Inwazja porywaczy ciał

Ach śpij, kochanie, póki klon twój nocą nie powstanie…

Ostatnio jednym z kluczy doboru oglądanych przeze mnie filmów stała się postać kanadyjskiego aktora Donalda Sutherlanda. Po przypomnieniu sobie niepokojącego Nie oglądaj się teraz (Don’t Look Now, 1973) Nicolasa Roega, w którym zagrał główną rolę, stał się moją osobistą nieszkodliwą obsesją, a każdy obraz z jego udziałem witam z wielką radością i już na starcie film ten zyskuje u mnie wielki plus. Jednak muszę przyznać, że horrorowi Inwazja porywaczy ciał[1] (Invasion of the Body Snatchers, 1978) w reżyserii Philipa Kaufmana dodatkowych punktów nie potrzeba, ponieważ mimo upływu czasu broni się doskonale.

Scenariusz autorstwa W.D. Richtera oparty na powieści Jacka Finney’a wraz ze świetnym aktorstwem i wyjątkowo osobliwymi efektami dźwiękowymi tworzy mocny szkielet, na którym opiera się cały film. I mimo że należy on do gatunku science fiction, to nie efekty specjalne pełnią tu główną rolę, chociaż w skromnym wymiarze oczywiście występują, i to już na samym początku projekcji. Cofnę się zatem do tego momentu, jakkolwiek mam obawy, czy opisanie zawiązania się fabuły uda mi się na tyle, abyście nie wybuchnęli śmiechem, ponieważ słownie zabrzmi to wszystko w najlepszym razie zabawnie, a w najgorszym – dziecinnie.

Oto na Ziemię wprost z Kosmosu spadają zarodniki, z których wyrastają piękne kwiaty. Mają one na celu wzbudzić zainteresowanie i zachwyt ludzi, którzy wąchają je i zabierają ze sobą do domów, a potem zapadają na dziwną chorobę. A właściwie nie na chorobę, tylko na ogarniający ich umysły i ciała brak emocjonalności. Nagle wszelkie ludzkie uczucia znikają. Mężowie, żony, rodzicie, dzieci, sąsiedzi zmieniają swoje zachowanie o sto osiemdziesiąt stopni, tym samym budząc zdziwienie, a w końcu obawy u bliskich, którzy wkrótce również stają się emocjonalnymi głazami. Pierwsza zauważa to Elizabeth (Brooke Adams), młoda mieszkanka San Francisco. Kobieta dzieli się swoimi spostrzeżeniami z kolegą z pracy, Matthew (Donald Sutherland), który jest zarazem inspektorem sanepidu. Para przyjaciół postanawia zbadać tę dziwną sprawę… Dość szybko okazuje się, że ludzie wykazujący całkowity brak emocji nie są osobami, którymi byli, ale ich klonami, których celem jest całkowite opanowanie Ziemi…

Mam nadzieję, że to krótkie wprowadzenie nie wydaje się nadmiernie fantastyczne lub pretensjonalne i nie zniechęciło Was do obejrzenia filmu. Jeżeli jednak tak się stało, to spieszę dodać, że zawiązanie akcji (już po tym, jak wspomniane zarodniki spadają na naszą planetę i przy wtórze osobliwej muzyki rośliny zostają zarażone) jest zarówno złowrogie, jak i zabawne. Matthew, pełnego zawodowego wigoru, po raz pierwszy dostrzegamy dzięki judaszowi umieszczonemu w drzwiach, przez który spogląda pracownik odwiedzanej przezeń restauracji. Bohater kreowany przez Sutherlanda ma zamiar sprawdzić wspomniany lokal pod względem czystości i spełniania innych norm sanepidowskich. Rychło znajduje w restauracyjnej kuchni szczurze bobki i złośliwie proponuje ich konsumpcję właścicielowi gastronomicznego przybytku. Scena ta zaciekawia i wywołuje uśmiech na twarzy widza, zachęcając go do dalszego seansu, równie interesującego, lecz dla odmiany już nie zabawnego, ale mrocznego w swoim klimacie. Mrocznego, ponieważ kamera zaczyna śledzić domostwo Elizabeth, której partner (Art Hindle), namiętny i pełen życia w pierwszej scenie, nagle staje się chłodny i nieprzystępny. Dziewczyna nie rozumie, co się dzieje, ale nie przesadzając, zauważa, że „z zewnątrz Geoffrey to ciągle Geoffrey, ale wewnątrz… coś się w nim zmieniło (…) [i] nie jest już tą samą osobą”[2]. Zwierza się ze swoich wątpliwości Matthew, który z początku, jak łatwo się domyślić, nie bierze jej obaw na poważnie i proponuje jej spotkanie z zaprzyjaźnionym psychiatrą Davidem Kibnerem (Leonard Nimoy). W ten sposób poznajemy kolejnego kluczowego bohatera filmu, do którego para pracowników sanepidu udaje się na przyjęcie.

