Artur Andrus – Cyniczne córy Zurychu

O skurczybyk!

W trzy lata po spektakularnym sukcesie Myśliwieckiej, Artur Andrus wraca na muzyczne salony z kolejnym albumem studyjnym ani odrobinę nie ustępującym poprzedniemu jakością. Cyniczne córy Zurychu to płyta inteligentnie dowcipna, doskonale zaaranżowana, mocno imprezowa, bogata w intertekstualne smaczki, a nade wszystko – przepełniona dystansem artysty do swojego śpiewaczego talentu lub, jak kto woli – jego braku.

Andrus – dziennikarz, kabareciarz, poeta i konferansjer w jednej osobie. Celowo nie piszę o nim per piosenkarz, ponieważ nazwać tak pana Artura byłoby z jednej strony zbyt dużym uproszczeniem, a z drugiej – bezczelnością w stosunku do osób utrzymujących się ze śpiewania. Bo, mówiąc wprost, wokaliza Andrusa nie jest najwyższych lotów. I proszę mnie nie bić ani się nie oburzać, ponieważ, paradoksalnie, to jest ogromną dla wybranej przez niego drogi zawodowej zaletą, a poza tym sam zainteresowany świetnie zdaje sobie z tego sprawę i otwarcie przyznaje, że nie należy do największych talentów wokalnych w Polsce[1]. Z tym że swoje „braki” potrafi tak wykorzystać w ogóle ich zarazem nie tuszując, że premiery jego singli i płyt są ważnymi wydarzeniami zarówno muzycznymi, jak i artystycznymi.

Nie nazwę zatem pana Artura piosenkarzem. Mam dla niego słuszniejsze miana: śpiewaczy parodysta, muzyczno-kabaretowy performer, człowiek-antyorkiestra. I pewnie z tuzin podobnych jeszcze bym mogła wymyślić, ponieważ skutkiem ubocznym słuchania Cynicznych cór Zurychu jest wzrost słownej kreatywności i odwagi w tworzeniu absurdalnych tudzież wymyślnych związków frazeologicznych. Uhonorowany w 2010 roku tytułem Mistrza Mowy Polskiej Andrus, śmiało poczyna sobie z rodzimym językiem pisząc (jest autorem wszystkich tekstów na płycie) i wyśpiewując zaskakująco pozszywane zestawienia słowne – zabawne, pocieszne, zgryźliwe i/lub łamiące języki, co zwiastuje już tytuł albumu. Podobnie jak w przypadku Myśliwieckiej, pokłady pomysłowości kabareciarza zdają się nie mieć granic, a melorecytacja w jego wykonaniu niejednokrotnie powoduje zawrót głowy, tak pędzi i zwalnia na przemian, pozostając jednocześnie krystalicznie wyrazistą.

Artur Andrus / Fot. J.J. Łojewscy

Artur Andrus / Fot. J.J. Łojewscy

Andrus ma to do siebie, że pozostając w każdym calu eleganckim i dość niedzisiejszym panem w średnim wieku z niemal niezmiennymi wyrazem twarzy i tonem głosu, w swoich tekstach niby od niechcenia przemyca niezliczone konteksty, śmiesznostki i ludzkie przywary. Przy czym, czy to zestawiając wielką sztukę z przaśną polskością (Mona Lisa – rodowód), nagość ze szlachetnymi tradycjami żołnierskimi (Biodro ułana) czy też chóralne przeklinanie z muzyką poważną (Twarz Moniuszki), robi to z tak niebywałym wdziękiem i pomysłowością, że w umyśle słuchacza co rusz pojawia się mimowolny podziw dla jego bezczelności w białych rękawiczkach. „O skurczybyk!”, mamy ochotę zakrzyknąć, gdy słyszymy prostolinijną radę, że „czasem trzeba mieć winny kolor oczu” (Diridonda), czy że panny najłatwiej rwać na wiązania, a mężatki na długość nart (Nazywali go Marynarz – szanta narciarska).

