Godzilla

Powrót króla, czyli blockbuster z duszą

Znany na całym świecie wielki jaszczur, który wykluł się w japońskiej wytwórni Toho właśnie skończył sześćdziesiąt lat. Mimo zaawansowanego wieku, umiejscowiony na współczesnym ekranie, także tym trójwymiarowym, zachwyca i budzi respekt. To już nie przebrany w kostium gadziego potwora człowiek z piłeczkami pingpongowymi jako oczami na skórzanym łbie, lecz cud techniki. Jednocześnie, z pełnym poszanowaniem dla pierwowzoru, fizycznie przypomina swoją pierwszą odsłonę, udowadniając, że amerykańscy producenci wreszcie nauczyli się szanować godzillową tradycję.

Jednak nowa Godzilla (2014) to nie tylko Amerykanie. Współproducentami filmu są także Japończycy, a reżyserem – Brytyjczyk. Gareth Edwards – bo to jemu powierzono reżyserię najbardziej oczekiwanego blockbustera tego półrocza – ma już na swoim koncie jeden film o potworach. Jednak w przeciwieństwie do tradycji ekranowej rozwałki, jaką niosą ze sobą filmy o Godzilli, powstała w 2010 roku Strefa X (Monsters) była bardzo skromnym obrazem z ambicjami, pełnym aluzji do tego, że potworami bardziej są ludzie niż przypominający gigantyczne ośmiornice najeźdźcy z kosmosu, zrobionym za psie pieniądze, klimatem i kameralnością wpisującym się raczej w politykę kin studyjnych niż najpopularniejszych sieciówek.

Było więc decyzją ryzykowną powierzyć Edwardsowi film, który miałby zaspokoić nie tyle wyrafinowane gusta, ile dać widzom najprawdziwsze igrzyska. I tutaj pojawia się rzecz ciekawa, ponieważ zarówno naciski producentów, chcących opróżnić portfele bywalców kin dzięki dostarczeniu im obiecanego ekranowego rozpieprzu, jak i ambicje reżysera, aby robić film z duszą, udało się połączyć. I nie mam tu na myśli poprowadzenia przez twórcę człowieczych bohaterów, którzy przez sztampowość przykazanych im ról przynależnych gatunkowi montser movie nie pozwolili ukazać talentów takich aktorskich tuzów jak Juliette Binoche czy Bryan Cranston, lecz o ów wspomniany respekt, który budzi najsłynniejszy jaszczur świata. Godzilla A.D. 2014 okaże się bowiem znajdować ponad sprawami ludzkimi i sztucznie stworzonymi i być najczystszym przejawem natury. Przez cały czas seansu potwór pozostaje względem człowieka neutralny, za nic mając jego przyziemne problemy czy lęki. Niszczyć budynki co prawda będzie, ale stanie się to przy okazji, ot machnąwszy niechcący pięknym, majestatycznym ogonem w pośpiesznym podążaniu za nakazanym przez prawa natury celem. A tym celem będzie inny potwór, gustujący w menu pełnym odpadów radioaktywnych i dość niefortunnie nazwany przez polskich tłumaczy GNOL-em (Gigantycznym Niezidentyfikowanym Obiektem Latającym). Finałowa scena, czyli decydujące starcie monstrów, mimo oczywistych absurdów, na które trzeba przymknąć oko, będzie miała w sobie niezwykłą, bo pierwotną, powagę. I ludziom nie będzie wolno się do tego wtrącać. W pewnym momencie nawet japoński naukowiec, doktor Ichiro Serizawa (Ken Watanabe) powie, żeby pozwolić im walczyć, że wszystko w rękach natury…

Sposób ukazania głównego starcia potworów i tego wcześniejszego, o skromniejszym natężeniu, a także samotne pojawianie się ich na ekranie wydaje się być drugim, po filozofii Matki Natury i neutralności Godzilli, odautorskim przemyceniem. Edwards, przeciwstawiając się zasadom arcywidowiska, potwory filmuje jakby z ukrycia, z rzadka tylko ukazując je na planie dalekim. Tu się pojawi głowa z czujnymi oczami, tam łapa gniotąca ludzi, jeszcze gdzie indziej ogon burzący wieżowiec, a gdy nareszcie zobaczymy monstra naprzeciwko siebie, nie stanie się to dzięki bezpośredniemu ujęciu, ale przetransponowanemu na telewizyjny reportaż.

