Selma

Muzeum zaprasza

Selma to miasto w Alabamie umieszczone na południu Stanów Zjednoczonych. W latach 60. ubiegłego wieku w ponad połowie zamieszkana była przez czarnoskórych obywateli, z których tylko 2% miało możliwość głosowania. Mimo ustanowionego już wówczas prawa głosu dla każdego pełnoletniego amerykańskiego obywatela, w urzędach Afroamerykanie bardzo często spotykali z szykanami, pogardą i odmową respektowania ich praw. Wyobrażeniem jednego z takich zdarzeń rozpoczyna się film Avy DuVernay, który swój tytuł wziął właśnie od nazwy wspomnianego miasta. Oto na ławce w urzędzie siedzi czarna kobieta czekając na wezwanie urzędnika. Podszedłszy do okienka słyszy polecenie wymienienia nazwisk wszystkich ówczesnych 67 amerykańskich sędziów. Nie jest w stanie spełnić tego żądania. Zresztą, któż byłby? Oczywiście urzędnik jest tego świadom. Ale potrzebuje pretekstu, aby negatywnie rozpatrzyć jej podanie z prośbą o wpisanie na listę głosujących. Przecież czarnoskórzy nie są ludźmi w pełnym tego słowa znaczeniu. A tylko ludzie mają prawo głosu.

Ten filmowy prolog niejako symbolizuje całość obrazu jakim jest Selma (2014), który można określić jako szokujący w sposób uładzony. Protesty czarnoskórych obywateli zebranych pod skrzydłami Martina Luthera Kinga wielokrotnie były tłumione i film DuVernay tego aspektu historii nie pomija, jednak robi to w sposób łatwo przyswajalny. Selma posługuje się obrazami stonowanymi i bardzo symbolicznymi, bez domieszki histerii, krwawych masakr czy łzawych efektów. Starsza czarnoskóra kobieta powalona na ziemię przez białych policjantów, gubernator knujący, jakby tu prawom Afroamerykanów nie stało się zadość, nawet trzykrotnie podejmowana próba wymarszu z tytułowego miasta do stolicy stanu, Montgomery, ukazane są w sposób dogodny dla widza mainstreamowego – zdjęciami pozbawionymi brutalnego naturalizmu, ale realistycznymi, z domieszką taśm archiwalnych w finale, z wyraźnym podziałem na dobrych i złych, światłych i prostackich, na tle klimatycznej, służącej ukazaniu przełomowych wydarzeń muzyki (i nagrodzonej Oscarem pieśni Glory towarzyszącej napisom końcowym), a momentami z zacięciem tak atrakcyjnie wizualnego gatunku filmowego jakim jest western. DuVernay nie gardzi tak zwanym kinem rzemieślniczym i chwała jej za to, tym bardziej, że nieźle ma je opanowane. W jednej z kluczowych scen filmu stawia swoich czarnoskórych braci naprzeciwko prymitywnego białego szeryfa i jego pomagierów, a kamera Bradforda Younga ukazuje ich zza ramienia przywódczego Kinga (David Oyelowo), człowieka o niebanalnym umyśle i nieprzebranym zasobie słów. Po czyjej stronie stanie widz mniemam, że nie muszę wyjaśniać.

Jednak przy wszystkich swoich oczywistościach i czarno-białych (bez skojarzeń, proszę) elementach trzeba oddać reżyserce sprawiedliwość i dodać, że przez większość seansu ustrzega się moralizatorstwa i tego, czego inteligentny odbiorca nie znosi – wtłaczania mu do głowy tego, co jest dobre, a co złe. To, czego jesteśmy świadkami na ekranie gładko przełykamy, ale bez poczucia ogłupienia. Scenariusz autorstwa samej DuVernay i Paula Webba (debiut!) uwzględnia bowiem moralne niejasności przedsięwzięcia Kinga i jego towarzyszy, sprowadzające się do narażania na niebezpieczeństwo przychylnego im tłumu. Żadem historyczny przełom nie nastąpił bez śmierci części osób w niego zaangażowanych i Selma nie ukrywa, że przywódca Southern Christian Leadership Conference (SCLC) niebezpośrednio przyczynił się do śmiertelnego skatowania oddanych mu osób przez przeciwników reform. Przy czym jednocześnie zaznacza, że King stosował taktykę tak zwanego biernego oporu, a nie rękoczynów, które tak ochoczo stosowali jego wrogowie.

Jednak, jak na amerykański film ze wszech miar poprawny przystało, potępianie białych obywateli przeciwnych równouprawnieniu w pewnym momencie się skończy, co – znów symbolicznie – nastąpi w momencie, gdy prezydent Johnson (Tom Wilkinson) powie wprost, w jakiej pogardzie ma sprzeciwiającego się postępowi politycznemu gubernatorowi Alabamy, Wallace’owi (Tim Roth). Johnsonowi, porzucającemu obawy związane z możliwymi konsekwencjami wprowadzenia oficjalnego zakazu urzędowych szykan wobec czarnoskórych obywateli, udzieli się werwa Kinga, ba, nawet zacznie parafrazować jego wypowiedzi! Co przypuszczalnie jest bujdą wymyśloną dla podkręcenia języka filmowego, ale bujdą jakże sympatyczną.

