Katarzyna Kwiatkowska – Zbrodnia w szkarłacie

Klasyka naszpikowana indywidualnością

Kupuj ziemię  już jej nie produkują.

Mark Twain

Gdy młodego i dopiero wyrabiającego sobie markę artystę media zaczynają przyrównywać do mistrza w danym gatunku albo mianować swoistym kontynuatorem zapoczątkowanej przezeń tradycji, w odbiorcach ceniących twórczość owego mistrza zwykle rodzą się oczywiste oczekiwania albo przynajmniej ciekawość. Nierzadko także niechęć jeszcze na długo przed premierą dzieła, a w skrajnych przypadkach również nienawiść… Z tego typu hasłami trzeba uważać, wszak licho nie śpi i tylko czycha, aby przejąć cenny stołek lub chociaż wygwizdać na forum internetowym. Jednak wiele wskazuje na to, że urodzona w Poznaniu pisarka Katarzyna Kwiatkowska, hucznie ogłoszona polską Agathą Christie, może na swoim stołku – a raczej w staroświeckim, obitym pluszem fotelu – siedzieć bez obaw. Co nie znaczy, że miano jej nadane jest całkowicie słuszne. Ze względu na stosowane przez poznaniankę kryminalne schematy, jak niewielka, ściśle określona przestrzeń fabularna, charakterystyczne figury bohaterów czy uporczywe prowokowanie czytelnika do zadawania sobie pytania „kto zabił?”, porównanie do Christie jest tyleż oczywiste, co niefrasobliwe i uogólniające. Kwiatkowska bowiem, bezpardonowo wykorzystując filozofię „ludziom podoba się to, co już znają” – dodaje do sprawdzonych i eleganckich schematów słynnej Brytyjki nieco od siebie. Co tam: nieco! Mnóstwo!

Słowa z okładki Zbrodni w szkarłacie, czwartej powieści poznanianki, przedstawiające Kwiatkowską jako osobę zafascynowaną dworami ziemskimi i tradycjami ziemiaństwa nie są przesadzone. Powiem więcej: to, jak ów fascynacja udzieliła się fabule tej kryminalnej książki, jest aż zaskakujące. Pisarka, wyraźnie podpierająca się źródłami na temat życia Polaków – a Wielkopolan zwłaszcza – pod zaborem pruskim, mnóstwo miejsca poświęca temu, co od zawsze zakorzenione w Polskiej historii i tradycji: przywiązaniu do ziemi dziedziczonej z dziada pradziada, szlacheckim manierom i gościnności, kultowi hucznie obchodzonych świąt i obrzędów, nieważne, że zaraz przyjdzie Niemiec i nas zje. Autorka bardzo szczegółowo odmalowuje także domostwo, w którym rozgrywa się intryga – stary i skrzypiący, trzypoziomowy dworek szlachecki w Jeziorach pod Poznaniem, pełen zakamarków i charakterystycznych dla przełomu wieków XIX i XX zarówno urokliwych szczegółów (osobna piwnica na trunki robione dosłownie ze wszystkiego, co daje ziemia), jak i niedoskonałości (przewiewy, wilgoć, miednica z wodą za parawanem zamiast łazienki).

