Everest

Rest for ever

Ostatnie słowo zawsze należy do góry.

Wielkość i zarazem słabość Baltasara Kormákura są podobne do tych, które cechują M. Nighta Shyamalana. Obaj filmowcy, skuszeni obietnicami – zresztą spełnionymi – otrzymania wielkich budżetów dla swoich filmów i rozreklamowania ich szerszej publiczności, zdecydowali się porzucić swoje surowe i ambicjonalne reżyserskie wizerunki. Zatracając się w mainstreamowych produkcjach, mocno oddalili się od tego, za co widzowie pokochali ich kino. Skromność, kameralny dramat jednej, góra dwóch osób, mrok, tajemnica, trudne do przewidzenia, nietuzinkowe zachowania bohaterów były atutami filmografii obu wymienionych, które to cechy w ostatnich latach w znacznej mierze zagasiły producenckie wymagania (prawdopodobnie) i ramy wyznaczone przez kino rozrywkowe (bez wątpienia). O ile jednak Shyamalan najwyraźniej ponownie odwraca głowę w kierunku idei, które niegdyś mu przyświecały (Wizyta, jego ostatni film, to w znacznej mierze powrót do kameralnych, romansujących z gatunkiem horroru wizji hinduskiego reżysera), o tyle Kormákur najwyraźniej nie ma jeszcze dość „fabryki snów” z prawdziwego zdarzenia i ani myśli wracać do rodzimej Islandii, na której powstały najlepsze jego filmy. Dowodem na to jest jego najnowsze dzieło z aktualnym box office’em sięgającym niemal stu czterdziestu milionów dolarów[1]Everest (2015). Czytaj dalej

Reklamy

Gra tajemnic

gra

Grzecznie o geniuszu

Początek Gry tajemnic (The Imitation Game, 2014) Mortena Tylduma przykuwa uwagę. Narrator z offu i zarazem główny bohater opowieści, geniusz matematyczny Alan Turing (Benedict Cumberbatch) zwraca odbiorcy uwagę, aby to, co zostanie mu ukazane, oglądał uważnie. I niezależnie od jego narcystycznej natury, kreowanej na taką od pierwszych sekund filmu, jego rada jest słuszna, ponieważ wydarzenia, o których za chwilę opowie, okażą się kamieniami milowymi w skali światowej, zarówno pod względem historycznym, naukowym, jak i obyczajowym.

Dzieło „porwanego” przez zachodnich producentów norweskiego reżysera, pęcznieje od kadrów tyczących się losów II wojny światowej, rozwoju nauki i postrzegania mniejszości seksualnych. Pęcznieje na tyle mocno, że Gra tajemnic winna być filmem dłuższym. Czytaj dalej

Zacznijmy od nowa

Muzyka łagodzi obyczaje

Pięknie wyglądają Keira Knightley i Mark Ruffalo w najnowszym filmie Johna Carneya Zacznijmy od nowa (Begin Again, 2013). I nie mam tu na myśli wyłącznie ich urody, która – przynajmniej dla mnie – jest sprawą oczywistą, ale przede wszystkim energię jaką ich twarze emanują, gdy grani przez nich bohaterowie odnajdują się w tym co robią, odkrywają sens w życiu, a także przyjemność przebywania w swoim towarzystwie.

Niby to wszystko już gdzieś było: ona młoda, zbuntowana, zawiedziona związkiem z mężczyzną; on sterany życiem rozwodnik, zbyt często zaglądający do kieliszka, a na dodatek właśnie stracił pracę. On się nią zachwyci, ona będzie przez jakiś czas nieufna, by ostatecznie odkryć wspólne z nim pasje, zaufać mu i po pewnym czasie zmienić i siebie, i jego, na lepsze… Jednak Zacznijmy od nowa, mimo podobnego schematu, nie jest filmem tak banalnym jak się wydaje. To kino nie tylko ciepłe, pełne pozytywnej energii i nieco naiwnego zilustrowania spełniania się marzeń, lecz także świeża i bezpretensjonalna produkcja mająca wyraźne znamiona artystycznej perełki, na dodatek nie do końca przewidywalnej fabularnie.  Czytaj dalej