Marc Elsberg – Blackout [Audiobook]

Apokalipsa unplugged

Blackout Marka Elsberga jest powieścią o niespotykanym na rynku księgarskim stopniu oryginalności, dziełem niemal bezkompromisowym. Niemal, bo zawiera w sobie drobne ustępstwa na rzecz czytelnika mainstreamowego, jak delikatny wątek romansowy, finalny twist fabularny czy epilog. Jednak w ogromnej części swojego monumentalnego dzieła – niemal 800 stron drukiem, 23 i pół godziny w formie głosowej! – austriacki pisarz konsekwentnie, szczegółowo, technicznie, politycznie, ekonomicznie, biologicznie i z punktu widzenia fizyki przybliża narastające do rozmiarów apokaliptycznych długotrwałe skutki braku prądu. Mimo wyraźnych znamion opowieści ze spiskiem w tle – nie chodzi tu wszak o zerwanie kabla przez burzę, a o brak prądu na całym kontynencie, co zbiegiem okoliczności oczywiście się nie okaże – Blackout jest zatem powieścią przede wszystkim dla geeków, czytelników o głowach otwartych na ścisłą wiedzę lub pragnących cierpliwie zmierzyć się z detalicznymi informacjami na temat tego, co by było, gdyby świat dotknął kataklizm przedstawiony w fabule.

Planując i pisząc Blackout, Elsberg wykonał ogrom roboty. Jako researcher, jako pisarz, jako człowiek potrafiący sobie wyobrazić niewyobrażalne. Gwarantuję, że każdemu, kto jest w temacie laikiem (czytaj: kto nie pracuje w elektrowni, nie jest specem od przepływu energii, fizykiem, nie jest specjalistą w centrum kryzysowym etc.), po lekturze tej powieści otworzy się głowa. Książka uświadamia czarno na białym, nierzadko w bezlitosny sposób, jak bardzo współczesny człowiek jest uzależniony od medium, jakim jest prąd. Elsberg w kreowaniu swojej wizji jest cierpliwy i niespieszny. Godzina po godzinie, dzień po dniu. Najpierw niewygoda, potem obawa, strach, w końcu panika i walka o byt. Wszak nie chodzi tylko o telewizor, lodówkę czy ciepłą wodę. Brak prądu to zepsute jedzenie, zagrożenie epidemiologiczne, masowe zdychanie zwierząt hodowlanych, brak benzyny, a zatem brak niezbędnych do życia produktów, śmierć osób dializowanych, pod respiratorem, noworodków urodzonych z powikłaniami… Elsberg mozolnie i z namaszczeniem odmawia tę litanię szkód i dramatów, wnikając w gabinetowe rozmowy na szczycie, otwierając drzwi do centrów dowodzenia i kryzysowego, odwiedzając elektrownie wodne i jądrowe, szpitale, tworzone naprędce schroniska, prywatne mieszkania… I jako Austriak bynajmniej nie ogranicza się do opisywania dramatu rodaków na ojczystej ziemi.

Düsseldorf, Niemcy. W tym mieście, w szpitalu, Elsberg umieści jeden z najbardziej przejmujących momentów "Blackoutu". /Fot. Wikipedia, CC 2.0 Niemcy.

Düsseldorf, Niemcy. W tym mieście, w szpitalu, Elsberg umieści jeden z najbardziej przejmujących momentów „Blackoutu”. / Fot. Wikipedia, CC 2.0 Niemcy.