Ponadto, im bliżej finału, tym więcej czytelnik otrzymuje danych związanych tradycją wielkopolskich zaślubin, a także problemów agrarnych dotyczących ziem polskich pod zaborem pruskim. Przy czym, o ile o obrzędach staropolskich słyszy się sporo i niejedna fabuła chętnie się nimi posługuje, tak z wiedzą na temat rolnictwa polskiego pod zaborami jest ubogo. Tymczasem w Zbrodni w szkarłacie Kwiatkowska wyciąga na wierzch niemal kompletnie zapomnianą sprawę, jaką było powstanie i działalność Związku Ziemian, który skutecznie przeciwstawiał się niemieckim zakusom na polskie ziemie – czyli przeciwstawiał się również zniemczeniu w przyszłości – a w fikcyjną fabułę wplata takie nazwiska jak Stanisław Turno czy Tadeusz Szułdrzyński, pierwszą z osobistości czyniąc nawet przyjacielem głównego bohatera, dżentelmena i detektywa amatora Jana Morawskiego…  „Ale nudy!”, pomyśli ktoś, kto właśnie czyta to omówienie. Doprawdy? Ze swojej strony gwarantuję, że taki „niewierny Tomasz” po skończeniu lektury pomyśli o książce Kwiatkowskiej jak o lżejszym, ciekawszym oraz, rzecz jasna, kryminalnym i bardziej mrocznym Nad Niemnem, pozostającym wiernym kanonom klasycznej powieści realistycznej.

Jedna z ilustracji dołączonych do wydania

Jedna z ilustracji autorstwa Moniki Klimowskiej na podstawie szkicu Katarzyny Kwiatkowskiej dołączona do wydania „Zbrodni w szkarłacie”. Czerwonym krzyżykiem zaznaczyłam miejsce, w którym odnaleziono zwłoki.

Otóż właśnie: kryminalnym i mrocznym. Wszak nie należy zapominać, że Zbrodnia w szkarłacie to kryminał i przede wszystkim tak jest przedstawiana w materiałach promocyjnych czytelnikom. Kwiatkowska, wpisując się w klasyczną formę gatunkową whodunit, skupiającą się wokół znalezienia odpowiedzi na pytanie „kto to zrobił?”, roztacza przed czytelnikiem intrygę w sposób elegancki i uporządkowany, co jakiś czas delikatnie, acz nienachalnie, przypominając mu ustalone już fakty. Ponieważ miejsce akcji, mimo bardzo konkretnych granic, jest dość rozległe i pełne zakamarków – bohaterowie poruszają się po sporym domostwie i jeszcze większych włościach do niego przynależnych – wydawca dołączył do tomu rysunki na podstawie szkiców samej autorki, które pomagają w orientacji w terenie. To również oczywisty ukłon w stronę prozy Christie, zwolenniczki rozrysowywania miejsc akcji, co wydające ją instytucje szanują do dziś, zamieszczając charakterystyczne mapki w kolejnych wznowieniach.

Jednak to nie jedyny, obok wymienionych w pierwszym akapicie niniejszego tekstu, hołd złożony wielkiej kryminalistce, że wspomnę o takich technicznych znamionach fabularnych, jak absolutny brak możliwości przybycia mordercy „z zewnątrz”, tajemnica zamkniętego pokoju, wyraźny podział klasowy społeczeństwa czy pomocnik detektywa, z którym konsultacje bywają bardzo owocne. Owemu pomocnikowi, kamerdynerowi Mateuszowi o niesprecyzowanej „umowie o pracę” (słabością powieści jest fakt, że Kwiatkowska niejako nie może się zdecydować, dla kogo ów pracuje – dla Morawskiego czy Jezierskich, u których Jan jest gościem od kilku dni; możliwe, że jego [Mateusza] status zawodowy określony został w którejś z wcześniejszych odsłon cyklu, niemniej jednak taka „niesamodzielność” Zbrodni w szkarłacie działa na jej niekorzyść), umysłowo bliżej jednak do inteligentnego doktora Watsona z nowel Arthura Conana Doyle’a (któremu zresztą autorka kłania się tytułem swej powieści, nawiązującym do noweli Studium w szkarłacie) niż ciapowatego kapitana Hastingsa z cyklu powieści z Herkulesem Poirotem pióra Christie. Chociaż trzeba przyznać, że przesadny, niemal dziewiczy romantyzm kamerdynera budzi oczywiste skojarzenia z przyjacielem małego Belga.

