Mariusz Czubaj „Martwe popołudnie”

Myślcie, a będzie Wam dane

Żyjemy w czasach świętej trójcy. Ta trójca to media, biznes i polityka.

Zacznę od sprostowania. I czepiania się. Choć bogiem a prawdą Mariusz Czubaj już zapewne wystarczająco za powieść Martwe popołudnie oberwał, także z tego powodu, że pewną nazwę gatunkową potraktował na wyrost. Oberwał, bo mógł nie wspominać w posłowiu o odwołaniach do thrillera politycznego, a wydawca także nie musiał tak jego książki reklamować. Tymczasem Martwe popołudnie, czyli powieść rozpoczynająca cykl o Marcinie Hłasko, byłym policjancie, pracowniku BSW i detektywie specjalizującym się w poszukiwaniu zaginionych, wcale nim nie jest, natomiast wszystkim innym za co pragnie uchodzić – niewątpliwie tak. Wszystkim innym, czyli kryminałem noir z licznymi kulturowymi odniesieniami oraz thrillerem o biznesach okupionych krwią, służbach specjalnych i ciemnej stronie historii Polski, takiej, z powodu której przypomnienia Czubajowi niektóre kręgi z pewnością przyszyłyby łatkę antypolskiego literata. Ale, dzięki bogom, kręgi te najwyraźniej czytują inne rzeczy, zatem autor może bez obaw chodzić po ulicach. Wracając do meritum, Martwe popołudnie politykę traktuje po macoszemu, niczym kopciuszka świętej trójcy rządzącej światem współczesnym, o której mowa w widocznym powyżej cytacie z omawianego dzieła. Polityka jest wrzucona do tego gara najwyraźniej jedynie po to, aby pewnej konwencji stało się zadość, aby mówiąc potocznie, nie było, że nie było. Nie jest ona istotną treścią, a ledwie przemyka gdzieś na dalszym planie. Choć początek zapowiadał, że będzie sednem dzieła. Czytaj dalej

Reklamy

Ewelina Dyda „Zła waluta”

Miasto utrapienia

Każdego można kupić. Trzeba tylko znać odpowiednią walutę.

(Jakub Rau, prywatny detektyw)

Niewielkie miasto w południowo-wschodniej Polsce. Niegdyś siedziba województwa, teraz nieco zapomniane. Niecałe pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Głównie w podeszłym wieku, gdyż większość młodzieży po szkole średniej opuszcza to miasto w nadziei na lepszą przyszłość gdzie indziej. Miasto wycofane, nieco widmowe, z kolącą w oczy kamienicą zabitą deskami i licznymi lokalami użytkowymi, które na darmo czekają w nadziei, że jakiś rzutki mieszkaniec rozkręci w nich biznes. Do tego parę osiedli z wielkiej płyty – wspomnienie rozrastającej się infrastruktury, która obecnie stoi w miejscu. I nieliczne wieżowce – wątłe zmamiono nowoczesności. Bliskość jeziora uatrakcyjnia mieszkańcom miesiące letnie, natomiast w zimie łatwo zapaść w niedźwiedzi sen, ponieważ dosłownie i w przenośni nic się tu nie dzieje. A, przepraszam, muszę jednak zwrócić honor. Dzieje się. W końcu, gdy jest knajpa – jest już dobrze. Na dodatek taka knajpa, gdzie piwo jest tanie. Nieważne, że lokal obskurny. Wszak zawsze można uznać, że jest pijalnią dla prawdziwych twardzieli, takich, co to dumnie obnoszą się ze złamaniami zewnętrznych narządów oddechowych. Natomiast twardzielki na jednej z bocznych uliczek od rynku mogą zaopatrzyć się w najmocniejszy ze specjalistycznych peelingów do twarzy w firmowym sklepie Ziaji. Teraz już mogą. Do niedawna musiały robić to przez Allegro, gdyż wszystko dociera tu nieco później. Tu, czyli do Tarnobrzega. Miasta utrapienia młodych i ambitnych, którzy z takich czy innych względów muszą w nim pozostać. Miasta utrapienia Eweliny Dydy, która szturmem wbija się swoim debiutem, powieścią Zła waluta, pomiędzy królowe i księżniczki polskiego kryminału. Przy czym Dyda bynajmniej nie pragnie zagarniać nikomu królewskich duktów. Ona podąża własną drogą. Pełną popękanych płyt chodnikowych, obsikaną przez okolicznych pijaków i klasycznie czarną. Ścieżką kryminału noir, którego spisanego kobiecą ręką dotąd w Polsce nie było. Czytaj dalej