Marek Krajewski – Władca liczb

władca duzy

Quo vadis, Krajewski?, czyli o demonie, który kompromisem się brzydził

Od Władcy liczb Marka Krajewskiego oczekiwałam bardzo wiele. Po lekturze poprzedniej powieści wrocławskiego pisarza, W otchłani mroku, nastawiłam się na to, że – mimo momentami natrętnej akademickości w prozie tegoż – z każdą jego kolejną książką moje potrzeby czytelnicze będą zaspokajane maksymalnie, a zakończenie lektury będzie okupowane charakterystycznym dla odbiorcy, który odkrył autora doskonałego, myśleniem ujętym w jednym zdaniu, brzmiącym: „jak dalej żyć?!” Po obróceniu ostatniej strony W otchłani mroku poczułam takie właśnie zagubienie, miałam uczucie, że oto coś wyjątkowego nieubłaganie dobiegło końca. To wydarzenie miało miejsce rok temu. Teraz, w kilka dni po lekturze Władcy liczb, pora zadać sobie pytanie, które z uczuć jej towarzyszących będę pamiętać po upływie podobnego czasu.

Nie, nie będzie to opisane powyżej uczucie zagubienia, poczucie, że nie wiem, czym zająć ręce. Nie będzie podobnego do tego sprzed roku wzruszenia spowodowanego poznaną historią. Nie będzie też podobnego szoku, bo – chociaż w przypadku estetyki pisarskiej Krajewskiego może zabrzmieć to zgoła absurdalnie – tym razem autor nie przyszykował dla czytelnika takiej dozy zbrodniczych opisów jak wcześniej… W czym zatem tkwi urok Władcy liczb? Urok, którym powieść niewątpliwie emanuje, mimo znamion pewnej powtarzalności i posiłkowania się sprawdzonymi zagraniami? Mianowicie, w potrzebie czytelnika, by chłonąć powieść wszystkimi zmysłami, włącznie z osławionym szóstym, o którym mało kto wie na pewno, czy istnieje. Można bowiem krytykować pana Marka, że stał się sprawnym rzemieślnikiem i nikim więcej, że forma staje się dlań ważniejsza od treści, że jego styl przy dzisiejszych „nowoczesnych” pisarzach może się wydawać archaiczny, jedno wszak jest pewne: gdy połknie się bakcyla tej prozy trudno będzie się spod jego wpływu wyzwolić, ponieważ ten już zdąży złapać za gardło, oko, ucho, nos, rękę i – tak! – umysł… I mimo, że Władca z pewnością nie zostanie zapamiętany jako najbardziej zjawiskowa powieść Krajewskiego, tak z każdej jego strony bije olbrzymia siła oddziaływania.

Już prolog angażuje większość zmysłów odbiorcy. Oto sześcioletni Piotruś idzie ze starszym kuzynem nad rzekę, by ten nauczył go pływać. To wielki dzień dla chłopca, który z pewnością zapamięta na całe życie. Kolejny stopień na drodze niezależności zostanie zdobyty, raczkujące jeszcze poczucie męskości zostanie zaspokojone, nie wspominając już o tym, że być może po zdobyciu umiejętności pływania podziwiany kuzyn spojrzy na niego jak na kumpla, a nie kłopotliwą kulę u nogi. I ma rację Piotruś, że zapamięta ten dzień do później starości. Oto po raz pierwszy bowiem spotka się ze śmiercią, na dodatek tym bardziej drastycznym jej wizerunkiem. Na brzegu Odry chłopcy znajdują trupa w trakcie zaawansowanego rozkładu, a Krajewski opisuje to tak, że czujemy jego smród, że poprzez wpółotwarte od przyspieszonego oddechu usta czujemy smak jego odoru, że – o zgrozo – dostrzegamy, jak kończący żer skorupiak wypełza ze zwłok topielca… Topielca? A może topielca podtrutego? Czyli samobójstwo kombinowane? A może sprytne zabójstwo, które ma tak wyglądać…?

