Marian Kowalski – Mroczne dziedzictwo

Nie tylko szkiełko i oko, czyli o tym, jak Marian Kowalski pożarł mój obiektywizm

Od czasu do czasu zdarza się takie dzieło, o którym racjonalne zdanie wyrobić sobie jest nie lada wyzwaniem. Emocje podpowiadają odbiorcy jedno, rozum – drugie. Z jednej strony jest dane dzieło kluczem do naszej wrażliwości, kulturalnych gustów, fabularnych zainteresowań, z drugiej – mamy świadomość, że autorowi, temu człowiekowi, który właśnie pożarł nasze serce, nie wszystko wyszło tak, jak powinno, że w swoim projekcie okazał się niekonsekwentny, momentami nieudolny. Że, mówiąc kolokwialnie, coś tu nie pykło. Takie właśnie sprzeczne myśli mnie nachodzą, gdy myślę o Mrocznym dziedzictwie Mariana Kowalskiego, książce łączącej w sobie romans, powieść obyczajową, kryminał, horror gotycki, legendy i ludowe podania oraz sporą dozę encyklopedycznej wiedzy historycznej.

Marian Kowalski / Fot. Bartosz Nowakowski

Marian Kowalski / Fot. Bartosz Nowakowski

Każdy odbiorca, także ten starający się podchodzić fachowo i rzetelnie do sprawy, ma swoje słabostki, które utrudniają obiektywny osąd. Moimi są mroczne zamczyska, ruiny, nawiedzone dwory, lasy z podchodząca pod nie gęstą mgłą, cmentarze z kamiennymi aniołami i zmurszałymi nagrobkami, klątwy i rozmowy o nich przy świetle świec. Gdy fabuła – nieważne, książkowa czy filmowa – malowniczo z nich korzysta, to nie ma bata – kupuję ją w całości. Nieważne, że po chwili zamysł autora co do gatunku się zmienia, że poszczególne odmienne części dzieła łączy niezbyt zgrabnie, że punkt kulminacyjny następuje za wcześnie, a potem jest już tylko wygładzanie tego, co zostało tak charakternie wzburzone na początku. Marian Kowalski niewątpliwie miał dobry zamysł fabularny, jednak pytanie jakie się nasuwa w związku z lekturą Mrocznego dziedzictwa, brzmi: czy książka ta pierwotnie była gotyckim opowiadaniem grozy, które autor zapragnął rozszerzyć do wymiarów powieści, czy też frapujących pomysłów miał zbyt wiele na raz, przez co wyszedł mu gatunkowy miszmasz niemożliwy do okiełznania?

Kowalski jest pisarzem starej daty (ur. 1936) i najwyraźniej – co piszę nie bez szacunku – za nic ma poradniki na temat tego, jak napisać potencjalny bestseller z wszystkimi jego mainstreamowymi sztuczkami. Mroczne dziedzictwo zaczyna się nietypowo i na pierwszy rzut oka niezbyt atrakcyjnie w sensie fabularnym. Kowalski raczy odbiorcę wykładem na temat organizacji niszowego sympozjum na temat zjawisk nadprzyrodzonych odbywającego się w niemieckim miasteczku Weil der Stadt, oraz historią życia wywodzących się zeń astronoma i matematyka Johannesa Keplera i jego matki – zielarki oskarżonej o kontakty z diabłem. Autor nie ustrzega się akapitów quasi-encyklopedycznych, ale też chyba nie było jego zamiarem starać się ich uniknąć. Wiedział, że ci, których swoim mrocznym wykładem zainteresuje, dalszej części książki tylko przyklasną. W miarę przewracania stron, Kowalski roztacza przed czytelnikiem świat mocno stojący na postumencie złożonym z legend o rzekomych czarownicach i innego rodzaju kobietach wyklętych przez społeczeństwo, z wiedzy czerpanej z zakurzonych dokumentów oraz z opowieści płynących z ust mądrych i wrażliwych, zapalonych w swoich zawodach kustoszy i konserwatorów. W międzyczasie pozwala rozwijać się miłosnej fascynacji niemieckiego dziennikarza Daniela do pięknej rzeźbiarki Ireny, Polki z przymorskich kresów (Przymorzem mieni Kowalski południowo-zachodnie granice Polski), postaci cokolwiek niejednoznacznej, z racji tytułowego mrocznego dziedzictwa jedną nogą stąpającej w świecie fantasmagorii i bytów niepoznawalnych szkiełkiem i okiem.