Warto nadmienić, że wszystkim tym niegroźnym i przyjemnym czynnościom, jak spotykanie interesujących osób na wspomnianej imprezie, jazda samochodem, przygotowywanie kolacji, czy rozmowa i jedzenie w towarzystwie przyjaciela, towarzyszy niepokój wspomagany muzyką Denny’ego Zeitlina. Natomiast ujście tego napięcia znajdujemy w dramatycznej scenie rozgrywającej się na ulicy, której zapowiedzią jest rozbita przednia szyba samochodu Matthew. W tym momencie warto wspomnieć o grze, którą reżyser podejmuje z widzem, ukazując mu tropy nawiązujące do poprzedniej ekranizacji Inwazji, czyli tej z 1956 roku w reżyserii Dona Siegela. Bowiem starszego mężczyznę rzucającego się na maskę pojazdu gra nikt inny, tylko Kevin McCarthy, który w pierwszej ekranizacji powieści Finney’a wcielił się w postać doktora Milesa J. Bennela, czyli bohatera równorzędnego temu, którym w filmie z 1978 roku jest Matthew. Drugim tego typu smaczkiem jest osoba taksówkarza, którego tożsamości nie zdradzę, pozostawiając Wam przyjemność samodzielnej zabawy zaproponowanej przez Philipa Kaufmana. Wspomnę tylko, że czytanie poseansowych materiałów jest strzałem w dziesiątkę, bardzo wzbogacającym filmową wiedzę.

Co najmniej dwukrotnie wspomniałam o złowrogim nastroju i napięciu, które charakteryzują Inwazję. Ponieważ uważam je za bardzo istotne elementy filmu, czuję się w obowiązku napisać, że ich obecność w obrazie Kaufmana jest niemal nieustająca, a potęgowane są one nie tylko za pomocą ukazywanych wydarzeń, ale i przestrzeni, w których mają miejsce. Sporo scen rozgrywa się w nocy albo podczas chmurnych, szarych dni. Znamienne są też miejsca odwiedzane przez Elizabeth i Matthew. Jeżeli jest to salon służący zdrowiu i urodzie, to musi on specjalizować się w bulgoczących kąpielach błotnych, a ogród należący do jednego z bohaterów musi być pełen obfitej, wręcz zjadającej samą siebie, różnorodnej roślinności. A, i jest jeszcze port filmowany nocą i bardzo tajemniczy. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Kaufmanowi zależało na tym, aby swojemu filmowi nadać klimat iście gotycki, mimo nowoczesnych, jak na późne lata 70. przystało, udogodnień. Momentami obraz jest tak ciemny, że możemy się tylko domyślać, co powinniśmy widzieć. Jest to tak niepokojące, że aż rozdrażnia. Dobrze więc, że reżyser, po wspomnianym dramatycznym wydarzeniu na ulicy, serwuje widzowi kolejne momenty odprężeń, ponieważ nieustannie i dość szybko wzrastające napięcie albo zjadł;;;oby własny ogon, albo przyprawiło oglądającego o ból głowy. Niewątpliwie najbardziej znamienną chwilą, gdzie nasze emocje znajdują ujście, jest scena w ogrodzie, podczas której następuje próba sklonowana ciał bohaterów. Przemiana ta, równie obrzydliwa jak fascynująca, przeraża tylko w pierwszym momencie, ponieważ oko widza szybko przyzwyczaja się do widoku… I w tym momencie zamilknę, ponieważ te świetne jak na tamte lata, a dość nieporadne jak na dzisiejsze czasy, efekty specjalne po prostu trzeba zobaczyć. Dodam tylko, że mimo oczywistej obrzydliwości, cechuje je autentyczny urok filmów grozy z tamtych lat, nieco łagodzący uczucie strachu. Natomiast inaczej rzecz ma się w przypadku ukazanej w dalszej części obrazu mutacji gatunku ludzkiego ze zwierzęcym, który sprawił, że z mojego gardła wyrwał się krzyk przerażenia…

