James Scott – Bez litości

W imię ojca i brata twego

Ponoć krytyka bardzo często ma swoje źródło w niezrozumieniu. Mam wrażenie, że właśnie z tego powodu James Scott i jego debiutancka powieść Bez litości zostali przyjęci przez polskich czytelników z mieszanymi uczuciami. Odbiorcy do serca wzięli sobie zapowiedzi z okładki opierające się na słowach i nazwiskach takich jak „thriller”, „Hitchcock” czy „McCarthy” i po skończonej lekturze wzięli się za narzekanie. Że akcja wolna, że chciano złapać czytelnika na łatkę dreszczowca, że psychologia leży i kwiczy, że gdzie tam Bez litości do kultowej Drogi etc. Śmieję się w duchu czytając te wszystkie mniej lub bardziej wyszukane opinie i kręcę głową nad ludzką ignorancją. Bo jakkolwiek debiut Scotta nie obszedł się bez wad, tak wszystkie zapowiedzi z okładki mają rację bytu, chociaż niekoniecznie w ich najogólniej przyjętych, massmediowych znaczeniach.

Stany Zjednoczone, mroźna jesień 1897 roku. Elspeth Howell jest położną dorabiającą w większych miastach. Właśnie wraca do domu na prowincji po tygodniach nieobecności, do męża i piątki dzieci. Jednak zamiast męskiego uścisku i rączek latorośli wyciągających się po prezenty zastaje trupy zamordowanych bliskich. Okazuje się, że przeżył tylko dwunastoletni Caleb, który mimowolnie stał się świadkiem masakry. Od tej chwili życiem matki i syna kierować będzie żądza zemsty…

Dalsze streszczanie mijałoby się z celem, choćby z tego względu, że zanim rozpocznie się wątek, który poszukiwacze intertekstualiów przyrównują do Drogi Cormaca McCarty’ego – wydarzy się bardzo wiele. Co prawda niekoniecznie w sensie ruszającym fabułę naprzód, ale kreślącym psychologiczną podbudowę całości i rzucającym pierwsze, niepokojące tropy na to, co drzemie w bohaterach. Już pierwsze zdanie powieści ma kolosalne znaczenie i niejako naznacza całość. Potencjalnemu czytelnikowi zalecam zatem czujność i rozsmakowanie się w tym, co stopniowo roztacza przed nim Scott. Przebłyski pamięci, odrzucenie piętnujące całe życie, rasowe zabobony, klimatyczne kopce na polanie, przychodzenie na posiłek, gdy reszta rodziny skończy się modlić… Amerykański pisarz rozsypuje przed czytelnikiem pokaźną garść elementów niczym koraliki, z których każdy umyka w inną stronę. Żeby w pełni pojąć symbolikę Bez litości trzeba zebrać je wszystkie. Warto sprawdzić zatem, czy jakiś nie potoczył się pod szafę…

Poszukiwanie ich, a następnie układanie w określony wzór, będzie łatwiejsze jeśli słowa z okładki potraktujemy nie tyle z rezerwą, ile rozszerzając ich gatunkowe, suspensowe i stylistyczne granice. Wszak thriller opiera się na emocjach, nastroju niepewności i tajemniczości, niekoniecznie na gwałtownych zwrotach akcji. Z kolei hitchcockowskie narastanie napięcia po trzęsieniu ziemi nie zawsze musi oznaczać to dotyczące wątku stricte kryminalnego. A McCarthy, o którym również jest mowa na okładce, nie napisał przecież tylko Drogi, ale chociażby nieoczywiste Dziecię boże, które pod względem budowania opowieści i sylwetek psychologicznych postaci bardzo Bez litości przypomina.

Podobnie jak u starszego rodaka po piórze, dusze i tajemnice bohaterów Scotta odsłaniane są stopniowo i oszczędnie, nierzadko na zasadzie uchylania rąbka prawdy, którą czytelnik winien sam sobie dopowiedzieć. Autor niespecjalnie też stara się ułatwić ich [bohaterów] określony odbiór. Nie wzbudzają oni ani sympatii, ani nienawiści, natomiast czytelnicze współczucie dla nich w kolejnym rozdziale zostaje zastąpione przez irytację tudzież niechęć. Stawiani w coraz to nowych sytuacjach zachowują się nieprzewidywalnie: opiekuńczość przejmuje cynizm, pieniactwo zmienia się w nagłą solidarność etc. Ludziom w Bez litości nieobce są też zwierzęce instynkty, które autor nie zawsze tłumaczy. Świat Elspeth i Caleba doskonale obchodzi się bez wielości słów, tutaj sednem porozumienia bądź jego braku jest uścisk dłoni tudzież cios w nos. Nierzadko także szczęk odbezpieczanej broni. Z jednej strony Scott posługuje się zatem kodem uniwersalnych symboli, z drugiej natomiast językiem dość topornym, wręcz westernowym, dlatego czytelnicy doszukujący się uwarunkowań psychologicznych w zachowaniach bohaterów poczują niedosyt. Niedosyt, bo pewne decyzje podejmowane przez Elspeth czy metamorfoza Caleba z nieposłusznego dziecka w tak zwanego małego-starego, to tematy fascynujące, zasługujące na szersze potraktowanie.

Bez litości rodzi skojarzenia z malarstwem prymitywistów, z charakteryzującymi je deformacją przestrzeni i perspektywy, przywiązaniem do szczegółu oraz uchwyceniem trudów codzienności przemieszanych ze światem odczuwanym szóstym zmysłem. Podzielona na trzy części powieść jest – niczym wspomniane malunki – nierówna rodzajowo, jednak spójna, co podkreślają nawracające symbole, jak strzelba, brak dymu z komina, wspomnienie zabawy w chowanego czy śnieżne plenery. Każda część to określony odcinek z życia bohaterów wzięty pod lupę, ale bardziej na zasadzie chłodnej obserwacji zwierzęcych gatunków niż analizowania rodzinnych czy społecznych zachowań. Z powodu tego chłodu James Scott momentami potyka się w swojej opowieści, sprawiając, że cechuje ją mniejsza zjadliwość, ale biorąc pod uwagę całość, Bez litości to debiut nietuzinkowy i bardzo przemyślany. America’s got talent!

7/10

Paulina Stoparek


James Scott, Bez litości, przeł. Jerzy Malinowski, W.A.B., Warszawa 2015.

Za książkę dziękuję 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s