Jak przystało na prozę whodunit, bohaterowie Kwiatkowskiej nie tyle są uproszczeni czy papierowi, co przynależni określonym schematom, z których wychylają się wyraziste cechy w liczbie od jeden do trzech, jednak przedstawione bez nadmiernego psychologizowania. I tak, w Zbrodni w szkarłacie odnajdujemy: niefrasobliwego kawalera z dobrej rodziny, który obawia się nudy związanej z ustatkowaniem (Jan), wojowniczą pannę, która, gdy przyjdzie co do czego, jednak odda ukochanemu mężczyźnie swą rękę, niezależność i pieniądze (Helena), grubociosanego, ale o gołębim sercu, wiernego kochanka (Andrzej), łasą na spadek jędzę, która uwielbia całej rodzinie psuć krew (Ewelina) etc. To wszystko oczywiście już było i czytelnik zaznajomiony z klasycznym kryminałem bez problemu te schematy wychwyci. Lecz cóż z tego, skoro Kwiatkowska po mistrzowsku broni się skrupulatnie obmyśloną, lawirującą od jednego potencjalnego winnego do drugiego intrygą i opisanymi powyżej staropolskimi i historycznymi smaczkami, nie wspominając o przemycaniu oświeceniowej filozofii, trafnej, nierzadko zabarwionej goryczą (ale nie utyskiwaniem!) krytyce Polaków i ludzi w ogóle, perfekcyjnie umiejscowionych w wypowiedziach bohaterów cytatach (Schopenhauer, Diderot, Twain) czy licznych nawiązaniach literackich, z których najdoskonalszym, bo wielopiętrowym, jest wariacja na temat (sic) Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Taka to kreatywna bestia z tej Kwiatkowskiej!

Ma ktoś ochotę na staropolską malinówkę przepisu seniora Jezierskiego? / Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Znak

Ma ktoś ochotę na staropolską malinówkę wg przepisu seniora Jezierskiego? / Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Znak

Wśród tych niewątpliwych zalet, ma Zbrodnia w szkarłacie również wady, i to niekoniecznie drobne. Obok sztywnego nakreślenia przemieszczających się po budynku i folwarku bohaterów, przypominającego zaplanowany od linijki taneczny układ, największą z nich jest niewątpliwie pewna umowność, a przez to odrealnienie procedury śledczej i poważne zaniedbanie elementu, który w każdym szanującym się kryminale whodunit obok rozmów z podejrzanymi jest najważniejszy – trupa! Zwłoki u Kwiatkowskiej leżą sobie spokojnie i czekają na lepsze czasy, aż się nimi zainteresuje policja, nie wspominając o medyku, którego w powieści brak. Dziwnie to wszystko się przedstawia, zważywszy na fakt, że w roku 1900, w większych miastach – nie zapominajmy, że Jeziory leżą blisko Poznania – policja działała dość prężnie, a w życie wchodziła nauka, która na zawsze miała odmienić działania śledczych – medycyna sądowa. Tymczasem trup godzinami (i dniami!) leży, nikt po niego przyjeżdża, a jeśli już ktoś się nim interesuje, to kryminalistyczni laicy, którzy zwłoki przenoszą, wynoszą, przykrywają dywanami, a nawet meblami, szperają im po kieszeniach, w portfelach, torebkach… W pewnym momencie pojawia się co prawda stróż prawa, który – o ile akurat jest w pobliżu – potrafi sprawę ukrócić, ale cóż z tego, kiedy nawet nie towarzyszą mu pomocni funkcjonariusze, a pilnowanie zwłok zleca wiejskiemu parobkowi o mózgu wielkości orzeszka ziemnego? Oczywiście, pewne śledcze rozwiązania można przypisać poszczególnym zakrętom fabularnym, jednak nie da się w ten sposób wytłumaczyć każdego z nich, co sprawia, że procedura ta wypada u Kwiatkowskiej bajkowo, a momentami wzbudza nawet uśmiech politowania.

