Marsjanin

Chłopiec z zabawkami

Planetę Mars charakteryzuje bardzo rozrzedzona atmosfera, która w porównaniu z Ziemią jest około stu razy rzadsza. Inaczej mówiąc, łamiący drzewa wicher wiejący na naszej planecie, na Marsie byłby ledwie wyczuwalnym wietrzykiem. Odnosząc ten fakt do prologu najnowszego filmu Ridleya Scotta Marsjanin (The Martian, 2015), gwałtowna burza siekąca piachem i niesprecyzowanymi odłamkami w członków ekipy badającej Czerwoną Planetę w rzeczywistości nie miałaby racji bytu. To oczywiście nie jedyna naukowa niezgodność, jaką można zaobserwować w fabule, ale, jak twierdzą pracownicy NASA udzielający odpowiedzi na pytania typu „ile prawdy w Marsjaninie?” – jedyna będąca oczywistą, obrażającą inteligencję widza bzdurą. Zatem, jeżelu wierzyć naukowcom (komu, jak nie im mamy wierzyć w tej kwestii?) oto doczekaliśmy się produkcji science-fiction nie opartej na prawdziwych wydarzeniach bliskiej rzeczywistości w stopniu dotąd niespotykanym.

Historia Marka Watneya jest pokrótce wszystkim znana za sprawą bestsellerowej powieści Andy’ego Weira, którą może nie każdy czytał, ale o której nie dało się nie słyszeć. Miliony czytelników na całym świecie pokochały astronautę z botanicznym wykształceniem, który, po zakończonej porażką ekspedycji naukowej, przez przypadek zostaje sam na Marsie i, aby przetrwać na Czerwonej Planecie do czasu otrzymania pomocy z Ziemi, musi stać się MacGyverem i Robinsonem Crusoe w jednym, w czym wybitnie pomogą mu zdobycze techniki. Matt Deamon, czyli filmowy Mark, bez wątpienia wspomnianą miłość wielbicieli powieści utrzyma. Nieważne, że rola Watney’a nie jest specjalnie wymagająca i że w ciągu 140 minut seansu aktor ten robi raptem trzy miny na krzyż, które jakimś cudem doniosą ów opowieść do finału. Widzowie pokochają (już pokochali!) Deamona nie za kunszt przecież, ale za to, że w roli Marka jest swojskim, sympatycznym chłopakiem z niezbyt skomplikowaną osobowością, często się uśmiechającym, nieprzebierającym w słowach, zaradnym i, co dla filmu nastawionego na rozrywkę ma niebagatelne znaczenie – z fantastycznym poczuciem humoru.

Sporo w

Sporo w „Marsjaninie” zwrotów wprost do kamery i… ziemniaków.

Słowa „rozrywka” używam tutaj z premedytacją i, cóż, z lekkim zawodem. Bo Marsjanin niczym więcej nad nią nie jest. Nowy film Scotta wpisuje się w tak ostatnio popularny typ blockbusterów, opowiadających o poważnych sprawach i przybliżających śmiertelnie niebezpiecznie sytuacje, których powagi i śmiercionośności się nie odczuwa ze względu na ostentacyjną wręcz lekkość i dowcipny wydźwięk całości. Na takim szkielecie opierała się ostatnia odsłona Mission: Impossible (Mission: Impossible – Rogue Nation, 2015), tą drogą poszedł również najnowszy Terminator (Terminator: Genisys, 2015). O ile jednak wymienione cykle filmowe od zawsze nastawione były na to, by dawać ludziom igrzyska i nie miały ambicji ocierać się o nadmierny realizm, o tyle Marsjanin jest hołdem złożonym nauce i opowieścią mocno osadzoną w matematyce, fizyce, obliczeniach i twardych danych. Dramat, który dotyka Watney’a jest co prawda sytuacją jedną na milion, ale za to o wcale niegłupiej genezie. Tak, nie bójmy się użyć słowa DRAMAT, bo pozostawionemu samotnie na Marsie bohaterowi grozi śmierć z głodu, a gdy już ten problem zdoła opanować pojawią się inne, również jego życiu zagrażające. Samotnie. Na Marsie! Śmierć z głodu! Czuć ciężar tych słów? Czuć dramat? Świetnie. Więc teraz zestawmy je z filmem, podczas seansu którego nie czujemy ciężaru Kosmosu, śmiertelnego niebezpieczeństwa, dramatu człowieka zdanego wyłącznie na siebie w sytuacji ekstremalnej. To nie jest opinia subiektywna. To jest opinia widza, który siedział w niemałej kinowej sali wypełnionej w dwóch trzecich ludźmi wcinającymi popcorn i zaśmiewającymi się do łez z uśmiechniętego Marka dowcipnie kwitującego swoje dokonania wprost do kamery. Marka, który stał się ich ulubioną maskotką w jesiennym repertuarze kinowym.

