Katarzyna Puzyńska – Więcej czerwieni

wiecej_czerwieni_6

You don’t fool me

Przyznaję, że mam problem z oceną powieści Katarzyny Puzyńskiej, Więcej czerwieni. Z jednej strony cały czas mam z tyłu głowy myśl, że autorka w tym roku zadebiutowała, że jest osobą młodą, a z zawodu nauczycielem akademickim, co w oczywisty sposób może się przekładać na nieco wykładowczy język jej prozy. Z drugiej natomiast mam na tyle mocną świadomość tego, co w gatunku kryminalnym jest właściwe, nieprzekombinowane, dobre mówiąc po prostu, tyle przeczytałam kryminałów lepszych i gorszych, nowoczesnych i staroświeckich, stylizowanych i przystępnych, że stałam się czytelnikiem bardzo wymagającym. Takim, który szybko dostrzeże niedoskonałości, absurdy, nieścisłości czy odautorskie natręctwa, które skutecznie pozbawiają treść napięcia, suspensu czy prawdopodobieństwa psychologicznego, czyli cech tak wskazanych w gatunku kryminalnym. Wspominam o tym wszystkim z tego względu, że trudno mi pisać o drugiej powieści Puzyńskiej bez wymieniania jej potknięć, które niemal na starcie rzuciły mi się w oczy. Jednocześnie chciałabym zaznaczyć, że mimo ich obecności, staram się mieć dla początkującej autorki sporo zrozumienia i nie mogę odmówić jej wyobraźni i umiejętności odnalezienia się w bogatej, wielopoziomowej intrydze, która nie boi się solidnego podparcia psychologiczno-obyczajowego.

XXI wiek, klimatyczna polska wieś Lipowo i mniej klimatyczna popegeerowska kolonia Żabie Doły, środek sezonu turystycznego. Intrygująca zbrodnia, równie wyrafinowana, jak ohydna. Fascynująca w swej oryginalności protagonistka, czyli komisarz kryminalna Klementyna Kopp. Powiązania pomiędzy licznymi bohaterami drugoplanowymi poprowadzone równie rasowo jak w filmie Na skróty (Short Cuts, 1993) Roberta Altmana. Morderca, który każdej z tych osób mówi „dzień dobry”, bo żyje obok nich. Żyje, dodajmy, spokojnie, ponieważ rzekoma prawda o tym, że w małej miejscowości wszyscy wiedzą o wszystkich w przypadku powieściowych wiosek ma zastosowanie równe zeru. Z rozdziału na rozdział wszechwiedzący, neutralny narrator ujawnia czytelnikowi tajemnice mieszkańców, które sprawią, że odbiór tychże obróci się o sto osiemdziesiąt stopni. Klasyczna, nieudziwniona narracja, nieco leniwa, ale z tych, które potrafią przyciągnąć uwagę niespodziewanym zwrotem akcji. Porównanie do powieści Agathy Christie nasuwa się samo, tym bardziej że Lipowo jest nie mniej urocze i w równym stopniu kołtuńskie, co znane z powieści Brytyjki St. Mary Mead. Podsumowując, Puzyńska zahaczyła o szlachetne i sprawdzone klasyczne korzenie, zaszczepiając w nie nieco współczesnej tematyki (biznes turystyczny, który utrzymuje cały region czy chęć wyrwania się młodych ludzi ze wsi) niepozbawionej staroświeckich elementów („wsi spokojna, wsi wesoła” tylko na pierwszym planie, a w rzeczywistości wypełniona podskórnym pulsowaniem dawnych uraz).

