Zabójcy bażantów

Miazga po duńsku

Do niedawna litera „Q” w popkulturze kojarzyła się dość sympatycznie, mianowicie z wynalazkami wspomagającymi zawodowych szpiegów, których projektantem był uroczy, ale wiecznie niezadowolony starszy pan (Desmond Llewelyn). Na przestrzeni kilkudziesięciu lat człowiek, którego kule się nie imają, czyli nikt inny jak James Bond, zdążył mu napsuć krwi do tego stopnia i w tak zabawny sposób, że nawet przejęcie jego roli przez śmieszniejszych (John Cleese) czy młodszych (Ben Whishaw) nie zdążyło zastąpić tej klasycznej już dziś postaci zrzędliwego, ale w gruncie rzeczy „do rany przyłóż” arcypomysłowego wynalazcy. Jednak od 2011 roku symbol „Q” nie kojarzy się już wyłącznie z traktowanymi z przymrużeniem oka technicznymi nowinkami. Teraz oznacza także Departament Q i trafiające do jego podziemi niewyjaśnione zagadki kryminalne, które po latach wychodzą na wierzch i upominają się o sprawiedliwość. A Duńczycy je konstruujący, pisarz Jussi Adler-Olsen i reżyser Mikkel Nørgaard, jak dotąd wykonują swoją pracę na tyle dobrze, że udaje im się wychodzić za granicę swojej ojczyzny z godnym zapamiętania skutkiem. Czytaj dalej

Reklamy