Kryptonim U.N.C.L.E.

Dobrego W.U.J.K.A. początki

Moda na odniesienia do szpiegowskiej klasyki w wersji light trwa. Po zabójczo groteskowym Kingsmanie (Kingsman: The Secret Service, 2015) i piątej, chociaż w dalszym ciągu świeżej odsłonie, Mission: Impossible (Mission: Impossible – Rogue Nation, 2015), w tegorocznym blockbusterowo-tajniackim repertuarze kinowym do otwarcia portfeli kusi Kryptonim U.N.C.L.E. (The Man from U.N.C.L.E., 2015). Reżyserujący go Guy Ritchie wykonał zadanie niemal karkołomne, ponieważ, ponosząc box office’ową klęskę, jednocześnie obronił się sprawnym warsztatem, twórczą świadomością i indywidualizmem. Przemyciwszy wdzięczną zgrywę z zimnowojennych wyścigów o władzę, pobawiwszy się szpiegowski teatr pełen starannie zaplanowanych scen oraz wykonawszy parę zgrabnych twistów, brytyjski reżyser w niebanalny i radosny sposób przybliżył genezę tytułowej jednostki specjalnej, zapoczątkowawszy tym samym nowy cykl filmowy.

Solo (Robert Vaughn) i Kuryakin (David McCallum) w latach 60. / Fot. Wikimedia

Solo (Robert Vaughn) i Kuryakin (David McCallum) w latach 60. / Fot. Wikimedia

Pisząc o finansowej klęsce, mam na myśli zarobek rzędu niecałych dziewięćdziesięciu milionów dolarów[1], która to sumka w zestawieniu z ponad półmilardowym (!) kontem najnowszej części przygód agenta Hunta (Tom Cruise) wydaje się ledwie skromnym napiwkiem. Nic to jednak, ponieważ Ritchie zgarnął pulę w sensie moralnym. Kręcąc Kryptonim, pokazał nie tylko swoją miłość do kina w sensie widowiska złożonego z frapujących ruchomych obrazów, lecz także dobrowolnie zrezygnował z przewagi scen akcji (najbardziej radykalnym posunięciem pod tym względem jest ukazanie finalnej „rozwałki” za pomocą kilku podzielonych na mniejsze części kadrów), uśmiechając się na to konto w kierunku zmiękczonego filmowego szpiegostwa, czym kasowe Mission: Impossible bynajmniej nie grzeszy. I jakkolwiek Napoleon Solo (Henry Cavill) i Illya Kuryakin (Armie Hammer) mają przed sobą długą drogę, by choćby zbliżyć się popularnością do prześmiewczego Jamesa Bonda w wydaniu Rogera Moore’a bo w tych kategoriach filmowego szpiegostwa, a raczej fantazji na jego temat, U.N.C.L.E. sytuować należy  tak ich popkulturowa obecność nareszcie została we współczesnej kinematografii mocno zaakcentowana. Nareszcie, ponieważ para agentów różnych od siebie jak ogień i woda liczy dziś sobie ponad 60 lat!

Podobnie jak IMF z Mission: Impossible, również sekcja U.N.C.L.E po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w amerykańskiej telewizji lat 60. Przypuszczam, że poza USA mało kto o serialu tym słyszał, jednak nie to jest istotne. Ważny jest fakt, że Ritchie nie umieścił akcji swojego filmu w czasach współczesnych, tylko pozostał wierny linii historycznej pierwowzoru, odnajdując w zimnej wojnie i takich historycznych smaczkach, jak podzielone Murem Berlińskim Niemcy czy naziści żyjący sobie bezpiecznie poza ich granicami, zarówno pokłady lekkiego dowcipu, jak i czarne zabarwienia komiczne (scena z krzesłem elektrycznym przejdzie do historii kryminalnej komedii). Więcej nawet: reżyser Kryptonimu nie tylko świetnie się bawił przy kręceniu kolejnych scen, lecz także podszedł do swoich pomysłów z pełną pietyzmu miłością do filmu szpiegowskiego, co objawiło się zarówno w fetyszystycznej wizualizacji poszczególnych ujęć, jak i w rekonstrukcji wspomnianej epoki.

Henry Cavill - ucieleśnienie klasycznego filmowego agenta. Trzymam kciuki, aby to właśnie on został nowym wcieleniem Jamesa Bonda.

Henry Cavill – ucieleśnienie klasycznego filmowego agenta. Trzymam kciuki, aby to właśnie on został nowym wcieleniem Jamesa Bonda.