Podsumowując, autorka Zbrodni w szkarłacie stworzyła powieść nietuzinkową.Obmyślając intrygę, co prawda posłużyła się jednym ze sprawdzonych schematów w stylu Christie, jednak wetknęła weń mnóstwo odautorskich dodatków. Jako się rzekło, śledczych opisów technicznych najwyraźniej nie przemyślała, ale we fragmentach czerpiących z ówczesnych obyczajów i wydarzeń historycznych poznanianka wypadła bezbłędnie. To one są sercem tej prozy, to one sprawiają, że czytelnik wybacza niedoskonałości, że chce więcej Kwiatkowskiej i wróży jej zawrotną karierę. Skoro mowa o karierze, cieszy także fakt, że autorka podpisała umowę z wydawcą, który potrafi zadbać o reklamę jej powieści. Wielu czytelników usłyszało o pani Katarzynie dopiero teraz, a przecież autorka zadebiutowała w 2011 roku. Pozostaje życzyć pisarce i Wydawnictwu Znak tego, aby współpraca układała pomyślnie i aby nie był to pojedynczy strzał, tak jak w przypadku poprzednich jej powieści. A kończąc, napiszę przekornie, że Katarzyna Kwiatkowska nie jest polską Agathą Christie. Kwiatkowska to Kwiatkowska – inteligentna, oczytana, kreatywna, mająca swoje historyczne koniki indywidualistka i cierpliwa poszukiwaczka źródeł i inspiracji (Jeziory istniały naprawdę!), której książki warto znać, a plany śledzić. I która, co w przypadku pisarza nie mniej ważne, ma genialne poczucie humoru.

7/10

Paulina Stoparek

Zrecenzowano w ramach Projektu


Katarzyna Kwiatkowska, Zbrodnia w szkarłacie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu

Advertisements

4 thoughts on “Katarzyna Kwiatkowska – Zbrodnia w szkarłacie

  1. No właśnie ja nie słyszałem na przykład, chętnie się zapoznam. Z recenzji wynika coś, czego nie lubię za bardzo, to znaczy zbyt dużej koncentracji na tle, co odbija się na jakości intrygi. No, ale ocenić przyjdzie na własne oczy.
    P.S. W kwestiach agrarnych i nie tylko zaboru pruskiego polecam świetny serial „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”.

    Polubione przez 1 osoba

    • Dziękuję za polecenie! Natomiast co do jakosci intrygi, to z pewnością umiłowanie przez Kwiatkowską tematów szlachecko-ziemiańskich na nią nie wpływa. Ale uprzedzić muszę, że jest w ksiażce taki moment przerwy, dość wyraźny, kiedy kryminał zostaje porzucony na rzecz wątków agrarnych i osobistych przemyśleń Jana dotyczących jego przyszłości. Oczywiście potem do intrygi autorka wraca, z nowymi siłami, co wyraźnie można odczuć po tym, jak w finale potrafi zakręcic czytelnikiem. 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  2. Świetna recenzja! Czy planuje pani może tekst o „Mgle” Kai Malanowskiej. Wzbudza spore kontrowersje – dobrze by się dowiedzieć od kompetentnej osoby, czy jest warta przeczytania.

    Polubione przez 1 osoba

    • Po pierwsze, dziękuję za uznanie mnie za osobę kompetentną w temacie – to dla mnie bardzo, bardzo wiele znaczy. Po drugie, o „Mgle” oczywiście słyszałam, o „aferze” wznieconej przez Dziką Bandę również. Powiem tak: chciałabym ją przeczytać i omówić, jednak jak dotąd nie zwróciłam się do wydawcy, ponieważ mam kolejkę kilkunastu pozycji do lektury i omówienia (proszę zerknąć na slideshota niżej po prawej), niektóre z nich już czekają bardzo długo, więc one mają pierwszeństwo. Tak więc mówiąc uczciwie, w tym momencie po prostu nie wiem, czy uda mi się omówić powieść Malanowskiej, a jeśli tak, to na pewno nieprędko.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s