Krajewski droczy się z czytelnikiem. Droczy się także z głównym bohaterem, Edwardem Popielskim, dźwigającym na swoich coraz starszych barkach szósty już tom kryminalnego cyklu. Emerytowany policjant, w roku 1956, w którym toczy się główna akcja Władcy, pracujący jako detektyw dla pewnej wrocławskiej kancelarii adwokackiej, będzie miał nie lada zagwozdkę, której wieloletnie rozszyfrowywanie zakończy śmierć. Jednak od czego mamy wrażliwych, nieco romantycznych, bardzo staroświeckich bohaterów o duszach filozofów? Od pisania pamiętników oczywiście! A od czego tacy bohaterowie mają synów? Ano, między innymi od kontynuowania ich dzieł! A co to odznacza dla pisarza, który do opowiedzenia jednej historii przeznaczył dwóch narratorów – poszukiwaczy? Odmienne przestrzenie czasowe, mus ich opisania i obowiązek przystosowania bohaterów do więcej niż jednego świata przedstawionego. Ktoś niezaznajomiony z pisarstwem pana Marka pomyśli zapewne, że autor na siłę utrudnił sobie pracę. Natomiast ten, któremu kunszt i pomysły Krajewskiego nie są obce, dostrzeże w tym kontynuację zamysłu, który pojawił się w jego poprzedniej powieści. Patent wrocławianina z piramidą składającą się z różnych przestrzeni czasowych w przypadku narracyjnego rozdwojenia – a nawet jeszcze bardziej drobiazgowego podzielenia – tyleż ułatwia rozeznanie się w fabule, co jest bardzo pożądany w gatunku kryminalnym. Elementy tajemnicy umiejscowione w różnych miejscach osi czasu, po których autor będzie z pewną regularnością, ale mimo wszystko „skakał” – powodują czytelniczą niepewność i potrzebę wytężenia uwagi podczas lektury. Władca liczb bowiem, to twór przypominający skomplikowane równanie matematyczne, co zresztą nie po raz pierwszy było zamysłem autora.

Znany jest podziw wrocławskiego pisarza dla humanistów z umysłami ścisłowców i ścisłowców o wrażliwości humanistów. Ba, sam pan Marek, były wykładowca akademicki, z wykształcenia filolog klasyczny mający wyraźną słabość do matematyki, niejednokrotnie przemycał uwielbienie dla królowej nauk, wplatając jej tematykę zarówno w fabuły, jak i struktury swoich powieści. W przypadku Władcy liczb jest podobnie. Już sam tytuł wskazuje, Krajewski pozostał Krajewskim. Po lekturze, jak dotąd, czterech jego książek, zaryzykowałabym stwierdzenie, że Krajewskość pisarza została doprowadzona do pewnej granicy, za którą może czekać niezrozumienie ze strony większości czytelników. Władcaupewnia, że by docenić prozę pana Marka należy przyjąć ją z całym charakterystycznym dla niej inwentarzem. Dopiero, gdy przełkniemy liczne łacińskie wtręty w ustach nie tylko bohaterów – profesorów, lecz także „Zenków od pługa”, gdy zaakceptujemy sporadyczny archaizm słownictwa i stylowość mocno podpartą staroświeckością – wtedy dostrzeżemy piękno i kunszt jego prozy: barokowe wręcz charakterystyki dzieł sztuki kulinarnej, finezję słowną, wrażliwą na piękno świata duszę bohatera, jego pełną żywotnej męskości – mimo podeszłego już wieku – cielesność, plastyczną umiejętność opisywania miejskiej przestrzeni, a przede wszystkim barwne opisy nie tylko kaźni, lecz także takich obrzydlistw, o których może nawet balibyśmy się pomyśleć. Zresztą, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, ci o bardziej odpornych żołądkach docenią piękno zbrodni kreowanych na kartach powieści Krajewskiego. Jest w nich bowiem coś malarskiego i symbolicznego, na tyle wypukłego w opisie brzydoty, cierpienia i mięsnej faktury, aby mówić o profanum, a zarazem w takim stopniu tożsamego z cudem życia i utratą tego daru, aby mówić o sacrum

Zresztą, to nie jedyne przeciwieństwa obecne we Władcy liczb, na którego kartach odnajdziemy także odwieczną walkę realizmu z metafizyką. Mało tego, symbol trzeźwego oglądu świata, zwolennik „szkiełka i oka” Popielski, nie mogąc wytłumaczyć sobie pewnych zdarzeń, zacznie przechodzić na ciemną stronę mocy, której przedstawicielem będzie tytułowy władca, demon Belmispar. W pewnym momencie Edward poczuje, że odchodzi  od zmysłów, co spowodowane będzie utratą wiary w wartości, w które wierzył od zawsze. A czytelnik niemal do ostatniej strony nie będzie świadom, jak to było naprawdę i czy bohater słusznie zwątpił w swój osąd, czy dał się nabrać, czy w wydarzeniach maczały palce siły nieczyste, czy też po prostu poczciwego byłego lwowiaka i późnego wrocławianina z wyboru, dopadła „choroba” powszechnie zwana starością…