David Oyelowo (w środku) jest łudząco podobny do Martina Luthera Kinga / Fot. materiały prasowe

David Oyelowo (w środku) jest łudząco podobny do Martina Luthera Kinga / Fot. materiały prasowe

Zresztą, łatwo podobną bajkę przełknąć, ponieważ Oyelowo jako King wypada nad wyraz przekonująco. Jest do niego nie tylko łudząco podobny, lecz także przyciąga uwagę tubalnym głosem i inteligentnymi spostrzeżeniami, które scenariusz sprawnie przemyca. Nie trzeba znać biografii słynnego działacza, aby podczas seansu Selmy wyczuć bystrość umysłu głównego bohatera, równie mądrego życiowo, jak wykształconego. Oyelowo gra przebojowo i taki też jest King w jego interpretacji: pewny siebie, zadziorny, pełen werwy. Szkoda tylko, że owa przebojowość przenosi się także na sceny o charakterze wyciszonym oraz wypełnione jednostkowymi dramatami. Pocieszając ojca po stracie córki, filmowy King przemawia podobnymi słowy, co na wiecach czy podczas mszy, a to już niebezpiecznie ociera się o karykaturalność.

Niestety, pazury karykatury szarpią też Rothem, który w woli gubernatora Wallace’a bardziej przypomina komiksowy czarny charakter niż historyczną postać. Chytry, wzgardliwy wyraz twarzy i wypowiedzi wręcz syczące niechęcią nijak się mają do kina społeczno-politycznego, któremu służy realizm, a nie przerysowanie. I podczas gdy zagrania Oyelowo nieco temperuje wyważona i wiarygodna rola Carmen Ejogo wcielającej się w żonę Kinga, tak, jak łatwo się domyślić, główny filmowy skurczybyk nie ma obok siebie nikogo, kto mógłby go zrównoważyć. Nawet rewelacyjnie wygrane przez Wilkinsona niepokoje targające prezydentem Johnsonem nie są w stanie wygładzić ostrych kantów roli Rotha, ponieważ mimo sugerowanej przez scenariusz regularnej wymiany poglądów pomiędzy politykami, panowie spotykają się oko w oko tylko raz podczas czasu trwania projekcji.

Można by pomyśleć, że podobne przerysowanie może i wzbudzi dystans widza do opowiadanej historii, ale na pewno ustrzeże film przed monotonią. Niestety, w przypadku Selmy się to nie sprawdza. Bo jakkolwiek DuVernay zrobiła film równy, spójny, narracyjnie przystępny i obfity w godne uwagi zdjęcia, tak jego schematyczność, polityczna poprawność oraz do znudzenia powtarzające się sceny przemów i gabinetowych spotkań, sprawiają, że całość pozbawiona jest blasku. Adekwatną reakcją na Selmę wydaje mi się zatem ta towarzysząca wizycie w słynnym muzeum – na wejściu zwiedzający zachłyśnie się mnogością ważnych dzieł, ale po godzinie przypuszczalnie poczuje się zmęczony. Będzie oczywiście posłusznie szedł za przewodnikiem, bo, jakby nie było, dane mu będzie oglądać rzeczy ważne, pytanie tylko, czy jego uwaga zostanie utrzymana przez cały czas?

Podczas seansu filmu DuVernay przyszedł mi na myśl inny obraz z czarnoskórym bohaterem w roli głównej wzorowanym na osobie rzeczywistej, a na dodatek pracującej w Białym Domu w czasie przypadającym na okres politycznego zaangażowania Kinga – Kamerdyner (The Butler, 2013) Lee Danielsa. W tym przypadku również mamy do czynienia z tak zwanym nurtem rozliczeniowym amerykańskiego kina i podobnie jak Selma – z filmem zaledwie dobrym. Jednak, podczas gdy w Kamerdynerze kulała spójność, a fabuła sprawiała wrażenie mocno nierównej, tak całość była charakterna i lśniła niczym diament. Tymczasem DuVernay zrobiła film będący niejako jego przeciwieństwem – sprawnie zrealizowany, w którym szwy są niewidoczne, ale bezpłciowy. Gdyby wziąć z Selmy i Kamerdynera to, co najlepsze, powstałby perfekcyjny obraz społeczno-polityczny rozliczający się z amerykańskim kompleksem na punkcie rasizmu. Natomiast funkcjonując oddzielnie, oba te filmy są, niestety, produkcjami plasującymi się niewiele powyżej średniej.

6/10

Paulina Stoparek


Selma, 2014, prod. USA, Wielka Brytania, reż. Ava DuVernay, scen.: Ava DuVernay i Paul Webb, wyst.: David Oyelowo, Tom Wilkinson, Tim Roth i in.

Za seans dziękuję images

Tekst dostępny także na portalu Noir Cafe pod adresem: http://www.noircafe.pl/selma-2/.

Reklamy

One thought on “Selma

  1. Dla mnie ten film był bardzo poprawny, ale jakiś taki nudny. Nie było tutaj dramatyzmu, nie czułam emocji bijących z ekranu, „Kamerdyner” dużo bardziej mi się podobał.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s