Wydawać by się mogło, że powyższa charakterystyka jest receptą na sukces, przepisem na to jak stworzyć uniwersalną powieść kryminalną, która spodoba się zarówno czytelnikom łaknącym mocnych wrażeń, jak i tym, którzy cenią sobie klimatyczne fabuły z dreszczykiem. I na dobrą sprawę Puzyńska sukces osiągnęła. Jej debiutancki Motylek wydany na początku b.r. był – co tam był! jest! – szeroko chwalony zarówno w blogosferze, jak i na kulturalnych portalach, niemal jednogłośnie został uznany za zjawiskowy początek kariery młodej pisarki, która odważnie postawiła na niepozorne na pierwszy rzut oka klimat i obyczaje wiejskiej społeczności, zbrodnię przesuwając na drugi plan. Więcej czerwieni zbiera podobne opinie i tym samym potwierdza talent autorki. I ja ten zachwyt rozumiem, a nawet popieram. Nie pojmuję tylko jednej rzeczy, mianowicie tego, jak tak ogromna liczba krytyków i blogerów mogła pominąć w swoich artykułach fakt bardzo niedoskonałego jeszcze stylu autorki. Ilość powtarzania ustalonych już faktów czy natrętnego tytułowania poszczególnych bohaterów uderza już po kilku stronach, a czytelnik (czytelnik? a może tylko ja?) może słusznie zacząć podejrzewać, czy aby nie myśli się o nim jak o idiocie. Taka komisarz kryminalna Powiatowego Posterunku Policji w Brodnicy Klementyna Kopp na przykład… Dopiero w drugiej połowie książki zamienia się po prostu w „Klementynę” tudzież „komisarz Kopp”, a i to nie zawsze. Tymczasem można by ją nazywać tak różnorodnie, chociażby „policjantką”, „brodniczanką”, „przełożoną” czy „siwowłosą kobietą”. Albo syn właściciela ośrodka wczasowego Słoneczna Dolina, kajakarz Marcin Wiśniewski, które to koligacje nieustannie są zaznaczane, podobnie jak obecność kajaków, nijak nie mających znaczenia dla akcji… Po co to, na co? Czytelnik przecież ma swój rozum, a ten lubujący się w kryminałach tym bardziej potrafi ułożyć sobie w głowie dane. Niepotrzebne mu też liczne powtarzania ustalonych już faktów, a jeśli autorka uważa inaczej, mogłaby czynić to w sposób inny niż za pomocą przerobionych już, więc nieciekawych, dialogów, korzystając chociażby z konwencji notatek bohatera. Poza tym Puzyńska używa klasycznej dla kryminału klamry tłumaczącej wszystkie wydarzenia, które na końcu objaśnia sam morderca, więc tym bardziej powtórki wydają się niewskazane.

Ktoś może mi zarzucić teraz, że styl jest dla mnie ważniejszy od treści, że nie biorę pod uwagę faktu, iż Puzyńska dopiero zaczyna. Nic podobnego! Ja to wszystko rozumiem, powiem nawet więcej: czekam na najnowszą książkę pani Katarzyny. Wierzę, że po latach autorka z uśmiechem pobłażliwości spojrzy na swoje pierwsze dzieła i przyzna, że to, co jest bezcennym darem dla studentów pragnących dużo zapamiętać z wykładu, niekoniecznie jest nim dla czytelników kryminałów. Lecz mimo tego zrozumienia i lekkiej obawy przed linczem fanów pisarstwa pani Katarzyny nie mogę tych potknięć w moich uwagach pominąć, ponieważ osłabiają one napięcie, wytrącają z uważnego śledzenia intrygi, momentami wręcz irytują i niepotrzebnie wydłużają lekturę o akapity zupełnie nic do fabuły niewnoszące. A tego pisarz kryminałów, choćby i początkujący, powinien unikać.

Jakbym jednak nie krytykowała stylu Więcej czerwieni, tak interesującej fabuły i umiejętnego przedstawienia skomplikowanych relacji międzyludzkich i społecznych naleciałości odmówić powieści nie mogę. Puzyńska, zgodnie ze swoim psychologicznym wykształceniem, podbudowuje historię przedstawianiem umysłowości postaci w różnym wieku, ich kompleksów, indywidualnych urazów czy konfliktów miedzypokoleniowych, a także tych jakie nieubłaganie pojawiają się w miejscu, gdzie miastowa filozofia styka się z wiejską. Śmiało można powiedzieć, że obyczaj i psychologia idą ramię w ramię z kryminałem, a momentami nawet go prześcigają. Dla pani Katarzyny najważniejsi są jej bohaterowie i emocje jakie nimi targają. Opisy ich stanów psychicznych, niepokoi i namiętności są obszerne i wybitnie naruszają ich intymność, nie przestając zarazem utrzymywać wokół nich nimbu tajemnicy. Bez wątpienia w sposób najbardziej interesujący Puzyńska otwiera przed czytelnikiem duszę komisarz Kopp, na której barkach, jak mniemam, zostanie poniesiony cały przyszły cykl. To postać najbardziej oryginalna, zarówno z fizycznego, jak i psychicznego punktu widzenia. Tak oryginalna, że w początkowej fazie lektury można odnieść wrażenie, że autorka przeszarżowała, jednak im dalej w las tym bardziej postać Klementyny zostaje rozkładana na cząstki, a do czytelnika zaczyna docierać dlaczego jest taka, a nie inna, skąd image babochłopa, mnóstwo tatuaży, surowość i nieprzystępność zarysowane bardzo mocną kreską. Na jej przykładzie autorka ośmiela się również podjąć niezbyt popularny w literaturze kryminalnej temat homoseksualizmu kobiecego, co prawda ujmując go w sposób okrojony, ale wierzę, że nie jest to jej ostatnie słowo w tej kwestii.

