Zabójcy bażantów

Miazga po duńsku

Do niedawna litera „Q” w popkulturze kojarzyła się dość sympatycznie, mianowicie z wynalazkami wspomagającymi zawodowych szpiegów, których projektantem był uroczy, ale wiecznie niezadowolony starszy pan (Desmond Llewelyn). Na przestrzeni kilkudziesięciu lat człowiek, którego kule się nie imają, czyli nikt inny jak James Bond, zdążył mu napsuć krwi do tego stopnia i w tak zabawny sposób, że nawet przejęcie jego roli przez śmieszniejszych (John Cleese) czy młodszych (Ben Whishaw) nie zdążyło zastąpić tej klasycznej już dziś postaci zrzędliwego, ale w gruncie rzeczy „do rany przyłóż” arcypomysłowego wynalazcy. Jednak od 2011 roku symbol „Q” nie kojarzy się już wyłącznie z traktowanymi z przymrużeniem oka technicznymi nowinkami. Teraz oznacza także Departament Q i trafiające do jego podziemi niewyjaśnione zagadki kryminalne, które po latach wychodzą na wierzch i upominają się o sprawiedliwość. A Duńczycy je konstruujący, pisarz Jussi Adler-Olsen i reżyser Mikkel Nørgaard, jak dotąd wykonują swoją pracę na tyle dobrze, że udaje im się wychodzić za granicę swojej ojczyzny z godnym zapamiętania skutkiem.

Jako że kryminał jest najpopularniejszym towarem eksportowym państw nordyckich, trudno w nim dziś o oryginalność czy osiągnięcie statusu kamienia milowego tego nurtu, jakim są trylogie Millennium czy Oblicza Victorii Bergman. Jednak Nørgaard, biorąc się za ekranizację powieści Adlera-Olsena, wcale nie starał się za pomocą języka filmowego wykonać tego karkołomnego zadania. Nakręcił obraz warty uwagi i zapamiętania, jednak w formie klasycznej dla kryminału z północy: mrocznej, o dusznym klimacie, obfitującej w brudy z przeszłości, z mocnym zacięciem psychologicznym i społecznym. Zabójcy bażantów (Fasandræberne, 2014), bo o nich mowa, to także jeden z tych filmów kryminalnych, w którym od intrygi ważniejszy jest człowiek i jego emocje. Emocje, które chowa głęboko w sobie aż do punktu kulminacyjnego, kiedy to nareszcie, często po wielu latach, pozwoli im nieskrępowanie popłynąć.

W pierwszym filmie z cyklu o śledczych z Departamentu Q, Kobiecie w klatce (Kvinden i buret, 2013), również przez Nørgaarda wyreżyserowanym, skumulowane uczucia drzemały w osobie porywacza, którego personaliów oczywiście nie zdradzę. Emocjonalną osią Zabójców bażantów natomiast, jest Kimmie Lassen (Danica Curcic), trzydziestokilkuletnia bezdomna kobieta, cierpiąca na psychiczne zaburzenia. Snując się po ulicach, kolegując z prostytutkami i gadając sama do siebie, Kimmie nie narzeka na swój los. Do czasu aż, w wyniku zainteresowania przez Departament Q sprawą kryminalną sprzed dwudziestu lat, zaczną jej poszukiwać nie tylko policyjni śledczy, lecz także dawni wrogowie. Mówi się, że dawne grzechy rzucają długie cienie. Kimie bardzo dobrze wie, co to znaczy, ponieważ winy młodości doprowadziły ją do beznadziejnego punktu, w którym się znalazła. Nie przypuszczała jednak, że przeszłość nie tylko zacznie zagrażać jej życiu, lecz także przyczyni się do tego, że kobieta zapragnie zemścić się za dawne krzywdy…

Klimat podziemia Departamentu Q z pewnością przypadnie do gustu wielbicielom nordyckich kryminałów

Klimat podziemia Departamentu Q z pewnością przypadnie do gustu wielbicielom nordyckich kryminałów

Kto te krzywdy wyrządził, a także kto odpowiada za podwójne morderstwo sprzed dwudziestu lat – zostanie dane do zrozumienia dość szybko. Nie dlatego jednak, że intryga jest kiepsko skonstruowana. Taki model kryminalny, niezbyt powszechny, ale obecny w kulturze od dziesiątek lat, wybrał Adler-Olsen, a Nørgaard postanowił pozostać mu wiernym. Widz zostaje zatem uświadomiony dość szybko, w przeciwieństwie do śledczych, tych samych zresztą, którzy prowadzili dochodzenie we wspomnianej Kobiecie w klatce. Ich czeka żmudne śledztwo.

