Yrsa Sigurðardóttir – Niechciani

Yrsa ścina z nóg

Niechciani, najnowsza powieść Yrsy Sigurðardóttir, należy do tych dzieł, które skutecznie wyprowadzają w pole swoimi komponentami: dwupoziomową narracją, postacią pełniącą funkcję quasi detektywa, przemycaniem wątków charakterystycznych dla horroru, a nade wszystko – zaskakującą finałową woltą, tak bardzo łamiąca tabu, że ogólny wydźwięk całości trudno ogarnąć umysłem, który może i chce zrozumieć, ale jednocześnie broni się przed przerażającą prawdą.

Yrsa – o której w niniejszym tekście będę pisać imiennie, jako że nazwiska, a właściwie patronimiki, mają dla Islandczyków mniejsze znaczenie od imion i „tykanie” przez obcych jest dla nich na porządku dziennym – zasłynęła z cyklu o prawniczce Thorze Gudmundsdóttir, który dotąd zawitał do Polski w sześciu odsłonach. Niechciani – podobnie jak powieść Pamiętam cię (Muza, 2012) – odważnie zrywa z serią pokochaną przez wielbicieli nordyckich kryminałów na rzecz opowieści samodzielnej, o której już z prologu będącego zarazem jedną z końcowych scen dowiadujemy się, że nie będzie cyklem. Yrsa na starcie wrzuca czytelnika w dramatyczną fabułę, która już-już zaraz dobiegnie końca. Co nie znaczy, że zdradza jej finał! Islandzka pisarka jest na tyle pomysłowa i świadoma swojego warsztatu, że nadaje całości opowieści piętno wydarzenia opowiedzianego już na pierwszych stronach, ale mimo to zaskakuje odbiorcę tak bardzo, że odkładając książkę kręci on głową z podziwu i niedowierzania.

Niechciani mają znamiona sennego koszmaru. Chociaż niewątpliwie powieść Islandki można zaliczyć do nurtu kryminalnego, tak autorka śmiało pogrywa sobie z konwencją horroru. Przy czym nie mam na myśli straszaka epatującego groteskowym okrucieństwem z ostrym narzędziem w roli głównej, ale nastrój niesprecyzowanego zagrożenia niemal parujący z każdej strony. Groza w Niechcianych ma znamiona widzeń, co do których pewności nie ma, czy nie są wytworem wyczerpanego nerwowo umysłu. Tyczy się to zarówno – z racji tego, że powieść ma dwupoziomową narrację – bohaterów w opowieści współczesnej, jak i w tej toczącej się w 1974 roku. Pracownik państwowego urzędu kontroli, Óðinn, oraz jego córka, Rún (współczesność), cierpią na koszmary i depresyjne nastroje odkąd w tragiczny sposób zginęła matka dziewczynki, z kolei młoda pracownica domu wychowawczego, Aldís (1974), jest osobą nerwową i bardzo wrażliwą, stąd nader często trawią ją rozmaite niepokoje, a niektóre spostrzeżenia interpretuje ona w niekoniecznie zgodny z rzeczywistością sposób. Cała trójka boi się własnego cienia, a sprzyjają temu rozmaite odgłosy, ukradkowe spojrzenia rzucane przez mijane osoby, wiatr, który w określony sposób układa zasłony, a nawet zadymka na dworze. Bo nie można nie wspomnieć, że autorka fenomenalnie wykorzystuje warunki pogodowe charakterystyczne dla swojej ojczyzny, by nadać całości niepokojącego klimatu. Wprawdzie jest to powszechne w prozie nordyckich autorów, jednak Islandia – w przeciwieństwie do państw z Półwyspu Skandynawskiego – posiada także urok miejsca odseparowanego od reszty świata oraz czar kolebki pierwotnych dziwów i mitów. A Yrsa potrafi namalować z tych wszystkich cech określających jej kraj iście ekspresjonistyczny krajobraz.