Blackout to energetyczna mapa Europy. I nie tylko tego kontynentu, jak pokaże bardziej zaawansowana lektura. To krótkie rozdziały z niemal encyklopedycznymi, podpartymi konsultacjami z szeregiem specjalistów akapitami, i z masą dialogów płynących z ust bohatera zbiorowego, a zarazem pojedynczych osób wyjętych z tłumu – ludzi przeróżnych nacji przebywających w rozmaitych państwach i miastach; w różnym wieku, o rozmaitych charakterach, pracujących w różnorakich zawodach, znajdujących się w odmiennych sytuacjach osobistych; w ruchu, w trasie bądź skazanych na sczeźnięcie w miejscu, które okaże się ich grobem. Jak wspomniałam, na początku jest tylko niepokój – miażdżąco dobrze zapowiedziany powieściowym startem, który z miejsca wrzuca czytelnika w piekło, które staje się udziałem jednego z bohaterów – natomiast im dalej w las, im więcej zimowych dób upływa milionom ludzi bez prądu, tym coraz intensywniej Elsberg maluje swoją apokalipsę unplugged.

Trzeba przyznać, że jest w tych malunkach wybitny. Skrajnych, potwornie emocjonalnych, przeciągających umysłem czytelnika po podłodze momentów nie odnajdziemy w Blackoucie wiele, ale gdy już autor zaczyna rzucać swoimi apokaliptycznymi piorunami – jest nie do okiełznania. Czytelnikowi włos się jeży, szczęka opada, z ust wymyka się przekleństwo. Celowo nie przytaczam tutaj szczegółów piekła, jakie spotyka ludzi i zwierzęta, których obrazami Elsberg raczy swoich odbiorców, nie chcę psuć ich nawet delikatnymi spojlerami. To trzeba poczuć na własnej skórze, bez skrótów. Tak jak Mad Maxa: Na drodze gniewu (2015) z całą jego beznadzieją pustynno-spalinowej egzystencji. Tak jak Drogę Cormaca McCarthy’ego z jej posępną, kanibalistyczną wizją. Porównania te czynię w pełni świadomie. Blackout to w sporej części fabuła dystopijna. Z tym że bez dozy fantastyki czy poczernionej, nihilistycznej rzeczywistości, a przerażająco realna i z wyłuszczoną naturą kataklizmu.

Jako się rzekło, w swoim wyłuszczaniu Elsberg jest profesjonalny, kompletny. Jednak trzeba zaznaczyć, że owa kompletność tyczy się opisów stricte specjalistycznych, składających się na funkcjonowanie współczesnych społeczeństw. Natomiast szczegółowych opisów ludzkich dramatów, postaw i psychiki odnajdziemy w Blackoucie jak na lekarstwo. Nie jest to oczywiście niczym złym, ot, autor obrał taką drogę, niemainstreamową, quasi-dokumentalną, niemal naukową, i nakreślił ją w sposób maksymalnie rzetelny. Jednak nastawiony na psychologiczne rewelacje czytelnik z pewnością poczuje się zawiedziony wykładowczą wsobnością lektury. Może też poczuć się znużony podczas przybliżania technicznych szczegółów, jak chociażby tych dotyczących włamywania się do tzw. inteligentnych liczników czy wchodzących w skład sprawozdania z prawidłowego, bądź nie, funkcjonowania elektrowni. Specjalistycznych informacji jest tu naprawdę bez liku i na przestrzeni całości fabuły, na co uczulam. Do zapoznania się z nimi zachęcam wszelkich ścisłowców, geeków i wielbicieli nietypowych wizji apokaliptycznych, a przestrzegam osoby szukające prozy rozrywkowej, z wartką fabułą, pisanej pod kątem potencjalnego bestsellera „spiskowego” zapewniającego relaks „przy sobocie, po robocie”. Mówiąc banalnie, powieść Elsberga nie jest lekturą dla każdego. Więcej nawet: dla wielu może się okazać męcząca. Nie tylko z powodu znikomej jej rozrywkowości, lecz także – z racji obfitości encyklopedycznych faktów i gabinetowych dysput – niewielkiej ilości literatury w literaturze.

Aktor i lektor Jakub Wieczorek. Tutaj w serialu "Na krawędzi" (2012-2014). / Fot. materiały prasowe.

Aktor i lektor Jakub Wieczorek. Tutaj: w serialu „Na krawędzi” (2012-2014). / Fot. materiały prasowe.

