Stephen King „Lśnienie” [Audiobook]

Oszaleć ze strachu

Wiem, że możesz to zrobić, oczywiście, że możesz! Musisz go zabić, koniecznie musisz go zabić, Jackie! I ją także! Bo każdy artysta musi cierpieć! Bo każdy mężczyzna zabija to, co kocha!

Lśnienie, trzecia powieść Stephena Kinga, z podniesiona głową wkracza w wiek średni. Od czasu pierwszego wydania w 1977 roku minęło czterdzieści lat, a fabuła tego horroru i sposób ukazania szaleństwa przemieszanego ze zjawiskami nadprzyrodzonymi zdobywają kolejne rzesze czytelników. Także tych nieufnych, upierdliwie czepliwych, malkontenckich, którzy z powodu lektury Lśnienia, tego kamienia milowego literatury grozy, już na zawsze zostaną w pazurach Króla Horroru, choćby i ten w dalszych latach rozmieniał się na drobne.

Okładka pierwszego amerykańskiego wydania „Lśnienia”.

Nieufna, upierdliwie czepliwa, malkontencka ja. Jakże się broniłam przed Kingiem. Przed kilkunastu laty nie przetrwałam lektury powieści To. Przegrałam z rozbuchaną szczegółowością opisów i obsesyjnym wręcz wczuwaniem się w najlżejsze bicie serca bohaterów. Bałam się też bardzo, przyznaję. Poległszy – pamiętam to do dziś – na dwieście pięćdziesiątej z liczącego ponad tysiąc dwieście stron wydania z kultowego Kameleona, dałam sobie spokój, przedkładając adaptacje Kinga nad literackie pierwowzory. Mimo filmowych cudowności jak Misery, Zielona mila, Skazani na Shawshank czy, nomen omen, Kubrickowskie The Shining, twardo trwałam przy swoim, aby prozy Króla jako takiej nie tykać. Musiał się stać rok 2016 i powstać audiobook Lśnienia na wielogłos, na dodatek nieodpłatnie dostępny przez kilka tygodni w ramach ogólnopolskiej akcji czytelniczej, abym przestała być na Kinga nadęta. Musieli mi Kulesza, Gosztyła, Woronowicz, Bonaszewski i inni wspaniali rzecz przeczytać, abym zmiarkowała, ile tracę.

Niezwykłe, ile w Lśnieniu jest drobiazgowo opisanych elementów, które są nie tylko atrakcyjne dla gatunku i sprzyjają stopniowaniu napięcia, lecz także zredefiniowane i pogłębione znaczeniowo. „Zimy bywają tutaj bardzo srogie”, ostrzega głównego bohatera pracodawca, a czytelnik już wie, że pogoda przyczyni się do budowania fabularnej grozy. Autor z szeregu małych pistoletów, które wystrzelą w dalszej części fabuły (gniazdo os, młotek do roque’a, stary zegar, kocioł w piwnicy, którego temperatury należy pilnować, wiekowa winda, przebąkiwanie o agresji bohatera etc.), buduje istną armatę fundującą w finale gigantyczny wybuch. Niebywałe, powtórzę, ile tu jest piekielnie atrakcyjnych fabularnie motywów, które razem nie tylko sobie nie przeszkadzają, lecz także pięknie i konsekwentnie współgrają! A każdy jeden opowiada zarazem osobną historię połączoną z przeżywaniem wewnętrznym bohaterów i posiada ogromny ładunek symboliczny. Chociażby takie gniazdo os, którego prawidłowe zabezpieczenie przez ojca może służyć synowi jako element dekoracyjny w pokoju… A gdy jednak nie okaże się prawidłowo zabezpieczone, podczas gdy pozycja rodzinna wspomnianego ojca już wcześniej została zachwiana? Cóż ten zakompleksiony ojciec ma począć?… Bać się, że utraci swoje małe stadko. Lękać się o coraz to słabszą pozycję względem żony i brak autorytetu dla syna. Krzyczeć. Popchnąć… Złamać synowską rączkę, jak przed laty?… Czy może robić „złą rzecz”, jak w myślach nazywa nadmierne picie alkoholu jego dziecko?

