Igor Ostachowicz – Zielona wyspa [Audiobook]

Zając i wariatka

Jeśli przyjąć, że wyraz jest jednostką budulcową recenzji, a recenzja jest domem, w którym jak najwygodniej powinno mieszkać się aktualnie omawianemu tytułowi, to tekst poświęcony Zielonej wyspie Igora Ostachowicza najlepiej byłoby stworzyć ze słów przynależnych językowi potocznemu. Aby go umocnić natomiast, i uchronić przed przewiewami, nie zaszkodziłoby dodać do zaprawy garści kolokwializmów i przekleństw. Przy czym zaznaczę, że nie piszę tego złośliwie ani z pogardą. Zielona wyspa to rzecz tak oryginalna, a zarazem napisana tak prostymi i bezpardonowymi, chociaż niewątpliwie starannie zaplanowanymi słowami, że szykowny język niniejszego tekstu miałby się do niej jak przysłowiowy piernik do wiatraka.

Zacznę zatem nieelegancko i napiszę, że powieść Ostachowicza to literacka jazda bez trzymanki, a jej główna bohaterka, Magda, jest osobowością dokumentnie porytą w sensie psychicznym, choć bez wątpienia odznaczającą się sporą inteligencją. Nie będę, wzorem innych recenzentów, pisać, że przybywa ona na tytułową, w zamyśle bezludną, wyspę, aby przemyśleć swoje małżeńskie problemy. To bzdura, ozdobnik fabularny nijak mający się do właściwej treści powieści. Chcesz wierzyć, że jednak jest inaczej i na podstawie podobnych streszczeń roić sobie, że tajemniczy nieznajomy, który zburzy ledwo odzyskany spokój Magdy sprawi, iż Zielona wyspa zakwitnie romansem, odnalezieniem sensu egzystencji i olaniem niewiernego męża przez bohaterkę? A może masz nadzieję, że, niczym w Śmierci i dziewczynie (Death and the Maiden, 1994) Polańskiego, ofiara spotka się oprawcą, a w miarę poznawania fabuły role te zaczną się odwracać? Oczywiście, masz do tego prawo. Ale żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Chociaż z drugiej strony, ja mam już ten komfort, że lekturę powieści Ostachowicza mam za sobą i z grubsza zdążyłam ułożyć ją sobie w głowie, więc łatwo mi się wymądrzać. A przecież sama dałam się nabrać z początku, licząc na książkę pokrewną zjawiskowej „cegle” Morze, morze pióra Iris Murdoch. Oba tytuły mają punkty wspólne, a jakże. Wystarczy wspomnieć morze właśnie czy pozorną radość z zaplanowanej wcześniej samotności, albo narastające zachowania socjopatyczne głównej postaci. Jednak na zewnętrznym szablonie podobieństwa się kończą, bo, podczas gdy Brytyjka napisała powieść, której fabuła jest linearna, a mimo dramatycznej treści stonowana i oczywista w odbiorze, tak Polak skupia się na postępującym szaleństwie Magdy przekazanym za pomocą wizji, która nie tylko igra z różnymi gatunkami literackimi swobodnie pomiędzy nimi lawirując, lecz także pachnie filozofią łączącą ironiczną i psychoaktywną konwencję znaną z filmów Quentina Tarantino z melancholią i marazmem charakteryzującymi kino Jima Jarmuscha.

Zresztą, Ostachowicz ani przez chwilę nie zamierza się od tych zacnych nazwisk, a nawet konkretnych cytatów z popkultury odżegnywać, wręcz przeciwnie. W posłowiu przyznaje, że czerpał z tylu rozmaitych tytułów filmów, książek, piosenek, prasy oraz publicznych wypowiedzi, że „próba skatalogowania ich i opatrzenia przypisami wyszłaby dość niezręcznie”. Oczywiście, wyłapanie ich wszystkich podczas jednokrotnej lektury graniczy z niemożliwością. Po pierwsze, trzeba by co chwilę odrywać się od książki na rzecz Googla; po drugie, mimo że Zielona wyspa składa się na gros stron – a w przypadku audiobooka naście godzin – poświęconych tzw. gadającym głowom, czyli niekończącym się rozmowom pary bohaterów, oraz „strumieniom świadomości” przepływających przez uzależniony od leków umysł Magdy, to jednak nie przeszkadza jej być fascynującą.

