Mad Max: Na drodze gniewu

Kamień milowy filmowego „rozpieprzu”

Usiądź wygodnie, wyłącz racjonalne myślenie i szeroko otwórz oczy. Spójrz na postapokaliptyczny świat wyschnięty na wiór, z nielicznymi oazami dzielącymi się z człowiekiem wodą i pożywieniem. Z człowiekiem? Tak jakby… O ile mianem tym można nazwać pokraczne dziwadło w zębatej masce, które zapładnia kolejne piękne i delikatne dziewczyny, aby po upływie wiadomego terminu rodziły podobne mu stwory. Stwory, które po jego śmierci będą tak jak on teraz trzymać pod butem resztę społeczności, a w zamian za jej bezwzględny posłuch i poniżenie – wydzielać śmiesznie małe racje wody. Jeśli, oczywiście, taka przyszłość czeka jego potomków… Przecież w pewnym momencie ktoś może nabrać odwagi, by postawić się Immortan Joemu (Hugh Keays-Byrne) i podjąć próbę wywrócenia do góry nogami możnowładczej tyranii… Czytaj dalej

300: Początek imperium

Morska wiedźma ścina głowy

Idąc do kina na 300: Początek imperium (300: Rise of an Empire, 2014) oczekiwałam przede wszystkim rozrywki, wizualnego orgazmu, mnogości kadrów z cudną bladolicą Evą Green, antycznej scenografii i morskich bitew. I ani trochę nie przesadzając to wszystko najnowsza produkcja Zacka Snydera wyreżyserowana przez Noama Murro mi zapewniła. Ponadto nie jest to jak się obawialiśmy „jeden z najbardziej niepotrzebnych sequeli” czy gorsza wersja starszego brata z 2006 roku o wiadomym tytule, ale mimo podobnej techniki realizacyjnej film poprowadzony w zupełnie inny sposób i kładący akcenty na zwielokrotnienie, wizualne szaleństwo i na kobiety, a nie jak jego poprzednik na kameralną atmosferę i mężczyzn.

Grecki polityk i przywódca Temistokles (Sullivan Stapleton) staje do walki przeciwko olbrzymiej flocie morskiej władcy Persji Kserksesa (Rodrigo Santoro), dowodzonej przez demoniczną, szukającą zemsty na Grekach Artemizję (Eva Green). Kropka. Wiem, ze to bardzo skąpy wstęp, ale tyle musi wystarczyć, ponieważ postanowiłam nie wprowadzać potencjalnych widzów w bardziej szczegółową fabułę nowych 300. Powód jest prosty: im mniej będziemy świadomi poszczególnych wątków, tym bardziej scenariusz autorstwa Kurta Johnstada i samego Syndera nas zaskoczy swoimi zwrotami. Czytaj dalej