Nie chcę przez to powiedzieć, że Marsjanin jest filmem nieudanym. Zalet bowiem znajdziemy w nim niemało. Mimo preferowania przez kamerę Dariusza Wolskiego kameralnego wnętrza marsjańskiej bazy oraz siedziby NASA (seans 3D nie jest tak niezbędny, jak się może wydawać), jest w filmie Scotta kilka zapierających dech w piersiach momentów, które pozostają z widzem długo po seansie. Finałową sekwencję „zawieszoną” w Kosmosie na tle Czerwonej Planety mimo pewnych naukowych nieścisłości wprost się chłonie, natomiast sam krajobraz Marsa i wierność w odtworzeniu jego struktury zachwyciła nawet wypowiadających się na temat filmu naukowców. Są też w Marsjaninie chwile autentycznie wzruszające i psychologicznie wiarygodne. Matt Deamon dwukrotnie w trakcie seansu zapłacze z ulgi i rozrzewnienia zarazem i właśnie w tych momentach – na pozór nieatrakcyjnych w porównaniu z taką chociażby „zabawą” w marsjańskiego kolonizatora-rolnika – będzie najprawdziwszy. Oryginalnym posunięciem fabularnym w produkcji, która wyjątkowością szkieletu opowieści bynajmniej nie grzeszy – bo, powiedzmy to sobie szczerze, paru rozbitków, w tym kosmicznych, już w za sprawą literatury czy kina poznaliśmy, a chłopców z zabawkami, którzy umieją wykaraskać się z najgorszych opresji spotkaliśmy jeszcze więcej – jest ukazanie kobiet w rolach naukowców lub analityków odpowiedzialnych za istotne fabularne nitki, że wymienię w tym miejscu panią kapitan dowodzącą misją na Marsa (Jessica Chastain), pracownicę NASA odpowiedzialną za pierwszy kontakt z Watney’em (Mackenzie Davis) czy szarą eminencję decyzyjności chińskiej bazy naukowej (Chen Shu). Bezpretensjonalnie i niewymuszenie brzmi większość dialogów, zwłaszcza tych pomiędzy Markiem a ekipą, z którą jeszcze do niedawna miał okazję dzielić międzyplanetarny żywot. Jest pomiędzy filmowymi kolegami po fachu i zarazem przyjaciółmi chemia, której z przyjemnością się poddajemy, bez poczucia zażenowania. Niestety, dobry start opowieści, marsjańskie macgyverstwo Watney’a, jego poczucie humoru i wspomniane dialogi nie sprawiły, że środkowa, mało oryginalna scenariuszowo część Marsjanina stała się niewidoczna. Mniej więcej w połowie film wytraca prędkość, która zostaje zastąpiona przez przyziemne „zmęczenie materiału” i naziemne poczynania pracowników NASA przedstawione solidnie, acz bez pomysłu, przez co widz zaczyna odczuwać długi metraż produkcji. Ostatnie pół godziny z kolei jest powrotem do scenariuszowej gibkości i niemałych emocji (empatyczni widzowie z pewnością uronią parę łez). Krótko mówiąc, mimo szeregu zalet nowego filmu Scotta jego usterki są odczuwalne. Tylko tyle. I aż tyle, biorąc pod uwagę entuzjastyczne pierwsze recenzje filmu, niefrasobliwie nazywające Marsjanina najlepszym filmem sci-fi wszech czasów, co z taką ochotą podchwycili dystrybutorzy oraz wydawcy, pragnący wyprzedać kolejny nakład powieści Weira z obowiązkową filmową okładką.

Naukowcy z NASA są zachwyceni realizmem marsjańskiego krajobrazu w filmie Scotta.

Naukowcy z NASA są zachwyceni realizmem odwzorowania marsjańskiego krajobrazu w filmie Scotta.

Summa summarum, uwielbienie graniczące z bałwochwalstwem, któremu tak ochoczo poddały się rzesze widzów, niekoniecznie związane jest z filmową doskonałością Marsjanina. Najnowsze dzieło Scotta to przygoda zwykłego-niezwykłego człowieka, z którym widz z przyjemnością się utożsamia. Bo taki ten Mark pozytywny, zaradny, zabawny, a na dodatek ziemniaki wcina i wie, co to samotność, także ta ziemska, wszak nie ma żony, a nawet dziewczyny… Watney’owi nie wypada wytykać błędów, lekkomyślności czy dowcipu tam, gdzie zaczyna się dramat. On jest od dawania widzowi przygody, marsjańskiej robinsonady, której ten z rozkoszą się podda. O ile oczywiście widz ów potrafi na tyle oderwać się od wiedzy dotyczącej rzeczywistego niebezpieczeństwa pozaziemskich spacerów i psychologicznej poprawności, że wystarczy mu uśmiechnięty od ucha do ucha chłopiec układający swoje klocki w rytmie przebojów Abby czy Donny Summer.


Moja ocena: 6/10

Natomiast obiektywnie rzecz biorąc…

Wniebowzięci będą: wielbiciele science-fiction z naciskiem na science, potrafiący jednakże przymknąć oko na naukowe nieścisłości; widzowie szukający rozrywkowego, zabawnego filmu z ultrapozytywnym bohaterem niegrzeszącym pogłębioną psychiką.

Kręcić nosami będą: osoby poszukujące realistycznego, niekomercyjnego spojrzenia na dramat człowieka pozostającego samotnie w sytuacji zagrażającej jego życiu; kinomani polujący na zjawiskowe i występujące z dużym natężeniem efekty 3D; zwolennicy Nolanowskiej wizji Kosmosu.


Marsjanin, 2015, prod. USA, reż. Ridley Scott, scen. Drew Goddard, wyst.: Matt Deamon, Jessica Chastain, Kate Mara i in.

Za seans dziękuję

images

Słowo od naukowców:

Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s