Pomnik Johannesa Keplera w Weir der Stadt. / Fot. Hans-Georg Urbin

Pomnik Johannesa Keplera w Weir der Stadt. / Fot. Hans-Georg Urbin

Chciałam szczególnie uczulić na wspomniany wątek romansowy ewentualnych czytelników niechętnych kiczowatym miłosnym perypetiom – nie jest to składnik powieści ani dłużący się, ani tandetny, a jeśli pojawia się w nim ckliwość czy podniosły ton, jest on przekazywany z dużą świadomością pasującą do nieco zakurzonego anturażu powieści. Kowalski bowiem bierze się za barki z romansem od nietypowej strony – nie dość, że kobiecej bohaterce nie w głowie miłostki i woli ryć dłutem i wsłuchiwać się we własną duszę, to na dodatek szybko znika z oczu marzącego o niej mężczyzny. Mężczyzny, który, nie mogąc jawnie okazać swojego dla niej uwielbienia, przekłada je na narrację płynącą z głębi serca – nieco patetyczną, poetycką, rozmarzoną, mocno zabarwioną romantyzmem i dekadencją, może ciut pretensjonalną. Bardzo różne są to fragmenty od chłodnych rozdziałów pisanych w formie trzecioosobowej, która wraz z Ireną podąży do Polski, do jej restaurowanego dworku, męża zafrapowanego szukaniem skarbu, rodzinnych tajemnic i zaszłości oraz duchów. Malunek opowieści zdecydowanie skręca w nich w powieściowy gotyk, prozę tyleż wdzięczną, co mocno podkręcona mrokiem, frenetyzmem oraz ideowymi aluzjami. Dodam, ze umieszczenie akcji współcześnie absolutnie rozwinięciu się zamierzchłej przecież gotyckiej stylistyki nie przeszkadza. Kowalski, mimo licznych odniesień do współczesnych wydarzeń czy zjawisk kulturowych, politycznych religijnych, maluje mrocznym pędzlem detalicznie, klimatycznie i z dużą świadomością konkretnych wizji. Pasjonaci prozy Edgara Allana Poego poczują się jak ryby w wodzie, fani Cormanowskich jej interpretacji również, a tym bardziej zaznajomionym z powieściowym gotykiem przypomni się także Nawiedzony hotel Wilkiego Collinsa.

Kadr z "Domu Usherów" (1960) Rogera Cormana. Podobny anturaż odnajdziemy w "Mrocznym dziedzictwie", z Seatem Leonem zamiast dorożki.

Kadr z „Domu Usherów” (1960) w reż. Rogera Cormana. Podobny anturaż odnajdziemy w „Mrocznym dziedzictwie”, z współczesnymi samochodami zamiast koni i dorożek.

Wspomniane narracje przeplatają się równo z kolejnymi rozdziałami, który to zabieg daje Kowalskiemu pretekst do fabularnych twistów. Oczywiście nie jest to niczym niewłaściwym, wręcz przeciwnie, z tym że autorowi Mrocznego dziedzictwa służą one niestety również do porzucania rozpoczętych, nierzadko frapujących tematów, które zostają zażegnywane w sposób cokolwiek niecierpliwy i mało przekonujący. Szczególnie mocno odczuwa się to w momencie, gdy autor decyduje się zakończyć wątek kryminalny, który całkiem udatnie przez kilkanaście stron wplatał w gotyk. Czytam, myślę: czyżby pisarz się znudził tematem gwałtownych zgonów? Nie wiedział, jak intrygę rozwiązać? Temat powtórzonych losów następnych pokoleń go przerósł? Może usiłował coś na siłę doczepić? Nie chciał powielać straceńczości Zagłady domu Usherów Poego? Jakakolwiek jest historia powstawania Mrocznego dziedzictwa, jedno jest pewne: z lawirowaniem pomiędzy gatunkami i intensywnością malunku niektórych z nich autor nie do końca sobie poradził.

Piękno słowiańskiego-germańskiego pogranicza w sensie czysto przyrodniczym nader często zostaje sprowadzane do nazw, stron świata i charakterystycznych punktów. Kowalski, miast pozostać przy frapujących opisach mrocznych cmentarzy, lasów, ruin zamku czy usiłującego „powstać z martwych” dworku, które wychodzą mu genialnie, niepotrzebnie zbacza w stronę słońca i świetlistych wód morskich, do czego wyraźnie zabrakło mu woli, konceptu… a może serca? Paradoksalnie, malowanie słowem kończy się u Kowalskiego tam, gdzie najwięcej barw. Wprawdzie można by uznać to za odautorski znak odnośnie tego, co naprawdę w uniwersum Mrocznego dziedzictwa ma znaczenie, jednak, w kontekście urwania w pewnym momencie „wątku gotyckiego” i radykalnej zmiany klimatu powieści, trudno o takie usprawiedliwienie.