W sensie wizualnym i inscenizacyjnym – jako się rzekło Ritchie bawi się w teatr, a zamiast na realizm, stawia na umowność, która jak żadna inna fabularna cecha nie potrafi z taką rozbrajającą szczerością wzmocnić doznań płynących z ruchomych obrazów – Kryptonim to doskonałość, a raczej taki podkręcony jej typ noszący mocny makijaż. Już pierwsza scena pościgu dostarcza wyjątkowych wizualnych rozkoszy. Dosadne, ostro szusujące zdjęcia Johna Mathiesona pozwalają widzowi przeskakiwać z jednego samochodu do drugiego, od spojrzenia ściganego do ścigającego. I chociaż z racji podporządkowania niektórych ujęć ekspresyjnemu montażowi, który z oczywistych przyczyn musi się pojawić, kamera znajdzie chwilę, aby się zatrzymać i uchwycić w grze światłocienia niebieskie oko Henry’ego Cavilla… Cavilla, który rozkoszą dla zmysłu wzroku jest również, przy czym nie tylko za sprawą swojej doprawdy wyjątkowej i szlachetnej urody, lecz także ze względu na fakt, że jakby daleko nie sięgać, trudno znaleźć obecnie aktora, który lepiej nadawałby się do tego, aby zagrać wyszczekanego, urokliwego i z błyskiem w oku rozbijającego szajkę zagrażającą światu agenta. Wcielając się w rolę Solo, trzydziestodwuletni Brytyjczyk sam staje się pewną wizualizacją, a raczej klasyczną inscenizacją tego, jak pewny siebie, elegancki, zabawny i z lekka retro szpieg powinien się zachowywać i wyglądać. Gra zachowawczo i wystudiowanie, podobnie jak jego kolega po fachu w wersji realnej i fikcyjnej, czyli Armie Hammer vel Kuryakin. Jednakże Hammer ma rolę diametralnie inną – rosyjskiego służbisty w kaszkiecie, wielkiego faceta o niemal nadludzkiej sile i, na pierwszy rzut oka, prostym umyśle. Czyli kolejny szpiegowski typ, kolejna inscenizacja, która nawet nie próbuje udawać, że nią nie jest. Podobnie jak scenografia i garderoba użyta w Kryptonimie, z tajemniczą siedzibą nazistów i starannie zaprojektowanymi kobiecymi strojami na czele, czy takie ikonograficzne smaczki, jak sięganie po coraz bardziej wymyślne gadżety w celu nie tylko uratowania świata, lecz także udowodnienia, że jedno mocarstwo ma lepszych inżynierów i naukowców od drugiego.

Starannie zaprojektowane stroje i dodatki charakterystyczne dla filmowego czasu akcji dodają

Starannie zaprojektowane stroje i dodatki charakterystyczne dla filmowego czasu akcji dodają „Kryptonimowi U.N.C.L.E.” wymuskanego sznytu.

W związku z powyższym nasuwa się na myśl konkretne określenie – pastisz. Kryptonim jest bowiem świadomą zabawą z gatunkiem, a także popisem warsztatowych umiejętności Ritchiego, który jednak znalazł miejsce na przemycenie czegoś od siebie, jak chociażby zaskakującego cameo z piłkarzem Davidem Beckhamem, czy kombinacji z kolejnością ujęć, przez co widz nie od razu jest świadom, z czego wynikają decyzje bohaterów i daje się zaskoczyć fabularnym twistom. Ukłonem w stronę nowoczesnego filmowego języka jest również muzyka skomponowana przez Daniela Pembertona, który mocno podbił brzmienia i na nowo zaaranżował utwory z epoki, w której przyszło żyć bohaterom. Co prawda w pewnym momencie scenariusz, wyczerpawszy błyskotliwe zagrywki i słowne przerzutki, zaczyna nużyć, przez co, mimo swojego lekkiego wydźwięku, seans zaczyna przypominać przeciągniętą do zbyt późnej pory imprezę, jednak nie zmienia to faktu, że nowy film Guya Ritchiego, jakkolwiek nie niesie żadnych głębszych treści, idealnie wpasowuje się w jedno z naczelnych zadań kultury masowej – zapewnianie relaksu odbiorcom poprzez pokazywanie im w nowej odsłonie tego, co już znają i lubią. Poza tym, jak głosi hasło promujące Kryptonim U.N.C.L.E., ratowanie świata nigdy nie wychodzi z mody. Doprawdy, trudno się z nim nie zgodzić.

6/10

Paulina Stoparek


[1] Te i dalsze rozważania na temat zysków finansowych wzięły się z danych zamieszczonych w serwisie Filmweb, stan na 9 września 2015 r.


Kryptonim U.N.C.L.E., 2015, prod. USA, reż. Guy Ritchie, scen.: Guy Ritchie i Lionel Wigram na podst. serialu o tym samym tytule, wyst.: Henry Cavill, Armie Hammer, Alicia Vikander i in.

Za seans dziękuję

images

Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s