Generalnie rzecz biorąc, Puzyńska opiera działania protagonistów na uwypukleniu ich seksualności lub problemów związanych z życiem seksualnym. Zaczyna dość „niewinnie”, mianowicie od często podejmowanego w literaturze i filmie tematu zdrady partnera, jednak w miarę przewracania kolejnych stron autorka wyraźnie się rozkręca, przybliżając odbiorcy nietypowe formy seksualności i zainteresowań z nią związanych. Częściowo wychodzi z tego obronną ręką (pogłębione przybliżenie osobowości Cybulskiego), a częściowo tylko poprawnie (dość skrótowo potraktowana problematyka snuff movies), nigdy jednak nie trąci to ignorancją. Dobrze o tym wszystkim się czyta, może bez wypieków na twarzy, ale chyba też nie o to autorce chodziło, gdy obmyślając konspekt Wiecej czerwieni postanowiła postawić na mroczną stronę ludzkich namiętności, która ma mrozić, a nie rozpalać.

Oczywiście, nie tylko takie namiętności w powieści są obecne. Znajdzie się też miejsce na miłość dobrą i czystą, na zbliżanie się do siebie dwóch odmiennych osobowości, na przyjaźń, konflikty rodzinne, jednak większość tajemnic bohaterów będzie związana z ich mrocznymi potrzebami czy niezdrowymi pomysłami, które stopniowo będą odsłaniane. I w tym odsłanianiu właśnie Puzyńska jest najlepsza. Autorka uwielbia drażnić się z czytelnikiem, podsuwać mu błędne tropy, pozostawiać palące wątki niedopowiedzianymi i wracać do nich po jakimś czasie. Wielość postaci i rozmaite między nimi powiązania, również ujawniane stopniowo, świetnie temu służą, co ważniejsze jednak, nie ocierają się o filozofię Mody na sukces, tylko o polską obyczajność, trochę przaśną, nieco kołtuńską, bardzo katolicką i, co tu kryć, dość zacofaną. To ostatnie objawia się w zabawnym, ale dobrze trafiającym do czytelnika przestawieniu konfliktu pomiędzy miastem, wsią a kolonią, która jest jednostką jeszcze mniejszą niż wieś. Na przykładzie rzeczywistego miasta Brodnica oraz fikcyjnych miejscowości Lipowo i Żabie Doły autorka dobrodusznie naśmiewa się z poczucia wyższości mieszkańców turystycznej wsi patrzących z pogardą zarówno na brzydką popegeerowską kolonię, jak i na gminne miasto, których przedstawiciele władzy będą mieli baczenie na przebieg dochodzenia. Wszelka odmienność geograficzna traktowana jest z dużą rezerwą, no chyba że dotyczy ona turystów, którzy zostawiają w regionie pieniądze.

Więcej czerwieni jest pozycją, która spodoba się wielbicielom kryminałów lubiących zawitać w mroczne czeluście ludzkiej duszy bez obawiania się skutków ubocznych w postaci dekadenckiego czy chorego klimatu. Puzyńska przyjemnie odświeża polską powieść kryminalną bazując na sprawdzonych klasycznych nutach, subtelnym poczuciu humoru i przystępnie przedstawionej, niesilącej się na przesadną kozetkowość psychologii. Bogata wyobraźnia i bezsprzeczna umiejętność stopniowania napięcia połączone ze specjalistycznym wykształceniem mogą ją w niedalekiej przyszłości wynieść na wyżyny rodzimego kryminału. Jednak ponieważ konkurencja jest bardzo mocna, konieczne są popracowanie nad stylem i pomoc dobrego redaktora, a także docenienie inteligencji i wiedzy czytelnika, który zauważy takie niedociągnięcie, jak chociażby niewykorzystanie możliwości ustalenia czasu zgonu przez patologa (ofiara z bunkra), które może i da pretekst do żarliwej dyskusji śledczych, ale będzie trącić absurdem. Wielbiciele kryminałów nierzadko miewają bardzo analityczne umysły i niełatwo ich nabrać. Ja się nie nabrałam. Ale kolejną powieść pani Katarzyny, Trzydziestą pierwszą, z chęcią przeczytam. A także z nadzieją, że jej styl będzie ewoluował ku lepszemu.

5/10

Paulina Stoparek


Katarzyna Puzyńska, Więcej czerwieni, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Za książkę dziękuję 

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s