Krajobraz nie tylko śnieżny i wietrzny, lecz także… przesiąknięty zapachem krwi: kobiecej, porodowej, mięsnej, a nawet rozkładającej się… Niechciani nie szczędzą naturalistycznych opisów, jednak tych, którzy obawiają się mnogości akapitów opisujących rany na ciele czy zwłoki, spieszę uspokoić, że naturalizm w wydaniu Yrsy ma nieco innych charakter. Wspomniałam, że protagoniści są nadwrażliwi i usposobieni depresyjnie – i to właśnie przez ich umysłowość filtrowane będą owe nieprzyjemne zapachy, a także widoki. A jako, że trudno odbierać ich pełne lęku obserwacje dosłownie – czytelnik niemal do końca opowieści nie będzie wiedział, na ile są one wyimaginowane. Dopiero w finale pojmie istotę większości z nich, ale wtedy zdąży już nabrać nieco większego dystansu.

Nie bez przyczyny wspominam o dystansie, jaki powoduje historia opowiedziana w Niechcianych, ponieważ, przy niewątpliwej świadomości własnego warsztatu, Yrsa tak bardzo chce osiągnąć efekt grozy, że momentami ociera się o przesadę. Za pomocą rozmaitych przesłanek – w tym licznych ostrzeżeń koleżanki z pracy Óðinna, że sprawa dawnego domu wychowawczego mocno śmierdzi i wiąże się z niebezpieczeństwem – autorka zamiast podkręcać napięcie – zaczyna odbiorcę niecierpliwić. Od początku wiemy przecież, jak dramatycznie przedstawia się finał historii, więc kolejne, a tym bardziej zwielokrotnione natrętne ostrzeganie, mija się z celem, nie mówiąc już o tym, że niepotrzebnie przedłuża moment, aż pracownik urzędu kontroli zabierze się do roboty. Dużo lepszym zabiegiem narracyjnym byłoby uśpienie czujności czytelnika chociażby beztroskimi plotkami w biurze albo delikatnym flirtem między parą kolegów podczas przerwy na kawę. Dzięki temu późniejsze dramaty spadłyby na odbiorcę łamiąc mu kark, a nie wątpię, że o takim efekcie marzy większość autorów opowieści „z dreszczykiem”.

Ostentacyjna chęć wywołania niepokoju to jedyna, chociaż przewijająca się kilkukrotnie przez powieść wada. Ten rodzaj powtarzalności nieco psuje odbiór całości, ale nie na tyle, by zniechęcić do kontynuowania lektury. Tym bardziej, że nie można odmówić Yrsie znajomości charakterów ludzkich, talentu pisarskiego i wyobraźni. Psychologia na kartach Niechcianych jest po mistrzowsku wycyzelowana, przy czym nie mam na myśli akademickich opisów stanów ducha, ale nieustanne ich pulsowanie. Fenomenem pod tym względem jest konstrukcja postaci Aldís – młodej kobiety skłóconej z matką, pełnej kompleksów i nadmiernie analizującej najbłahsze nawet wydarzenia, którą regularnie dosięgają pazury depresji. Akapity poświęcone jej odczuciom są małymi arcydziełami, których nie powstydziłby się – tak, nie bójmy się tego powiedzieć – sam Dostojewski.

Aż trudno uwierzyć, że przy takiej plastyczności opisu dusz protagonistów jest w Niechcianych coś, co wywołuje efekt jeszcze bardziej wstrząsający. Zakończenie bowiem ścina z nóg. To, co zawarte na ostatniej stronie w pozornie sielankowych zdaniach przypomina podglądanie przez dziurkę od klucza pierwotnego zła. Doprawdy, można wybaczyć Yrsie niezgrabne momentami próby wzbudzania grozy w zamian za szok, jaki oferuje finał. Szok, z którego nie jesteśmy w stanie się otrząsnąć jeszcze długo po zakończeniu lektury powieści.

7/10

Paulina Stoparek


Yrsa Sigurðardóttir, Niechciani, przeł. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, Muza SA, Warszawa 2014.

Za książkę dziękuję 

Tekst pojawił się także na portalu Noir Cafe pod adresem: http://www.noircafe.pl/yrsa-sigurdardottir-niechciani/.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s