Mad Max: Na drodze gniewu

Kamień milowy filmowego „rozpieprzu”

Usiądź wygodnie, wyłącz racjonalne myślenie i szeroko otwórz oczy. Spójrz na postapokaliptyczny świat wyschnięty na wiór, z nielicznymi oazami dzielącymi się z człowiekiem wodą i pożywieniem. Z człowiekiem? Tak jakby… O ile mianem tym można nazwać pokraczne dziwadło w zębatej masce, które zapładnia kolejne piękne i delikatne dziewczyny, aby po upływie wiadomego terminu rodziły podobne mu stwory. Stwory, które po jego śmierci będą tak jak on teraz trzymać pod butem resztę społeczności, a w zamian za jej bezwzględny posłuch i poniżenie – wydzielać śmiesznie małe racje wody. Jeśli, oczywiście, taka przyszłość czeka jego potomków… Przecież w pewnym momencie ktoś może nabrać odwagi, by postawić się Immortan Joemu (Hugh Keays-Byrne) i podjąć próbę wywrócenia do góry nogami możnowładczej tyranii…

To właśnie bunt jest wyjściem dla właściwej opowieści nowej odsłony Mad Maxa, o jakże trafnym i dwuznacznym zarazem podtytule Na drodze gniewu (Mad Max: The Fury Road, 2015). Dwuznacznym, bo gniewem, lub, jak kto woli, furią w filmie George’a Millera, jest kobieta, imperatorka o imieniu… Furiosa (Charlize Theron). Osią fabuły jest właśnie jej droga zemsty, nie wymęczonych podwładnych, nie młodych kobiet, które Joe splamił swoim nasieniem, nawet nie tytułowego bohatera (Tom Hardy), który w vendettę jednorękiej, walecznej damy zostanie wmieszany całkowicie przypadkowo.

Wydźwięk feministyczny nowego Mad Maxa jest oczywisty. To kobiety są w nim siłą, ze swoim zdeterminowaniem, wrażliwością, pokancerowanym przez mężczyzn pięknem i z brzuchami, w których kiełkują nowe życia. Z początku może wprawdzie dziwić, że to właśnie przedstawicielce płci pięknej przerażający władca zleca wielokilometrową drogę w celu odbycia ważnej transakcji, jednak im dalej w las, tym widz coraz bardziej przekonuje się do kwalifikacji Furiosy, a z czasem i do wizji, że jest ona w stanie udźwignąć na barkach nowy, lepszy system. Tych, którzy się obawiają, czy Charlize Theron podołała roli walecznej rebeliantki z niekompletnym zestawem członków, pragnę uspokoić – podołała, i to jak! Co było o tyle trudne, że – nie licząc pamiętnej roli w Monster (2003) – aktorka ta przez całą swoją karierę stąpa w nimbie boskości, klasycznie pięknej, pełnokształtnej i opryskanej szlachetnymi perfumami od Diora, co rodzi w widzu oczywiste oczekiwania i, niestety, także zwątpienie z możliwość zmiany tak mocno zakorzenionego w świecie popkultury wizerunku. Tymczasem Theron bezpardonowo z nim zrywa. Nadal jest urokliwa, a jakże, jednak jest to urok przynależny bardziej Joannie d’Arc niż seksbombie. Bo Furiosa ma misję, która niemal rozświetla ją od wewnątrz. Theron w ciele rebeliantki co i rusz nieufnie błyska na boki przekrwionymi oczami, nie wdzięczy się, nie uśmiecha, nie przeczesuje ręką włosów. Zresztą, nie bardzo ma co przeczesywać. Od pierwszego do ostatniego ujęcia jest niczym pełen powagi żołnierz, który z konieczności został dowódcą i nie chce zawieść tych, którymi musi pokierować.

Furiosa - bohaterka bezwględnie burząca dotychczasowe emploi Charlize Theron

Furiosa – bohaterka bezwględnie burząca dotychczasowe emploi Charlize Theron

Nie da się ukryć, że bohaterkę jaką jest Furiosa trudno przyćmić i Miller bynajmniej nie wymaga tego od jej towarzysza z przypadku. Tom Hardy rysuje postać tytułową oszczędnie, niemal bezgłośnie, często sprowadzając swoje wypowiedzi do pomruków, parokrotnie przemycających komiczne wtręty, a status jego roli można podzielić na dwa etapy: początkowej bezwolności i następującej po niej aktywności, w finale sprowadzonej do radykalnego aktu, którego charakter w recenzji grzechem byłoby zdradzić. Istota postaci Maxa rośnie zatem wprost proporcjonalnie do czasu ekranowego, a od bohatera kreowanego przed laty przez Mela Gibsona różni ją to, że o swoje fabularne zaistnienie musi się postarać.

