Mission: Impossible – Rogue Nation

Impossible. Mission: Impossible

Desperate times, desperate measures.
– Ethan Hunt, agent IMF

Jeden z najdłuższych w historii kinematografii cykli filmowych z tym samym aktorem w roli głównej przeznaczony dla dorosłego widza daje radę! Najnowsza odsłona Mission: Impossible (2015) to majstersztyk spod znaku szpiegowskiego kina akcji. Świadoma swoich absurdów i mająca w głębokim poważaniu prawa fizyki „piątka”, kryjąca się pod dumną nazwą Rogue Nation, pędzi na łeb na szyję, strącając po drodze agenta Hunta (Tom Criuse) i jego towarzyszy ku niechlubnej bezpaństwowości, by po serii wystrzałów, wybuchów, pościgów wspomożonych pełnymi wdzięku powtórzeniami fabularnymi, pozwolić widzowi złapać oddech dzięki stonowanej i smakowitej finalizacji całej intrygi.

Pomysł na najnowszą odsłonę Mission: Impossible zasadza się na osobowej indywidualności dostrzegania tego, czego inni nie są w stanie zobaczyć. Nie są w stanie lub nie chcą, czy to z powodu odmiennego charakteru, osobistych sympatii lub antypatii, ograniczonych środków finansowych czy też z przyczyny starej jak świat – nieumiejętności przyznania się do tego, że się nie miało racji. Kto z nas nie miał z tym do czynienia przynajmniej kilka razy w życiu? Kto z nas nie zrozumie Ethana Hunta, który, zapaliwszy się do wypełnienia dzieła życia, czyli likwidacji tajnej siatki przestępczej Syndykat, usłyszy od zwierzchnika, żeby teraz, zaraz, dał sobie z tym spokój, ponieważ opowiada bzdury, i że na dobrą sprawę może iść do domu, bo z powodu działań, które uznał za słuszne, nie ma już dla niego pracy? Kto z nas nie stanie po jego stronie, tym bardziej, że Hunt od początku serii kreowany jest na bohatera zarówno pozytywnego, jak i roztropnego? Odpowiedź jest oczywista: nikt. My, widzowie, Ethana lubimy i rozumiemy, jeszcze zanim fabuła Rogue Nation zdąży na dobre wystartować, ponieważ w pewnym sensie jest on jednym z nas, mimo że większość z nas nie ma bodaj w połowie takich sprawności fizycznej i analitycznej oraz odwagi, aby w ogóle móc się ubiegać o pracę w wywiadzie.

Isle Faust (Rebecca Ferguson) - najpiękniejsza podwójna agentka w historii kina

Isle Faust (Rebecca Ferguson) – najpiękniejsza podwójna agentka w historii kina

Oczywiście ów pomysł na zawiązanie intrygi, którego autorem jest scenarzysta i reżyser w jednej osobie, Christopher McQuarrie, nie jest zbyt odkrywczy i w kinie został wielokrotnie wykorzystany. Generalnie rzecz biorąc, Rogue Nation i cały cykl z Huntem – no, może poza eklektyczną i elegancką „jedynką” – nie grzeszą fabularną oryginalnością, której ramy przed wielu, wielu laty opracował może i nienajlepszy pisarz, ale z pewnością człowiek, który miał w temacie dużo do powiedzenia z racji swoich zawodowych powiązań z wywiadem – Brytyjczyk Ian Fleming, twórca literackiej postaci Jamesa Bonda, która od 1962 zawojowała także sztukę filmową i której seria Mission: Impossible składa mniejsze lub większe ukłony. Jednak, jeżeli w dotychczasowych czterech filmach z cyklu były to dość niezobowiązujące nawiązania, to Rogue Nation składa bondowskim filmom jawny hołd. Już wymyślność gadżetów pomagających członkom zlikwidowanej IMF (tak, do tego to doszło, że z ramienia CIA następuje rozwiązanie sekretnej komórki, podczas gdy we wcześniejszych filmach z Huntem tak wyraźna pępowina nie miała racji bytu – czyżby aluzja do coraz większej ingerencji rządu USA we wszystko, co możliwe?) chwyci „bondologów” za gardła (gazetowy laptop rozbija system!), nie wspominając o głównej postaci kobiecej, podwójnej agentce Isle Faust (Rebecca Ferguson), naturalnie i dojrzale pięknej (Chryste, jakże pięknej!), niebanalnej i nieoczywistej moralnie, która w pewnym momencie zyska najważniejszą fabularną funkcję na przestrzeni całego filmu, tym samym korespondując z tzw. inteligentnymi dziewczynami 007, z naciskiem na pamiętnego Moonrakera (1979) i pełniącą w nim rolę „pierwszej damy” doktor Holly Goodhead (Lois Chiles) oraz jeszcze lepsze Casino Royale (2006) ze zdecydowanym akcentem feministycznym, jaki przemyca postać Vesper Lynd (Eva Green). Jednak to jeszcze nie wszystko, ponieważ najprawdziwszym bondowskim sercem w piątej „misji niemożliwej” jest scena w Operze Wiedeńskiej, z wielością ujęć i kilkorgiem par oczu, z których każda spogląda w inny celownik… Doprawdy, John Glen, reżyser „Bonda” z 1987 roku, czyli W obliczu śmierci (The Living Daylights) z pamiętną sekwekcją w filharmonii, nie mógłby wyobrazić sobie piękniejszego hołdu dla swojego dzieła niż ta kunsztownie, drobiazgowo zrealizowana scena obfitująca w przepiękne zdjęcia pełne ażurowych prześwitów autorstwa Roberta Elswita.

