Sierpień w hrabstwie Osage

Koszmar rodzinnego lata

Sierpień w hrabstwie Osage (August: Osage County, 2013) to jeden z tegorocznych filmowych pewniaków. Pewniaków w tym sensie, że znajdą się chętni, aby iść nań do kina, że koszty produkcji się zwrócą, że przez znaczną część publiki zostanie doceniony. Powody, aby tak myśleć, są co najmniej dwa. Pierwszy to fakt, że najnowsze dzieło Johna Wellsa jest adaptacją nagrodzonej Pulitzerem błyskotliwej i bardzo popularnej na Broadway’u sztuki Tracy’ego Lettsa o tym samym tytule. Drugi to zebranie przed kamerami aktorskiej śmietanki, na czele z Meryl Streep, Julią Roberts i Juliette Lewis. Znalazłby się jeszcze trzeci powód, mianowicie zamknięcie wyrazistych aktorskich osobistości w ograniczonej przestrzeni i pozwolenie im na to, aby wcieliły się one w członków rodziny nabrzmiałej pretensjami, zadawnionymi urazami, tajemnicami oraz pragmatycznym i/lub wojowniczym spojrzeniem na świat. Rodziny, której wisienką na torcie jest uzależniona od medykamentów i niezwykle ekspresyjna seniorka rodu.

Beverly (Sam Shepard), głowa rodziny Westonów, niespodziewanie znika z rodzinnej posiadłości. Jego chora na raka krtani żona Violet (Meryl Streep) informuje o tym  rozsianą po kraju rodzinę, która, zatroskana, rychło przyjeżdża do starej siedziby w hrabstwie  Osage w Oklahomie. Rodzinne spotkanie staje się pretekstem do odnowienia familijnych więzów, ale też początkiem istnego festiwalu pretensji, który, początkowo niegroźny, zaczyna nabierać pędu lawiny, której nic nie będzie w stanie powstrzymać…

Sens fabuły Sierpnia świetnie oddaje cytat z Anny Kareniny Lwa Tołstoja: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda zaś nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa po swojemu”. Westonowie są nieszczęśliwi, i to bardzo. Violet jest śmiertelnie chora i uzależniona od leków. Wszystkie jej trzy córki mają poważne problemy osobiste, począwszy od rozsypującego się małżeństwa, poprzez akceptację partnera wynikającą z mniemania, że „kto lepszy może mi się w tym wieku trafić”, po nieplatoniczny związek z członkiem rodziny. Kłopoty ma też najmłodsza z pań, Jean (Abigail Breslin) – wnuczka Violet –  której niezależna i żądna wrażeń natura pragnie się wyrwać z kobierca norm społecznych, oraz Mattie Fae (Margo Martindale), siostra seniorki rodu, skrywająca tajemnicę, która okaże się największym i najbardziej dramatycznym fragmentem całej opowieści. O kimś zapomniałam? Ach tak, o mężczyznach. Wszak nie można zapomnieć, że w tym cieście umieszczone są też rodzynki, z tym że role ich wydają się epizodyczne, co prawda zmuszające żeńskie bohaterki do pewnych decyzji i zachowań, ale obecne niejako z konieczności, z uwarunkowania, że rodzinę tworzą także mężczyźni. Zatem jeśli panowie w Sierpniu są zaledwie ozdobnikiem, to kobiety są jego duszą. A jeśli istniałoby pojęcie „dusza duszy”, to tą przynależną filmowi Wellsa jest Violet.

Są tacy, którzy uważają, że w Sierpniu Meryl Streep przeszarżowała z grą aktorską, jednak osobiście uważam, że powinni głębiej zastanowić się nad możliwością, że nie stało się tak wyłącznie z powodu jej nieposkromionego scenicznego temperamentu. Owszem, amerykańska aktorka gra w sposób przejaskrawiony, manieryczny, jednak należy zadać sobie pytanie, na ile jest to spowodowane przypadłościami jej postaci. Jak już zostało powiedziane grana przez nią Violet to śmiertelnie chora lekomanka, na dodatek zawiedziona rodziną i chyba także życiem, więc ma całkiem sporo powodów, dla których może być bardzo nerwową i nieznośną, a jednocześnie pozwalać, aby negatywne na jej zachowanie reakcje innych spływały po niej jak woda po kaczce. Pytanie ilu z nas, krytyków, recenzentów czy blogerów, zna osoby z takimi przypadłościami, aby pozwolić sobie krytykować grę Streep? Ja nie mam takich znajomości, więc sposobu przedstawienia głównej bohaterki krytykować nie śmiem. Ponadto cały czas mam z tyłu głowy myśl, że Sierpień to adaptacja sztuki teatralnej, a nie scenariusz oryginalny, a jak wiadomo teatr, choćby i przełożony na film, rządzi się własnymi – wyrazistszymi, głośniejszymi, podrasowanymi – prawami.

