Drugi Hotel Marigold

Hotel pogodnej starości

Drugi Hotel Marigold (The Second Best Exotic Marigold Hotel , 2015) to aktorski samograj. Zresztą trudno się dziwić, wszak odtwórcy ról emerytowanych Brytyjczyków usiłujących odnaleźć się w indyjskich realiach są legendami kina i teatru, które pozjadały zęby na scenie i mimo zaawansowanego, a nawet sędziwego wieku, nadal pozostają zawodowo aktywni. Świadomi zarówno swoich talentów, jak i słabości, artyści ci dobrze wiedzą, w jaki sposób pokazać się od jak najlepszej strony. Z opanowaną do perfekcji mimiką i pewną siebie postawą, przez dwie godziny bawią i wzruszają niejako od niechcenia, bez wysiłku, bez spinania się, wyginania czy plastikowych min, sprawiając, że kontynuacja zaskakującego przeboju sprzed czterech lat jest dokładnie tym, czego należy się spodziewać – ciepłym i optymistycznym filmem o jasnej, a nawet zabawnej stronie starości, pełnym wysmakowanego poczucia humoru.

Tak właśnie: wysmakowanego. Nie rubasznego, nie kloacznego i nie na pokaz, któremu towarzyszyłby głośny rechot widza, przepełnionego mniejszym lub większym uczuciem zażenowania. Drugi Hotel Marigold to komedia dostojna niczym wiekowi pensjonariusze tytułowego przybytku, to film-chichot, którego twórcy, reżyser John Madden i scenarzysta Ol Parker, dali aktorom scenariusz i pozwolili im robić to, w czym są najlepsi – grać w zgodzie ze swoimi wizerunkami, za które pokochali ich widzowie. To właśnie owo niewymuszenie pozwoliło uchwycić elementy będące częścią nie tylko starości, lecz także człowieczeństwa w ogóle, w sposób wdzięczny i pełen samoakceptacji. Ono umożliwiło wiekowej (80 lat!) Maggie Smith być przekonującym „wrzodem na czterech literach” (scena z parzeniem herbaty!), który w następnej chwili, po okazaniu mu sympatii, niemal połyka łzy ze wzruszenia. I to z jego powodu Richard Gere jest starszą o ćwierćwiecze kopią Edwarda z Pretty Woman (1990), która w pewnym momencie nie wytrzymuje nadmiaru emeryckich śmiesznostek i widać, że już, zaraz, wybuchnie przed kamerą śmiechem, nieważne, że akurat film się robi”…

Muriel (Maggie Smith) pokazuje, jak prawidłowo parzyć herbatę. Nie posłuchasz - będą kłopoty.

Muriel (Maggie Smith) pokazuje, jak prawidłowo parzyć herbatę. Nie posłuchasz – będą kłopoty.

A jak jest z wspomnianymi człowieczeństwem i starością po czterech latach od pierwszego spotkania z tą urokliwą „starszą młodzieżą”? Na dobrą sprawę bez zmian, co nie znaczy, że nudno. Bohaterowie przez ten czas ani nie zmądrzeli życiowo, ani nie popełnili jakichś wartych odnotowania błędów. Można wręcz powiedzieć, że Drugi Hotel Marigold zastaje ich na tym samym odcinku życiowym, na którym zostawiła ich pierwsza jego odsłona. To nadal tacy starzy-młodzi, nie do końca ustatkowani w życiu osobistym i mający kłopoty z własną uczuciowością. To ludzie będący w ciągłym ruchu, przeczący powszechnemu znaczeniu słowa „staruszek”. Z tym że aktywność ta w znacznej mierze tyczy się nie tyle wysiłku fizycznego, ile wewnętrznego rozedrgania, spowodowanego rozmaitymi emocjami. Właśnie to determinuje ich działanie a nie troska o dzieci, pracę czy domowe obowiązki, które już nie są – albo nigdy nie były – celami ich egzystencji. Evelyn (Judi Dench) jest ucieleśnieniem obawy przed zdecydowanym krokiem naprzód, Douglas (Bill Nighy) – strachu przed odrzuceniem, Madge (Celia Imrie) – lęku przed samotną starością, Norman (Ronald Pickup) – zwątpienia w swoją męskość. I wreszcie Muriel, czyli wspomniana już, fenomenalna Maggie Smith… Ona z kolei jest symbolem nadającym goryczy temu radosnemu przecież i pełnemu życia filmowi, nieco znoszącym go z chmur ku ziemi, a przez to uwiarygodniającym – symbolem lęku przed śmiercią, a w dalszym rozrachunku – personifikacją pragnienia pozostawienia po sobie względnego ładu, aby tym, co pozostaną, ułatwić życie.