Niewątpliwie na uznanie zasługuje fakt, że Miller nie dał się skusić miłosnemu patosowi, chociaż pogłębiająca się pomiędzy protagonistami relacja aż się o to prosiła. Reżyser wolał pójść w inną stronę, tę w duchu Mad Maxa 2: Wojownika szos (1981), ale o niebo nowocześniej zrealizowaną. Jego wybór to bezpardonowa i niemal nieustająca „rozwałka”, która nie daje bohaterom czasu na nic innego poza nią (a zatem na miłość czy seks również), składająca się z efektownie i błyskawicznie następujących po sobie wydarzeń, z których multum ma miejsce na pustynnej drodze w wirze pędzących pojazdów. Pojazdów, co trzeba podkreślić, fenomenalnie zaprojektowanych, fetyszystycznie dopieszczonych w szczegółach i głośno ryczących. I równie spektakularnie rozpadających się na tysiące kawałków. A gdy w pewnym momencie Miller dodaje do tych technicznych majstersztyków elastycznych niczym węże kaskaderów, rozwiany włos wroga pędzącego za uciekinierami i groteskowego gitarzystę zagrzewającego do boju grzmieniem strun – widz przestaje mieć jakiekolwiek pytania, po prostu daje się porwać.

Jakby tego było mało, fetyszyzacji techniki, kaskaderce i efektownym starciom zarówno na zderzaki, pięści, jak i z bronią w ręku, towarzyszą pięknie wykonana i nierzadko przerażająca charakteryzacja postaci rodem z koszmaru zrodzonego w chorym umyśle oraz do perfekcji dopracowane kostiumy, począwszy od zwiewnych sukienek, poprzez wielowarstwowe pancerze, po zbroje iście kampowych rycerzy. A to wszystko składa się na wizję, której należy się nisko pokłonić, nie tylko dlatego, że kosztowała miesiące mrówczej pracy setek ludzi, lecz także z tej przyczyny, że Na drodze gniewu to ten rodzaj filmu, który stworzyła miłość twórcy do kina krzyczącego obrazem i pragnienie osiągnięcia wymarzonego efektu bez żadnych kompromisów.

Max (Tom Hardy) nie mówi wiele. Nie musi

Max (Tom Hardy) nie mówi wiele. Nie musi.

Jak wiadomo, postawa bezkompromisowa zawsze bywa w jakiś sposób wybrakowana, co wynika z prostej zasady poświęcenia tego czy innego elementu na rzecz stuprocentowo czystej idei. Miller cudotwórcą nie jest, więc mając przed oczami określoną wizję, parę szczegółów musiał z ostatecznego rozrachunku wykreślić. Nowy Mad Max jest bowiem tym typem kina, które winno mieć szczątkowy scenariusz, aby móc w pełni wybrzmieć się swoją efektownością. A skoro skrypt jest szkicowy, to wiadomo, że od strony psychologicznej niekoniecznie będzie wiarygodny, a geneza postaci nie będzie dostatecznie rozwinięta. Trudno zaprzeczać, że omawianemu filmowi by się to nie przydało, wszak dziwadeł w nim co niemiara, a luźny domysł, że rozmaite choroby i zniekształcenia ciała wzięły się z atomowej zagłady, dociekliwemu widzowi nie wystarczy. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że nawet on, patrząc na cuda techniki zaserwowane przez twórców, pędzące i zderzające się w rytm łączącej rozmach z pietyzmem muzyki autorstwa Junkiego XL, pozwoli sobie na utratę głowy, a co za tym idzie – pozbycie się wątpliwości, że to, na co patrzy, jest, mówiąc najprościej, wielkie.

Tak, nowy Mad Max to film wielki pomimo swej ostentacyjnej blockbusterowości. Bo mainstream również może być dziełem sztuki i kamieniem milowym w historii filmu. Miller właśnie to udowodnił. Ci, którzy narzekali na to, że dotychczasowe filmy z cyklu o Szalonym Maksie dziś już trącą myszką – w tym i ja – jego najnowszym dziełem zostaną rozłożeni na łopatki. Ci, którzy serię wielbią – teraz zaczną cenić ją jeszcze bardziej. I jakkolwiek nie lubię ogólnikowych określeń pod publiczkę, tym razem nie będę się starała takowego uniknąć, ponieważ ostateczny efekt trudno określić racjonalnymi słowy. Bo Mad Max: Na drodze gniewu to, mówiąc wprost, „rozpieprz” jakiego świat filmu jeszcze nie widział i obraz, który wpisze się w historię kinematografii zyskaniem miana kultowego w dniu swojej premiery!

8/10

Paulina Stoparek


Mad Max: Na drodze gniewu, 2015, prod.: Australia, USA, reż. George Miller, scen. George Miller, Nick Lathouris i in., wyst.: Charlize Theron, Tom Hardy, Nicholas Hoult i in.

Za seans dziękuję images

Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych.

Tekst ukazał się także na portalu Noir Cafe pod adresem: http://www.noircafe.pl/review/mad-max-na-drodze-gniewu-2/.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s