Kadr ze wspomnianej w omówieniu sceny z bondowskiego filmu

Kadr ze snajperskiej sceny w filharmonii z bondowskiego filmu „W obliczu śmierci” (1987)

Jednak nie należy zapominać, że, mimo bondowskich podobieństw, Rogue Nation to film kipiący amerykańskością, która zostaje skumulowana nie tylko w pościgach i wybuchach czy w grupowym działaniu agentów, lecz przede wszystkim w Ethanie Huncie zamkniętym w ciele Toma Cruise’a. Można z czysto złośliwych powodów nie lubić tegoż aktora za fizis kojarzącą się z wiecznym zadowoleniem, cwaniactwem i zestawem min, które trudno określić inaczej, niż że są po prostu cruise’owe, jednak nie sposób odmówić mu tego, że wybornie wpasowuje się w wizerunek amerykańskiego agenta, nierzadko nadrabiającego miną i śnieżnobiałym uśmiechem nieco zbyt wydatnych siekaczy. A nadrabianie miną jest w tym przypadku potrzebne, ponieważ Ethan nie ma tej elegancji i stonowania, jakie są domeną 007, dużo częściej niż Brytyjczykowi zdarza mu się nie kontrolować sytuacji, a zatem zmieniać ustalone wcześniej plany i improwizować, co z kolei spowodowane jest jakże mile widzianym przez amerykańskich widzów motywem chaosu, który ostatecznie i tak da się ukrócić, nader często za pomocą niechlubnych środków. À propos niechlubnych środków, to w Mission: Impossible nigdy nie było i raczej już nie zaistnieją takie rozwiązania fabularne, jak oszczędzanie drugo- i trzecioplanowych ofiar, sugerowanie ogłuszenia za pomocą specjalnego uderzenia czy ujęcia świadczące o tym, że po straszliwej kraksie spowodowanej przez wybryki agenta ścigający go osobnik jednak przeżył. Także w Rogue Nation nikt się nie cacka z moralnie uwrażliwionymi widzami, że pozwolę sobie powołać się na kolejnego sekwencyjnego majstersztyka, jakim jest bójka w piwnicy tortur. Co prawda krwawej masy zamiast twarzy nie uświadczymy, ale gwałtowna śmierć jest w świecie Hunta częścią codzienności, a odruchowe, niemal zakodowane w DNA zadawanie jej przeciwnikowi traktowane jako konieczność.

Sceny akcji w

Sceny akcji w „Rogue Nation” są bezsprzecznie doskonałe

Co jeszcze warte odnotowania w nowej odsłonie Mission: Impossible, to niewątpliwie udany rys komiczny filmu, który skutecznie łagodzi dramaty rozgrywające się na ziemi, pod wodą i w powietrzu. Typ komizmu opierający się na luźnym dowcipie, krewko-żartobliwych podsumowaniach (patrz: motto), pociesznej postaci Benjego (Simon Pegg, który w Rogue Nation pokazał również niezły pazur dramatyczny, vide scena w restauracyjnym ogródku), oraz – tak! – na minach Cruise’a, jest bardzo bliski temu, co ostatnio można było zaobserwować w najnowszym Terminatorze (Terminator: Genisys, 2015), również będącym blockbusterem w typie śmieszno-poważnym, dystansującym widza do, jakby nie było, niewesołej, a momentami wręcz okrutnej fabuły i opierającym się na zabawnym szczękościsku tytułowej postaci. Jak wiadomo, Ethan na podobną przypadłość nie cierpi, za to na wieczne chłopięctwo i owszem. I jakkolwiek grający go aktor nie jest w takim stopniu jak Schwarzennegger ikoną samego siebie, tak z pewnością z większym poświęceniem potrafi oddać się sztuce filmowej. Prolog Rogue Nation, rozgrywający się w powietrzu, ukazujący przyczepionego samymi kończynami do startującego samolotu Hunta, nakręcony został bez pomocy kaskadera, a jedyny znaczący efekt komputerowy jaki w tej scenie zastosowano, to wymazanie lin, które przytrzymywały Cruise’a do kadłuba (patrz: załączony poniżej filmik). Dzięki tej niemal całkowitej bezkompromisowości realizm sceny autentycznie zapiera dech i nabija punkty dalszemu ciągowi, niekoniecznie szanującemu prawa fizyki.

Nieprzestrzeganie praw fizyki, gładka, mimo gradu pocisków, skóra, natychmiastowe zrywanie się do działania bezpośrednio po zabiegu defibrylacji… Parę bzdur jeszcze by się w Rogue Nation znalazło, jednak jaki sens je wymieniać? To było, jest i będzie wadami blockbusterów z agentami specjalnymi jako protagonistami, przez co przypuszczalnie nie znajdziemy wśród nich dzieła konsekwentnego i doskonałego. Tylko po co komu taka konsekwencja? W końcu niedoskonały film, jakim jest Mission: Impossible – Rogue Nation, doprawdy doskonale się ogląda.

7/10

Paulina Stoparek


Mission: Impossible – Rogue Nation, 2014, prod. USA, scen. i reż. Christopher McQuarrie, wyst.: Tom Cruise, Rebecca Ferguson, Simon Pegg i in.

Za seans dziękuję

images

Jak ten Cruise to zrobił można zobaczyć tutaj:

Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s