A propos starości… Potencjalnym czytelnikom Władcy doradzam przygotować się psychicznie na całkiem sporą dozę stetryczałości głównego bohatera. Popielski nie jest już tym samym jurnym gliną biegającym za przestępcami, co niegdyś. W monologach wewnętrznych (w powieści przeważa narracja pierwszoosobowa) uskarża się na liczne starcze dolegliwości, nie jest też wolny od dziwactw, jakie lubią przyplątać się do nie najmłodszych już, lecz eleganckich panów. Ta konkretna odsłona byłego lwowskiego policjanta to także swoisty sprawdzian dla czytelnika, ponieważ ten, kto z trudem przez nią przebrnie, kto nie doceni kunsztownego malunku starości i zdziwaczenia – może sobie lekturęWładcy liczb darować. Nie spodoba mu się.

Zresztą, trudno nie zauważyć, że coraz więcej krytycznych głosów zwraca się w stronę Krajewskiego. Myślę, że wynika to z faktu coraz mniejszej mainstreamowości jego prozy. Pan Marek jest już na tyle uznanym i rozsławionym twórcą, że może pisać tak, jak mu serce podpowiada, i robi to. Kocha swój zawód filologa klasycznego, więc uwielbienie dlań przemyca w twórczości. Fascynuje go matematyka, więc nie szczędzi czytelnikowi wykładów na jej temat. Lubuje się też w igraniu z literacką formą, która momentami we Władcy zaczyna przeważać nad treścią. Czytelnicy oczekujący kryminalnej rozrywki spisanej „po bożemu” zaczynają się irytować, co poniektórzy czują nawet niesmak, a ci, którzy mają w sobie powołanie krytyka zastanawiają się, w jakim kierunku zmierza jego twórczość i czy kolejna książka będzie dla nich zjadliwa. A ja czytam, chłonę nawet, odbieram wszystkimi zmysłami i oderwać się od lektury nie mogę. I nic to, że pewne znane z poprzednich książek pana Marka triki się powtarzają, że może nie jest już tak nowatorsko jak kiedyś, że intryga jest o klasę gorsza w porównaniu z tą obecną na kartach W otchłani mroku czy Liczb Charona, i że jednak ten stary Popielski, mimo że tak pełny jako istota ludzka, to jednak w tym swoim starczym utyskiwaniu bywa nudziarzem. Nic to, że każdy możliwy bohater wygłasza łacińskie sentencje, że mimo epizodu współczesnego (2013 rok) stylistycznie jest nadal tak archaicznie, jakby to były lata wojenne, i że detektyw popełni co najmniej dwa rażące jak na tak długie zawodowe doświadczenie niedopatrzenia. Nic to, bo ja przyjmuję prozę Krajewskiego z wszystkimi jej wadami i zaletami. Przy czym tych drugich widzę znacznie więcej.

Krajewski to pisarski ewenement, oryginał i nonkonformista, a Władca liczb tylko to potwierdza. Z pewnością nie objawia maksimum talentu wrocławskiego pisarza, powiedziałabym nawet, że patrząc wstecz na oczekiwania względem niego – poczułam zawód. Jednak nie zmienia to faktu, że pan Marek nadal pozostaje nie tyle królem czy księciem, ale demonem polskiego kryminału, który chytrze zaciera ręce czatując na czytelnika o tęgim umyśle. Czytelnika, który nie boi się formalnego ciężaru lektury, finezji turpizmu, interpretowania symboliki oraz który zrozumie i doceni nonkonformizm autora. A tacy odbiorcy pozostają wierni.

7/10

Paulina Stoparek


Marek Krajewski, Władca liczb, Znak, Kraków 2014.

Za książkę dziekuję 

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café.

Reklamy

2 thoughts on “Marek Krajewski – Władca liczb

  1. Jeszcze przede mną, bo zraziły mnie do Krajewskiego Liczby Charona. Pewnie w końcu przeczytam, ale jednak mam wrażenie, że pisarz się śpieszy za bardzo. Pisze co roku książkę i to, niestety, odbija się na jakości.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s