Alkohol, ten piękny, chociaż obecny tylko w wyobrażeniach i wspomnieniach postaci element Lśnienia, który jest podawany miarowo i podstępnie niczym lekarstwo, które trzeba zażyć, „jak na prawdziwego mężczyznę przystało”… Nie jest tajemnicą, że autor rozpracował w powieści na części pierwsze nałóg, który dręczył jego samego. Sposób podania tej problematyki czytelnikowi to nie tyle wiedza encyklopedyczna czy wynikła z rozmów z alkoholikami, ile wyznanie człowieka chorego, który przyznał się, że w momencie tworzenia powieści pił równie dużo, co protagonista i agonista Lśnienia w jednej osobie, czyli pamiętny John Daniel „Jack” Torrance.

Fenomenalna kreacja Jacka Nicholsona zdominowała postrzeganie głównego bohatera „Lśnienia”.

Doprowadzone do groteskowych rozmiarów szaleństwo obecne w kreacji aktorskiej Jacka Nicholsona oraz pamiętna kwestia „Here’s Johnny!” zdominowały wyobrażenie na temat Torrance’a u odbiorców, którzy fabułę Lśnienia w pierwszej mierze poznali dzięki Kubrickowskiej adaptacji. Co natomiast jest siłą wyrazu Jacka powieściowego, czy też ujmując rzecz ściślej – audiobookowego? Przede wszystkim analiza i galopada myśli (czytanie kwestii „myślowych” zostało przez reżysera dźwięku odpowiednio zniekształcone, aby nie myliło się z dialogami) prowadzące do udręczenia umysłu pokrewnego depresji, rozdwojeniu jaźni i schizofrenii paranoidalnej razem wziętym. Najbardziej w Jacku przerażające jest nie to, do czego jest zdolny, ale jaką potworną mieszanką wypełniony jest jego umysł. Przerażający jest ogrom jego przekraczającego granice znośności cierpienia. Drugą sprawą naznaczającą głównego bohatera jest postać jego zmarłego ojca, która coraz silniej ujawnia się w Jacku, a której krótkie epizody zostały w audiobooku estetycznie zmaksymalizowane. Bełkotliwy, piskliwy wykład ojca płynący ze starego radia jeży włosy na głowie. Siedzisz, człowieku, ze słuchawkami na uszach, i nie wiesz, czy nagranie ze strachu wyłączyć, tchórzliwie przewinąć, czy też cofnąć, by upewnić się, czy aby na pewno dobrze usłyszałeś to, co wyczynia Marcin Przybylski i jego zniekształcony w czasie postprodukcji dźwięku głos. Doprawdy, można oszaleć ze strachu!

Generalnie rzecz ujmując, słuchowisko okrzyknięte przez Audoitekę nie od parady superprodukcją, to wzmocnienie prozy gatunkowej jako takiej. Znakomitych lektorów uzupełniają dźwięki, szumy, odgłosy urządzeń, pojazdów, przedmiotów… Każdy jeden wspomniany fabularny pistolet, który prędzej czy później wystrzeli, został zaakcentowany, począwszy od bzyczenia os, poprzez pracujący w piwnicy kocioł, po narastający agresją głos audiobookowego Jacka. Ach, czegóż to Adam Woronowicz nie wyprawia! Doskonale odnajduje się w dwoistości bohatera, pełnego ciepła ojca rodziny, który w następnej chwili potrafi kipieć psychopatycznie zdeformowaną niechęcią do żony i syna. Jakby na to nie patrzeć, lektorsko to właśnie on oraz pełna elegancji, a momentami także wkurwu, narracja Krzysztofa Gosztyły niosą tę produkcję, jednak nie byłaby ona tak dobra bez inwestycji w szereg aktorskich tuzów pokroju Agaty Kuleszy czy Mariusza Bonaszewskiego. Ten ostatni jest przepyszny jako wrażliwy na doznania spoza realnego świata i rubaszny zarazem czarnoskóry kucharz Hallorann. Na bogów, Bonaszewski momentami głos ma tak głęboki, że aż „czarny”! Natomiast Kulesza jako Wendy wypada słabiej jedynie z tego względu, że delikatność jej niektórych kwestii jest niedosłyszalna wśród dźwięków „z zewnątrz”. Pozytywnie zaskoczył Bernard Lewandowski, interpretując Danny’ego. Zaskoczył, ponieważ – w tym miejscu pozwolę sobie na osobisty wtręt – jestem nadwrażliwa na pretensjonalne głosiki i fatalne akcentowanie małoletnich polskich aktorów, tymczasem kwestii Danny’ego wysłuchałam bez większych marsów na czole.

