Ryszard Ćwirlej – Mocne uderzenie

„A gdybym był młotkowym (…), to co byś powiedziała?”[1]

Zawsze ilekroć sięgam po powieści Ryszarda Ćwirleja jestem przekonana, że czekają mnie chwile pełne uśmiechów, kręcenia z niedowierzaniem głową i wybuchów niekontrolowanego śmiechu. W każdej odsłonie swojego cyklu o milicjantach z Poznania, pan Ryszard pozostaje w temacie śmieszności doby PRL-u i oddychania jego klimatem, które co prawda pozwalają kryminalnym zagadkom na przestrzeni książki się rozwijać, lecz w ogólnym rozrachunku – ani myślą zejść na drugi plan. Nie inaczej jest w najpóźniejszym jak dotąd chronologicznie tomie serii zatytułowanym Mocne uderzenie.

Rok 1988. PRL chyli się ku upadkowi. Ludzie coraz częściej przeklinają Jaruzelskiego i z czcią mówią o Wałęsie. Służba Bezpieczeństwa nadal ma długie ręce, ale można odczuć, że jej siła słabnie. Milicjant nadal jest kojarzony z najbardziej haniebnym zawodem świata, ale w szeregach stróżów prawa jest coraz więcej osób pragnących przywrócić milicyjnej odznace utraconą cześć, tak aby przestała być kojarzona z białymi pałkami i okropieństwami ZOMO. Buntowniczo szumiąca młodzież utożsamia się z rozmaitymi subkulturami, których największy zjazd w Polsce ma miejsce nie gdzie indziej jak w Jarocinie podczas popularnego festiwalu muzycznego. Czytaj dalej