Igor Ostachowicz (w środku) przez wiele lat był PR-owcem Donalda Tuska

Igor Ostachowicz (w środku) przez wiele lat był PR-owcem Donalda Tuska

Fascynującą w swoim rozgadaniu, potoczystości, bezpardonowych spostrzeżeniach i niezliczonych tropach: symbolicznych, kulturowych i psychologicznych, które autor do bólu mnoży, co piszę z naciskiem, ponieważ nie każdy odbiorca będzie miał cierpliwość układać puzzle, które w kolejnym rozdziale na powrót zastaną rozburzone, a na dodatek powiększone o dodatkowe elementy. Ostachowicz nie ułatwia życia czytelnikowi, niezmodowanie mącąc mu w głowie i stosując tak wymyślne „ściemy”, że w pewnym momencie zaczynamy zadawać sobie pytanie, czemu to wszystko służy…

Oczywiście, z powodu wspomnianych bogactw oraz – co tu kryć – przegadania, w umyśle czytelnika pozostanie raczej ogólne wrażenie poznanej właśnie literackiej hybrydy, niż jej poszczególne odniesienia czy mądrości. Bo Zielona wyspa to trochę taki wywiad-rzeka z umysłem zniszczonym przez niepowodzenia, namiętnie połykaną chemię, inwestowanie uczuć w nieodpowiednie osoby oraz zawód spowodowany tym, jak skonstruowany jest świat. Mimo ironicznego, a nawet wywołującego śmiech odbiorcy przeżartego współczesnym podwórkiem języka, to w gruncie rzeczy bardzo smutna opowieść.

Z racji literackiej jakości spod znaku „dziwność nad dziwnościami”, nawet nie będę próbowała oceniać dzieła Ostachowicza jakimiś śmiesznymi punkcikami, bo miałoby to tyle sensu, co „z żętycy śliwowica”, o której śpiewał Artur Andrus. Mogę za to ocenić interpretację wydania audio, czytanego przez Annę Szawiel (prolog i epilog) oraz Rocha Siemianowskiego (cała reszta). Chociaż na dobrą sprawę, cokolwiek bym napisała, to nie odda istoty tego, jak smakowicie brzmi Zielona wyspa w ich wykonaniu. Już dwa krótkie fragmenty czytane przez Szawiel uderzają w odbiorcę przejmującym oddaniem zjadanego przez depresję umysłu Magdy. Jednak to pikuś w porównaniu z tym, co zademonstrował przed mikrofonem Siemianowski, który wychodzi ze skóry, aby przekaz Ostachowicza uczynić bardziej przystępnym. Parska, śpiewa, krzyczy, kurwuje, rozpacza, dyszy, imitując narastające seksualne podniecenie… A jak pięknie akcentuje słowo „zając”, tak ważne dla tej opowieści! Z czystym sumieniem mogę napisać że nigdy nie słyszałam lepiej czytanego audiobooka. Nawet Jan Englert przybliżający głosowo Ojca chrzestnego wymięka przy Siemianowskim.

Podsumowując, niezależnie od czytelniczych preferencji, Zieloną wyspę warto znać chociażby ze względu na jej nietypową jakość, której siły oddziaływania nie trzeba lubić, ale nie sposób zlekceważyć. Założę się, że za kilka lat w słowniku literatury polskiej pojawi się nowe wyrażenie: „ostachowiczowszczyzna”. Nie wierzycie? Zmienicie zdanie, gdy wejdziecie Magdzie do głowy.

Interpretacja: 9/10

Paulina Stoparek


Igor Ostachowicz, Zielona wyspa, czytają: Roch Siemianowski i Anna Szawiel, Biblioteka Akustyczna (na licencji Grupy Wydawniczej Foksal), Warszawa 2015.

Za audiobooka dziękuję

Źródło zdjęcia: http://m.dziennik.pl/wiadomosci/polityka/cien-tuska-szaman-bylego-premiera-i-dworzanin-donalda-kim-jest-igor-ostachowicz-sylwetka.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s