Okładka pierwszego wydania w formie ebooka, Oficyna Wydawnicza RW2010.

Mimo tych usterek, nie potrafię myśleć o dziele Kowalskiego negatywnie. Zgoda, może jest to ocena z punktu widzenia geeka mrocznego, przykurzonego i tajemniczego fabularnego anturażu, ale oprócz tego Mroczne dziedzictwo jest inteligentną przecież, momentami niezwykle błyskotliwą powieścią pełną aluzji do tego, czym żyje współczesny człowiek w ogóle i niejeden Polak w szczególe. Kowalski zręcznie lawiruje pomiędzy zjawiskami obsesyjnej religijności, zamierającego „szlachetnego” rynku wydawniczego, a Polską, „gdzie zawsze były, są i będą prowadzone zażarte kłótnie dzielące społeczeństwo”. Nie zapomni o katastrofie smoleńskiej, nadmiernej ilości pomników Jana Pawła II, koszmarze biurokracji polskich urzędów, serialowym społeczeństwie podczytującym plotkarskie czasopisma… Zaskakujące, jakie z tych wydestylowanych do cna tematów wyciągnie oryginalne nuty nasączone mądrością, a nawet filozoficzną analizą. Co prawda, gdy autor „uczepi się” tematu obsesyjnej świątobliwości niektórych pobratymców oraz absurdów religijnych, można mieć wrażenie zbytniego przelewania na powieść prywatnych sądów, jednak ironia z jaką je Kowalski przemyca jest tak przyjemna w odbiorze, że trudno mieć do niego o te potencjalne osobistości żal. O ile, rzecz jasna, nie jest się osobą religijną.

Podsumowując, przedziwny miszmasz stworzył Marian Kowalski, nierówny i chyba nie do końca przemyślany. Usterki starałam się rzetelnie przytoczyć, jednak w sensie krytycznoliterackim nie podejmę się jednoznacznej oceny, ponieważ dostrzegam w Mrocznym dziedzictwie tyle wizualnego piękna, klimatycznego nastroju i sędziwej mądrości, że emocje związane z ich odczytem już dawno pożarły obiektywny chłód. Dawno, czyli na stronie dwudziestej czwartej w niemieckiej gospodzie Eck Klause, z czarnym kotem rozciągniętym na barowej ladzie, ciężkimi dębowymi stołami, miejscowymi piwoszami wychylającymi kufel za kuflem i nerwową kelnerką, która patrzy z dezaprobatą na ich brak umiaru. Nie ma wątpliwości, że gdy Kowalski czuje dane miejsce – zamienia się w malarza literatury.


PS Mam pewne wątpliwości, co do nierozwinięcia przez redaktora skrótów od imion osób rzeczywistych (F. Forsyth, A. MacLean) oraz skrótu „św.” od słowa „święty”. Ogólnie przyjętą zasadą jest rozwijanie skrótów w literaturze i poważniejszej publicystyce. Powieść byłaby też bardziej czytelna, gdyby występująca w niej od czasu do czasu kompozycja szkatułkowa – przytaczane przez bohaterów dłuższe opowieści lub klechdy mające własne dialogi – była oddzielona w druku lub pisana inną czcionką. Dopuszczam jednak myśl, że jednolitość tekstu może być zabiegiem świadomym, mającym na celu lepsze ukazanie przenikania się bliźniaczych wydarzeń, a także legend z rzeczywistością.


Moja ocena: nie podejmuję się oceniania.

Natomiast przypuszczam, że:

Wniebowzięci będą: fani literatury gotyckiej i nietypowych wątków romansowych; wielbiciele literatury pełnej dziwów i niejasności; czytelnicy poszukujący oryginalnych powieści, zarówno w formie, jak i w treści.

Kręcić nosami będą: czytelnicy nastawieni na gatunkowy konkret i określony zamysł fabularny; czytelnicy źle znoszący werterowskie monologi; osoby religijne.


Marian Kowalski, Mroczne dziedzictwo, Sumptibus, Poznań 2015.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s