Podrasowana jest zresztą w filmie Wellsa większość nie tylko żeńskich – jak awanturnicza Barbara (Julia Roberts), żałośnie uwodzicielska Karen (Juliette Lewis), czy „cicha woda” Ivy (Julianne Nicholson) – postaci, lecz także stosunki je łączące czy ich biografie będące swoistymi symbolami. A tych jest może niewiele, ale na tyle wyrazistych i kulturowo słusznych, że grzechem byłoby je w recenzji pominąć. Mamy zatem skrócie symbolicznie przedstawione dzieje Stanów Zjednoczonych, począwszy od krwawego wysiedlenia Indian, poprzez zasiedlenie ziem przez pokolenie ludności napływowej, jej ciężką pracę i wynikające z niej duże zyski, po marnotrawienie ich przez niewdzięczne, niezdające sobie sprawy z mnóstwa wyrzeczeń rodziców potomstwo. Może jest to podane w sposób nazwyczaj skrótowy, niemniej jednak ukazane w kontraście Violet i jej córek wypada błyskotliwie, nakreślając zarazem sedno różnic pokoleniowych, które zresztą są tą drugą symbolicznie przedstawioną kulturową prawdą w Sierpniu. Mamy zatem wielką miłość, oddanie i umiejętność wybaczania nawet ciężkich grzechów przez siostry starszego pokolenia naprzeciw rozluźnionych więzów córek, sprowadzonych do zdania, że „to tylko geny, które nie obligują do niczego”.

Podobnie bolesnych, ale trafnych zdań jest w scenariuszu znacznie więcej, co czyni z filmu swojego rodzaju księgę aforyzmów. Skrypt napęczniały jest mądrościami, mottami, zjadliwymi uwagami, a w końcu – niewiarygodnymi bluzgami i przekleństwami, nad którymi postacie w podziwu godny sposób przechodzą do porządku dziennego. Ponoć w porównaniu ze sztuką w dziele Wellsa wszystkie wydarzenia i rozmowy przedstawione są w sposób uładzony, szczęśliwszy, wyondulowany na rzecz medium filmowego. Trudno w to uwierzyć, patrząc na Violet przez większość seansu przypominającą wiedźmę pastwiącą się nad delikatnymi królewnami, która, jak się okaże, w swojej szklanej kuli dostrzeże każdą ich tajemnicę. Nie da się ukryć, że bohaterka grana przez Streep jest demonizowana, jest postrachem, a patrząc na nią dreszcz mnie przechodził na myśl, że miałabym zasiąść z nią do stołu i potulnie czekać na jej krytyczne uwagi pod moim adresem. Czuję, że niechybnie zakończyłoby się to płaczem. Moim oczywiście.

Sierpień w hrabstwie Osage to film o kobietach nie tylko dla kobiet, to zjadliwa satyra ilustrująca starą prawdę, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach, wreszcie – to dramat samotności, choroby, zdziwaczenia i starości. Trudno jest to w strawny sposób połączyć w jednym filmie, dlatego ja przed Wellsem chylę czoła, gdyż wymieszał to wszystko całkiem zgrabnie. Kłaniam się też nisko przed Streep, która swoją postacią naznaczyła niemal wszystkich uczestników przymusowych wakacji w upalnej Oklahomie. Czuję wprawdzie, że całość mogłaby wyjść lepiej, że coś w atmosferze filmu w pewnym momencie zaczęło nużyć (może, mimo wszystko, Streep? może nastrój postypowej degrengolady i piżamowych obiadów?), ale teatr osobliwości i błyskotliwych puent, a także trafnych obserwacji rodzinnych, małżeńskich i partnerskich, przykrył je niczym dobry makijaż, którym zachwycałam się przez dwie godziny bez kręcenia nosem.

7/10

Paulina Stoparek


Sierpień w hrabstwie Osage, 2013, prod. USA, reż. John Wells, scen. Tracy Letts na postawie własnej sztuki o tym samym tytule, wyst.: Meryl Streep, Julia Roberts, Juliette Lewis i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu Noir Cafe w lutym 2014 roku.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s