Carl (Nikolaj Lie Kaas) i Assad (Fares Fares) to powszechny we współczesnym kryminale duet partnerów, których na dobrą sprawę różni wszystko oprócz płci. Pierwszy z nich jest introwertykiem dręczonym przez bliżej niesprecyzowane traumy z przeszłości, rozwodnikiem i ojcem dorastającego syna, zbyt mocno skupionym na pracy, aby znaleźć dla niego wystarczającą ilość czasu. Assad z kolei, to mężczyzna pełen łobuzerskiego uroku, który zawsze potrafi zachować uśmiech oraz rozładować napiętą sytuację, i któremu udaje się podtrzymywać w sobie niemal dziecięcą niewinność (nie mylić z naiwnością!). Jednak to Carl, zapewne z powodu trudniejszych doświadczeń życiowych, myśli bardziej intuicyjnie, natomiast Assad jest tym, którego fabularnym zadaniem jest twardo stąpać po ziemi. Tacy kontrastowi bohaterowie są o tyle interesujący i potrzebni, że sceny dialogowe pomiędzy nimi są pretekstem do ukazania różnych spojrzeń na tę samą sytuację, a także do, z lekka rozładowujących ciężar przekazu, komicznych przemyceń. Nielicznych i dość nieśmiałych, bo generalnie rzecz biorąc Zabójcy bażantów to opowieść bardzo serio, dramatyczna i przesiąknięta złem, którego zdrowy psychicznie człowiek nie jest w stanie w pełni zrozumieć.

Zło, stały element w nordyckim kryminale, w omawianym filmie urasta do monstrualnych rozmiarów. Niepojętych, drastycznych, chorych. Co prawda scen stricte przez nie determinowanych jest w Zabójcach bażantów niewiele, jednak są one tak miażdżące, że niemal wywracają ogólnie pojętą moralność na drugą stronę. Nie przesadzę pisząc, że w wyniku emocji, których źródłem są niektóre kadry filmu Nørgaarda, nóż się w kieszeni otwiera – tak bardzo widz zaczyna nienawidzić obecnych na ekranie psychopatów. O ile największą siłą Kobiety w klatce był hipnotyzujący wręcz naturalizm, tak Zabójcy bażantów biją ją nad głowę czystym złem, zaistniałym bezpodstawnie, wynikającym z niesienia pożogi samej w sobie. Z pewnością niejednemu widzowi przyjdą do głowy skojarzenia z Funny Games (1997) Michaela Hanekego. I słusznie. Tam zło również wynikało z niesprecyzowanych, poprzestawianych w chorym umyśle trybików.

Kimmie Lassen (Danica Curcic, po lewej) do złudzenia przypomina Lisbeth Salander z „Millennium” Stiega Larssona

Kimmie Lassen (Danica Curcic, po lewej) do złudzenia przypomina Lisbeth Salander z „Millennium” Stiega Larssona

Skoro mowa o intertekstualiach, wielbicieli klasycznych kryminałów i thrillerów z pewnością ucieszą odwołania do Psychozy Roberta Blocha, rozpowszechnionej dzięki adaptacji Alfreda Hitchcocka (Psycho, 1960), w filmie Nørgaarda objawiające się symboliką wypchanych zwierząt – hobbystycznymi obiektami tyleż niezdrowymi (brak szacunku dla egzystencji niższych, zdaniem niektórych, gatunków), co fascynującymi (próba zatrzymania życia w martwym ciele, swoista gra w kości ze Śmiercią). Mniej natomiast zachwyci ich fakt bezwstydnego wręcz zapożyczania z Millennium Stiega Larssona. Główna bohaterka, mimo że hipnotyzująco zagrana przez dwie aktorki – wspomnianą Danicę Curcic oraz bardzo zmysłową Sarah-Sofie Boussninę w roli nastoletniej Kimmie – jest żywą kopią Lisbeth Salander, której chłopczycowaty wygląd, feministyczne zapędy i nienawiść do mężczyzn niegodnych tego miana wręcz bił po oczach. Jakby tego było mało, w Zabójcach bażantów pojawia się też ogień, który – uwaga! delikatny spojler – unieszkodliwia wroga oraz stanowi symbol częściowego oczyszczenia i odkupienia. A że to również ważny element oraz metafora obecne w Millennium mniemam, że nie muszę przypominać.

Starając się być obiektywną, a nie tylko i wyłącznie podążać ścieżką własnych fascynacji literacko-filmowych, przyznaję zatem otwarcie, że Zabójcy bażantów nie są ani kamieniem milowym kryminału, ani nawet w pełni oryginalną historią. Na domiar złego, Nørgaard niejednokrotnie łamie zasady prawdopodobieństwa (ucieczka śledczych z posiadłości podejrzanego) i używa rażących skrótów psychologicznych (dlaczego Kimmie chce się mścić akurat teraz?), aby zachować atrakcyjne tempo i uczynić film bardziej mainsteamowym, niż wielbiciele ambitnego kryminału by sobie tego życzyli. Niemniej jednak Zabójcy bażantów to niewątpliwie mocny akcent wśród kinowych premier tego roku – obraz o klimacie gęstym niczym krew, niepokojący z moralnego punktu widzenia i mocno oddziałujący na odbiorcę. Dla tych, którzy lubią poczuć się zmiażdżeni filmowym przekazem, to pozycja obowiązkowa.

6/10

Paulina Stoparek


Zabójcy bażantów, 2014, prod. Dania, reż. Mikkel Nørgaard, scen. Nikolaj Arcel i Rasmus Heisterberg na podst. powieści Jussiego Adler-Olsena o tym samym tytule, wyst.: Nikolaj Lie Kaas, Fares Fares, Sarah-Sofie Boussnina i in.

Za seans dziękuję images

Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych.

Tekst ukazał się na portalu Noir Cafe pod adresem: http://www.noircafe.pl/zabojcy-bazantow/.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s