A pozostaną oczywiście młodzi, pełni ambicji i nadziei. I infantylni z ich zazdrością o przystojnego kolegę czy gniewem z powodu zaprzepaszczonej nauki weselnego tańca. Młodość widziana oczami twórców jest kolorowa, głośna i, niestety, dość topornie ukazana (chęć dorobienia się „po trupach”, mania prześladowcza spowodowana pojawieniem się „lepszego modelu”) oraz, za sprawą postaci młodego i energicznego Hindusa Sonny’ego (Dev Patel), niepotrzebnie przerysowana, co oczywiście śmieszy, ale w którejś scenie z kolei zaczyna drażnić. Jednak, mimo widocznych niedoskonałości, ten wątek też ma swój cel. Dzięki niemu bowiem zaistniał w filmie kontrast międzypokoleniowy i, ma się rozumieć, egzotyczna i przyjemna dla oka kultura hinduska, na rzecz drugiej odsłony Hotelu Marigold wydestylowana i wystylizowana, z finalną sceną tradycyjnych ceremonii ślubu i wesela.

Monumentalne sekwencje tradycyjnego hinduskiego wesela są piękne, jednak zaburzają uniwersalny wydźwięk całości filmu

Monumentalne sekwencje z tradycyjnym hinduskim weselem są piękne, jednak zaburzają uniwersalny wydźwięk całości filmu

Niestety, nieumiejętnie ukrytej chęci filmowego popisania się lubią towarzyszyć dłużyzny i nierówny tok narracji. Madden się przed tym nie ustrzegł. Pragnienie ukazania hinduskiej kultury w całej jej okazałości w pewnym momencie zaczyna przerastać całą resztę, przez co wytraca się subtelny rytm dojrzałej komedii obyczajowej o wydźwięku uniwersalnym. Na dokładkę, zapewne chcąc dodać fabule rumieńców i młodzieńczego rytmu, im bliżej końca, tym bardziej scenariusz Parkera staje się niekonsekwentny, niebezpiecznie szarżując pomiędzy przeciwnymi biegunami tego, co było tak trudne do osiągnięcia, a co w następnej scenie staje się faktem.

Podsumowując, głównymi wadami Drugiego Hotelu Marigold są niepotrzebne scenariuszowe przyspieszenia i toporne ukazanie umysłowości młodych ludzi. Zupełnie jakby twórcy bali się, że młodzież znudzi spokojny rytm filmu, a starszych widzów nie zaspokoi subtelniejsze wyśmianie w nim młodzieńczej głupoty. A przecież z tak wyborną ekipą przed kamerami podobne obawy są nonsensem. Patrzeć na tylu, za przeproszeniem, starych aktorskich wyjadaczy w jednym miejscu to czysta rozkosz dla oczu każdego świadomego kinomana. Doprawdy, chyba tylko Helen Mirren i jej kostycznego vis comica zabrakło, aby dopełnić tego gwiazdozbioru. Ale kto wie, może Madden i Parker w przyszłości wybudują trzeci hotel z pokojem przeznaczonym także dla tej zdolnej damy? W końcu Sonny to taki ambitny i obrotny gość, że dwoma raczej się nie zadowoli…

6/10

Paulina Stoparek


Drugi Hotel Marigold, prod. USA, Wielka Brytania, reż. John Madden, scen. Ol Parker, wyst.: Judi Dench, Maggie Smith, Richard Gere, Bill Nighy i in.

Za seans dziękuję images

Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych.

Tekst ukazał się także na portalu Noir Cafe pod adresem: http://www.noircafe.pl/review/drugi-hotel-marigold/.

Advertisements

One thought on “Drugi Hotel Marigold

  1. Film mi się podobał, choć nie tak bardzo, jak jedynka. Te dłużyzny, przegadanie, momentami totalnie od czapy wątki strasznie zepsuły ten film. Zresztą w ogóle uważam, że część 2 była niepotrzebne. Jedynka to dla mnie synonim dojrzałego, zabawnego i ciepłego kina, podnoszącego na duchu. Dwójkę obejrzałam właściwie z sentymentu i dla tych właśnie aktorów bezzębnych 😉 i z całego filmu wyniosłam tylko jeden piękny cytat, który pojawił się przy końcu:
    „Nie ma czegoś takiego jak zakończenie. Jest tylko miejsce, w którym znikamy z opowieści”
    Po namyśle sądzę, że i tak było warto. Pozdrawiam

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s