Co istotne, najmniej będzie w Godzilli… Godzilli. Począwszy od dość długiego oczekiwania na jego pierwsze pojawienie się, a skończywszy na fragmentaryzacji jego ciała przez operatora Seamusa McGarveya, jaszczur istnieje bardziej w świadomości widza wypracowanej przez lata jego obecności na srebrnym ekranie, niż w panoramicznym i częstym jego pokazywaniu. To swoisty ukłon w stronę klasyka z 1954 roku, a także w kierunku takich filmowych kamieni milowych, w których głównym bohaterem był potwór, jak chociażby Obcy – 8. pasażer Nostromo (Alien, 1979) Ridleya Scotta. Jakkolwiek jednak ukochana przez kinomanów gadzina rzadko miałaby się pojawiać w filmie jej poświęconym, tak jedno jest pewne: gdy w końcu ryknie prosto w stronę kamery, taka piękna, wielka, niezwyciężona i tak realnie wyglądająca – na plecach poczujemy dreszcz.

Edwards biorąc się za barki z najsłynniejszą serią monster movie, świadomy ogromnych pieniędzy włożonych w Godzillę i – jak przypuszczam – nękany naciskami producentów, przestał być, przynajmniej na czas tego filmu, reżyserem tak niezależnym, jak to miało miejsce przy kręceniu Strefy X. Zachowując pewne odautorskie (sceną czułego powitania pary GNOL-i reżyser cytuje sam siebie) i klasyczno-godzillowe wtręty, przede wszystkim miał obowiązek zrobić iskrzący się fajerwerkami blockbuster, na który widzowie wybiorą się do kina w celu radosnego odmóżdżenia. Nie obeszło się więc bez pewnych sztampowych tropów i klisz bohaterów (dzielny fighter, naukowiec – idealista, młoda piękna żona etc.) tak oczywistych, że wystarczy musnąć ich wzorkiem, bez zbytniego zagłębiania się w ich psychikę – która jak się łatwo domyślić jest przedstawiona nadzwyczaj skąpo – aby wiedzieć, z kim mamy do czynienia. Wątki rodzinno-osobiste są bardzo okrojone, przez co można odebrać Godzillę jako film niepoważny. Dodatkowego wydźwięku pół-serio dodają krzyczące o pomstę do nieba zbiegi okoliczności i absurdalne tłumaczenie piętnastoletniej bierności naukowców świadomych istnienia jaj bestii, które stanowią uproszczenie jeszcze bardziej toporne niż typy psychologiczne bohaterów.

Mimo powyższych minusów, które kładę na karb gatunku, nową odsłonę historii jaszczura uważam za film bardzo solidny i nie tak odmóżdżający, jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. To drugie jest zasługą autorskiego sznytu Edwardsa i wątku powagi potęgi natury, która nie mniej przemawia do widza niż Godzilla jako symbol zagrożenia atomowego. To pierwsze natomiast jest wynikiem efektownego dopieszczenia, które tyczy się zarówno wyglądu potworów, jak i osypujących się budynków, oryginalności ujęć, wyrazistego dźwięku czy muzyki autorstwa Alexandre’a Desplata, który ostatnio wsławił się skomponowaniem świetnej ścieżki dźwiękowej do filmu Grand Budapest Hotel (2014, reż. Wes Anderson). Podsumowując: Godzilla A.D. 2014 jest piękny i bardzo pierwotny, ekranowa demolka rozkłada na łopatki, a spostrzegawczy i szukający czegoś więcej niż filmowego zamulacza widz także znajdzie coś dla siebie. Z pewnością warto otworzyć portfele i obejrzeć film Edwardsa na dużym ekranie.

8/10

Paulina Stoparek


Godzilla, 2014, prod. Japonia, USA, reż. Gareth Edwards, scen. Max Borenstein, wyst.: Aaron Taylor-Johnson, Bryan Cranston, Elizabeth Olsen i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu Noir Cafe w maju 2014 roku.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s