Jednak, jak napisałam powyżej, efekty specjalnie w Inwazji z 1978 roku nie są najważniejsze. I całe szczęście. Dla mnie osobiście takie zabiegi w filmie wytrącają ze świata, w który się zatapiam podczas projekcji. Krótko mówiąc: im bardziej realistycznie, tym bardziej się angażuję w film. A obraz Kaufmana mimo łatki sci-fi zaangażował mnie (poza wspomnianą sceną klonowania) całkowicie, a jego oglądanie sprawiło mi wiele radości. Ponadto kreacja Sutherlanda jest tak błyskotliwa, świeża i autentyczna, że w moim osobistym rankingu aktorów wyprzedził on nawet plasującego się długo na pierwszym miejscu Christiana Bale’a, tak podatnego na rozmaite, często kontrastujące ze sobą, filmowe wcielenia. Kanadyjski aktor przekonuje, że nie trzeba grać diametralnie odmiennych ról, aby zaciekawiać. Jego Matthew bowiem przypomina zarówno Baxtera z Nie oglądaj się teraz, jak i tytułowego bohatera z thrillera Klute (1971) w reżyserii Alana J. Pakuli. Najwyraźniej lata 70. to dla Sutherlanda postacie mężczyzn poszukujących rozwiązania tajemnicy, w których aktor wypada niezwykle przekonująco. Naturalność gry, badawczy wzrok, ujmujący uśmiech, zdolność zmieniania akcentów (przykładem jest zmiana głosu, gdy Matthew opowiada Elizabeth żołnierski kawał podczas jazdy samochodem), a przede wszystkim spokój, stonowanie i płynąca z nich oszczędność gry, nie mające nic wspólnego z nijakością, po raz kolejny zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Podobnie jak zakończenie, w którym aktor tak zaskakuje, że, nie przesadzając, aż podskoczyłam z przejęcia.

8/10

Paulina Stoparek


[1] Inny tytuł używany przez polskiego dystrybutora to Inwazja łowców ciał.

[2] Cytat z filmu.


Inwazja porywaczy ciał, 1978, prod. USA, reż. Philip Kaufman, scen. W.D. Richter na podst. powieści Jacka Finney’a o tym samym tutule, wyst.: Donald Sutherland, Brooke Adams, Jeff Goldblum i in.

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Cafe w grudniu 2012 roku.

Reklamy

2 thoughts on “Inwazja porywaczy ciał

  1. Pierwszą wersją jaką widziałem była ta z 1993. Potem przyszła kolej na wersję z Nicole Kidman i w sumie też mi się podobała, a przynajmniej jej większa część (filmu, nie Nicole Kidman;) ). Wersję o której piszesz widziałem dopiero kilka lat temu, ale z tych trzech zrobiła na mnie największe wrażenie. Na zawsze w głowie pozostanie mi sama końcówka filmu (krzyk Sutherlanda).

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s