Główni lektorzy „Lśnienia”, o których wspominam w tekście. / Fot. materiały prasowe Audioteki.

Podsumowując, czymś zdrożnym wydaje się krytyka tego karkołomnego przedsięwzięcia, które poważył się wyreżyserować Janusz Kukuła. Uwagi mam jedynie do wspomnianych momentami zbyt cichych wypowiedzi Kuleszy oraz parokrotnie nader głośnego anturażu dźwięków, który przytłumił „myślowe” kwestie bohaterów, a nawet donośną narrację Gosztyły. Jeżeli są jeszcze jakieś „ale”, to odpowiedzialny jest za nie autor powieści. Mam wrażenie, że wielu dojrzałych czytelników lepiej odnalazłoby się podczas lektury, gdyby King powstrzymał się od kreowania reprezentacyjnych duchów i spotworniałego Jacka w finale, a skupił się na rozrastających się szaleństwie i alkoholizmie jako takich (bez tego starsi czytelnicy mogą się wykpić od lektury słowami, że są na horrory o duchach za starzy). A poszedłszy jednak w grozę, mógł autor rozwinąć namnożone na końcach rozdziałów cliffhangery, obecne zwłaszcza w drugiej części powieści. Po prowokowaniu napięcia w umyśle czytelnika, który z niecierpliwością oczekuje kontynuacji wątku, jest pisarską nieprzyzwoitością w kolejnym rozdziale ukazywać bohaterów następnego dnia czy po tygodniu zgodnie współegzystujących i w miarę spokojnych, spłaszczając tym samym siłę tego, co owo napięcie spowodowało . No ale to już cecha pisarstwa Kinga, na którą Audioteka, chcąc pozostać wierną literackiemu pierwowzorowi (audiobook przedstawiany jest jako pełny), nic nie mogła poradzić.

Na koniec chcę tym, którzy przyczynili się do powstania omówionego powyżej słuchowiska, podziękować. Za to, że otworzyli mi oczy (i uszy!) na twórczość Stephena Kinga i tak pięknie przygodę z jego pisarstwem zapoczątkowali. I za to, że stworzyli audiobooka, który jest dziełem sztuki. Ni mniej, ni więcej.


Moja ocena:

Treść: 8/10Interpretacja: 9/10

Natomiast obiektywnie rzecz biorąc:

Wniebowzięci będą: wielbiciele klimatycznie narastającej grozy z nawiedzonym domem jako tłem wydarzeń; osoby ceniące prozatorskie studia psychologiczne niespiesznie nadciągającego szaleństwa; fani wyjątkowych wrażeń estetyczno-dźwiękowych; wielbiciele powieściowego Lśnienia, którzy chcą je sobie przypomnieć w nowej, wyjątkowej odsłonie.

Kręcić nosami będą: zdeterminowani antyfani horrorów; czytelnicy poszukujący wartkiej fabuły; kierowcy (Audioteka ostrzega: „Ze względu na treść audiobooka oraz efekty dźwiękowe, które potęgują charakter tytułu, zalecamy wstrzymanie się od słuchania audiobooka w sytuacjach wymagających niezachwianego skupienia jak np. podczas prowadzenia pojazdu”).


Stephen King, Lśnienie, przeł. Zofia Zinserling, czyta zespół lektorów, Audioteka (na licencji wydawnictwa Prószyński i S-ka), Warszawa 2016.


Oprócz znanej wszystkim adaptacji Stanleya Kubricka (1980) z Jackiem Nicholsonem w roli głównej, Lśnienie nawiedziło ekrany jeszcze raz, jako miniserial (1997), do którego scenariusz napisał sam Stephen King, prywatnie przeciwnik dzieła Kubricka, głównie ze względu na chłód emocjonalny filmu i fatalną jego zdaniem interpretację postaci Wendy Torrance, w którą wcieliła się Shelley Duvall.

Advertisements

One thought on “Stephen King „Lśnienie” [Audiobook]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s