O ile jednak konkretnie, punktowo, oceniać Blackoutu się nie poważę – z pokory względem rzetelności i oryginalności autora, która w tak mało literackiej formie nie do końca jest moją bajką, zatem moja wiedza jako krytyka jest tu zbyt skromna do osądzania – o tyle z Jakubem Wieczorkiem, który na zlecenie Biblioteki Akustycznej głosowo zinterpretował tę powieść, nie mam takiego problemu. Ten aktor i lektor o niskim, głębokim – radiowym! – głosie swoje zadanie wykonał dobrze dokładnie w połowie. Po pierwsze, z racji typu interpretowanej lektury, jej encyklopedycznej momentami treści, z cudem graniczy przeczytać niektóre jej fragmenty inaczej niż monotonnie, czego Wieczorek się nie ustrzegł. Po drugie, Blackout czytany w pojedynkę przez tegoż lektora udać się do końca nie mógł z racji brzmienia jego głosu. Jak wspomniałam, powieść Elsberga to masa dialogów, wypowiedzi kobiet i mężczyzn. Z uśmiechem to piszę, zupełnie bez ironii, ale ton niedźwiedzia nigdy nie sprawdzi się w pełni przy głosowym czytaniu kwestii kobiecych. Pewnych fizycznych właściwości po prostu nie da się przeskoczyć, dlatego tego typu lektor zdecydowanie lepiej wybrzmiałby w audiobookach wielogłosowych lub słuchowiskach, przypisany konkretnemu męskiemu bohaterowi. Natomiast fenomenalnie wychodzą Wieczorkowi podniesione tony, uwypuklanie emocjonowania, denerwowania się bohaterów, gniewu, a nawet wściekłości, których to detali, z racji paniki dotykającej prędzej czy później wszystkich skazanych na apokalipsę, w Blackoucie nie brakuje. Lektor ten jest nie dość różnorodny w interpretowaniu poszczególnych postaci w dyskusjach na trzy i więcej głosów, z kolei wybrania się w niespiesznym i nieprzejaskrawionym czytaniu akapitów najbardziej przejmujących, rozpaczliwych czy w swoich wizjach przerażających, dzięki czemu najcenniejsze elementy powieści w pełni swojej powagi docierają do słuchacza. Zatem: pół na pół. Nie chce być inaczej.

Podsumowując, Blackout wymaga skupienia i cierpliwości, bez dąsów i przedwczesnej oceny z racji odmiennego nań nastawienia. Nade wszystko jednak, trzeba tego typu odautorskie podejście do sposobu przedstawiania świata lubić, cenić i/lub mieć duże samozaparcie do poznania czegoś niesłychanie oryginalnego. Może zabrzmi to absurdalnie, ale Blackout ma punkty wspólne z Ulissesem Joyce’a. W odbiorze bywa trudny jak diabli, ale gdy spotka się z anielską cierpliwością czytelnika, odwdzięczy mu się wizją na wagę złota.


Moja ocena:
Treść: nie podejmuję się oceniania
Interpretacja: 5/10

Natomiast obiektywnie rzecz biorąc…

Wniebowzięci będą: czytelnicy spragnieni ksiąg bezkompromisowych oraz nietypowych literackich treści i wizji; geekowie otwarci na doskonalenie się z wiedzy ścisłej, ekonomicznej, politycznej, finansowej etc.; fani niemainstreamowych, realistycznych wizji apokaliptycznych.

Kręcić nosami będą: czytelnicy oczekujący popowej powieści ze spiskiem dziejów w tle i/lub pogłębionej psychologii bohaterów stających w obliczu kataklizmu o charakterze globalnym; zwolennicy wartkich akcji; czytelnicy niechętni tzw. gadającym głowom i ci nastawieni na literaturę… w literaturze. 😉


Marc Elsberg, Blackout, przeł. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, czyta Jakub Wieczorek, Biblioteka Akustyczna (na licencji Grupy Wydawniczej Foksal), Warszawa 2015.

Za audiobooka dziękuję

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s