Na poły poetyckie, na poły kabaretowe Cyniczne córy Zurychu, to jednak znacznie więcej niż zbiór skeczopodobnych piosenek napisanych lub przepoczwarzonych (Diridnonda ma swoje korzenie w Chorwacji, a Mona Lisa – rodowód podkład muzyczny wylansowany niegdyś przez (sic) Nat King Cole’a) w ciągu ostatnich trzech lat. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku Myśliwieckiej, nowy album Andrusa jest perfekcyjnie zaaranżowany i „muzycznie wymyślony i dopilnowany”[2] przez duet producentów i muzyków, którzy zwykli towarzyszyć kabareciarzowi także podczas recitali na żywo: Łukasza Borowieckiego i Wojciecha Steca. Bogactwo gatunkowe utworów, od jazzujących kolęd (Bambino Jazzu), poprzez starutkie brzmienia rodem ze zdartych płyt analogowych (Biodro ułana) po melodie wygrywane na banjo i niespodziewanie zmieniane w rockowe „darcie gitary” (dwie wersje Baby na psy), raz po raz zaskakuje dziwacznymi połączeniami głosowo-dźwiękowymi i instrumentalnymi wtrętami. Panowie czerpią skąd tylko się da, nawet ze śpiewu muezina, który rozminął się z powołaniem płaczki (piosenka tytułowa) sprawiając, że Cyniczne córy Zurychu to nie tylko zabawna, rozrywkowa, biesiadno-imprezowa płyta, lecz także niebywale oryginalne zjawisko na polskim rynku muzycznym, którego stworzenie musiało kosztować masę pracy i wymagało nie lada doświadczenia oraz kreatywności.

Piękne wydanie

Piękne wydanie „Cynicznych cór Zurychu” zasługuje na własną fotografię.

Zresztą, kreatywność to drugie imię nie tylko Andrusa i jego muzykalnych producentów, lecz także przyjaciół artysty, którzy do nagrań dodali swoje trzy grosze: Doroty Miśkiewicz, Joanny Kołaczkowskiej (kabaret Hrabi), Grupy MoCarta, Zbigniewa Wodeckiego, Włodzimierza Korcza i innych. Przy czym dwaj ostatni wymienieni muzycy przyczynili się do powstania chyba najlepszego, a z pewnością najbardziej kunsztownego utworu na omawianej płycie, czyli Szalonej Krewetki, która jest połączeniem tradycyjnej francuskiej piosenki i lirycznej, pełnej pobłażliwej wyrozumiałości wyliczanki ludzkich dziwadeł, mocno pachnących balem karnawałowym i paradą równości w jednym. Dramat łączy się w niej z komedią, dekadentyzm z ziemskimi rozkoszami, a gdzieś na drugim planie czai się złowróżbny i straceńczy klimat rodem z Dziwolągów (Freaks, 1932) Toda Browninga. A wszystko to żyje własnym życiem w rytmie porywającej do tańca melodii Korcza, który, jak wspomina sam Andrus, napisał ją w tempie błyskawicznym.

Wspomina z wyraźną radością i rzewnością, a także słowotokowym zacięciem, bogatym w zabawne anegdotki, quasi filozoficzne wtręty i piśmienne miniskecze. Bo Cyniczne córy Zurychu to nie tylko nagrania. To także pamiętnik ręką kabareciarza spisany. Do przepięknego wydania – dopóki płyta ta nie wpadła mi w ręce nie byłam świadoma, że oprawa wydawnictwa muzycznego może być małym dziełem sztuki – dołączona jest całkiem spora książeczka, w której oprócz tekstów piosenek, zawarte są, rzecz jasna w żartobliwie-inteligentnym „andrusowym” stylu, historie powstania poszczególnych utworów, inspiracje, a nawet artystyczne zwierzenia. Wielbiciele talentu Andrusa dowiedzą się z niej między innymi, że artysta nie wstydzi się „prymatu rymu nad sensem” w swojej twórczości, oraz że spełniło jedno z jego marzeń, ponieważ jego piosenki zaczęto grać na weselach. Na moim przyjęciu ślubnym też będzie można je usłyszeć. Nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej.

8/10

Paulina Stoparek


[1] Zob. Artur Andrus w rozmowie z Markiem Niedźwiedzkim, „Zbieram haki na wybitnych kompozytorów”, http://www.polskieradio.pl/9/1364/Artykul/564007,Artur-Andrus-Zbieram-haki-na-wybitnych-kompozytorow.

[2] Por. wypowiedź Andrusa na ostatniej stronie książeczki dołączonej do wydania omawianej płyty.


Artur Andrus, Cyniczne córy Zurychu, Mystic Production, Warszawa 2015.

Za płytę dziękuję wytwórni 

Poniżej utwór, którego na płycie zdecydowanie mi zabrakło. Mam nadzieję, że przy okazji nagrywania kolejnej, pan Artur o nim nie zapomni:

Tekst ukazał się na portalu Noir Cafe pod adresem: http://www.noircafe.pl/artur-andrus-cyniczne-cory-zurychu/.

Advertisements

One thought on “Artur Andrus – Cyniczne córy Zurychu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s