przerysowanych; osoby, które w filmach poszukują realistycznych historii z życia wziętych; niechętni melanżowi kultury masowej z wysoką.


Spectre, 2015, prod.: USA, Wielka Brytania, reż. Sam Mendes, scen.: Neal Purvis, Robert Wade, John Logan i Jez Butterworth, wyst.: Daniel Craig, Christoph Waltz, Léa Seydoux i in.

 Za seans dziękuję

images


GALERIA BONDOWSKICH KOLAŻY
(chciałam więcej, ale nie wszystkie kadry ze Spectre są w tym momencie dostępne w Sieci)

Ktoś uważa, że kinowe plakaty Spectre nic nie mówią?

Daniel Craig na oficjalnym fotosie do "Spectre" i Sean Connery w scenie z "Doktora No" (1962).

Daniel Craig na oficjalnym fotosie do „Spectre” i Sean Connery w scenie z „Goldfingera” (1964).

Daniel Craig na oficjalnym fotosie do "Spectre" i Roger Moore w "Żyj i pozwól umrzeć" (1972)

Daniel Craig na oficjalnym fotosie do „Spectre” i Roger Moore w „Żyj i pozwól umrzeć” (1973).

Nawiązania do poprzednich filmów z cyklu:

Luksusowy pociąg jako tło konfrontacji z najętym mordercą: "Spectre" (góra), "Szpieg, który mnie kochał" (dół, po lewej) i " Pozdrowienia z Moskwy" (dół, po prawej).

Luksusowy pociąg jako tło konfrontacji z najętym przez Złego mordercą: „Spectre” (góra), „Szpieg, który mnie kochał” (1977, dół, po lewej) i „Pozdrowienia z Moskwy” (1963, dół, po prawej).

Przedział w pociągu początkiem romansu? "Spectre" (góra) i "Casino Royale" (dół).

Przedział w pociągu początkiem romansu? „Spectre” (góra) i „Casino Royale” (2006, dół).

Pulpit8

„Płonie stodoła, płonie aż strach, aż kurzy się”, czyli szopa w wersji, którą bondomaniacy kochają najbardziej: „Spectre” (góra) i „W świetle dnia” (1987, dół).

Tak zwana nehru jacket - marynarka z wykładanym kołnierzem zakrywająca biodra: Sean Connery w "Doktorze No" (góra) i Christoph Waltz w "Spectre" (dół),

Tak zwana nehru jacket – marynarka z wykładanym kołnierzem do długości bioder: Sean Connery w „Doktorze No” (1962, góra) i Christoph Waltz w „Spectre” (dół),

Kult zmarłych nie musi być smutny: meksykańskie Święto Zmarłych w „Spectre” (góra) i murzyński pogrzeb w „Żyj i pozwól umrzeć” (dół).

Kult zmarłych - przebranie wyobrażające kościotrupa: "Żyj i pozwól umrzeć" (po lewej) i "Spectre" (po prawej).

Kult zmarłych – przebranie wyobrażające kościotrupa: „Żyj i pozwól umrzeć” (po lewej) i „Spectre” (po prawej).

Sanatorium pośród szczytów Alp: Sölden w „Spectre” (góra) i Piz Gloria w filmie „W tajnej służbie jej Królewskiej Mości” (1969, dół).

Artystyczne nawiązania spoza serii:

Wie, że umrze (chociaż nie umrze) i nie wie, że umrze (chociaż umrze): Monica Bellucci w bliźniaczej "tunelowej" sekwencji" - jako Lucia w "Spectre" (góra) i jako Alex w "Nieodwracalnym" (dół).

Wie, że umrze (chociaż nie umrze) i nie wie, że umrze (chociaż umrze): Monica Bellucci w bliźniaczych „tunelowych” sekwencjach – jako Lucia w „Spectre” (góra) i jako Alex w „Nieodwracalnym” (2002, dół).

Tajne zgromadzenie ukazane w formie przypominającą inscenizację teatralną (balkony, loże, snop światła pośrodku kadru): "Oczy szeroko zamknięte" (góra) i "Spectre" (dół).

Tajne zgromadzenie ukazane w sekwencji przypominającej inscenizację teatralną (balkony, loże, snop światła w najbardziej frapującej dla widza części kadru): „Oczy szeroko zamknięte” (1999, góra) i „Spectre” (dół).

Reklamy

One thought on “Spectre

  1. Pingback: Mariusz Czubaj „Martwe popołudnie” | Redaktor na Tropie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s