Marek Krajewski – Erynie

Boginie zemsty wychodzą spod kołdry

Nazwać Marka Krajewskiego pisarzem to za mało. Aby pełniej oddać charakter jego twórczości, należałoby określić go mianem pisarskiego krawca. Poszczególne części jego retrokryminalnego cyklu o Edwardzie Popielskim można czytać w dowolnej kolejności, a nawet od tyłu, wrocławski pisarz bowiem pozszywał biografię swojego bohatera na modłę patchworkowej kołdry. Poszczególne czasoprzestrzenie jego życia mieszają się, przeszłość splata się z teraźniejszością, a istotne w jego życiu osoby wychylają głowy w najmniej spodziewanych momentach, niczym różnokolorowe skrawki materiału. Przy czym logika i porządek całości przypomina solidną i starannie obrębioną narzutę.

Wydane w 2010 roku Erynie, powieść w której lwowski policjant pojawia się po raz drugi, są częścią owej dokładnie rozplanowanej literackiej materii i zarazem odcinkiem z życia Popielskiego najważniejszym. Trauma i melancholijno-wspominkowa natura bohatera znana z późniejszych powieści właśnie w tej osłonie cyklu objawia swoje źródło, mające początek w maju 1939 roku i obecne w następnych trzech latach, które łącznie stanowią przypuszczalnie najczarniejszy okres w jego egzystencji. Jednocześnie przeskoki do lat 1949 i 2008, tworzących drugi i trzeci poziom czasowy, ujawniają kolejne palące wydarzenia z przeszłości Edwarda, a także z pośmiertnej już dla niego przyszłości. A skoro tak szczególna to część cyklu dla jego biografii, oczywistym się wydaje, ze zagadka kryminalna zejdzie w niej na drugi plan…

Istotnie, intryga w Eryniach jest stosunkowo prosta, a poszukiwania dzieciobójcy torturującego małych chłopców, na dobrą sprawę, mijają się z celem, ponieważ szaleniec ujawnia się śledczemu sam z siebie, tylko wtedy, kiedy jemu to pasuje. Oczywiście śledztwo Popielskiego wykaże parę pomocnych dla wyjaśnienia sprawy faktów, lecz do bezpośredniego złapania i ukarania złoczyńcy się nie przyczyni. Znana z większości tytułów literatury kryminalnej oś przyczynowo-skutkowa: morderstwo – poszukiwania mordercy – schwytanie i ukaranie, w przypadku Erynii nie ma zastosowania chociażby z tego względu, że Edward podchodzi do swojego zadania bardzo osobiście. Okaleczony i zamordowany chłopiec jest niemal rówieśnikiem jego wnuczka, a morderca zaczyna przebąkiwać o tym, że gdy jego plan zacznie spalać na panewce, nadejdzie czas by ukarać rodzinę Popielskiego…

Właśnie ów morderczy plan jest w całej intrydze najciekawszy i zaskoczy nawet tych, którzy na literaturze kryminalnej pozjadali zęby. I, chociaż zabrzmi to absurdalnie i bardzo okrutnie, seryjne, jak się z początku wydaje, kaleczenie dzieci, wypływać będzie z logicznego ciągu myślowego złoczyńcy, który to ciąg będzie zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Inaczej rzecz się ma z łamaniem przez Krajewskiego tabu, którego celowość – jak można wywnioskować z umieszczonych w internecie opinii na temat Erynii – nader często jest przez odbiorców nierozumiana i surowo krytykowana. Łamaniem przyjętych norm w tym przypadku są bowiem drobiazgowe opisy krzywd, jakie „logiczny szaleniec” wyrządza maluchom. Opisy, warto dodać, malownicze i działające na wyobraźnię, przez co przypuszczalnie ich celowość pojmą osoby zaznajomione z tego typu literackimi zabiegami. Wtajemniczeni i ci, dla których Erynie to nie pierwszy kontakt z prozą Krajewskiego, domyślą się bez trudu, że autor uprawia turpizm i przez namnożenie ohydy – zresztą, nie tylko tej tyczącej się okaleczenia czy zwłok, lecz także tej dotyczącej fekaliów, ordynarnego gwałtu czy (sic) trudów macierzyństwa – dąży do wywołania swoistego estetycznego szoku. Zbrodnia i brzydota u wrocławianina urastają do miana sztuki, którą w sposób godny reprezentować jest bardzo trudno i z czego pisarz ponownie wychodzi obronną ręką, tworząc specyficzną finezyjną groteskę, najpełniej ujawniającą się we fragmentach, w których obecny jest utytułowany rzeczoznawca krzywd, jakie można uczynić ciału, policyjny patolog, doktor Pidhirny.

Carl Rahl,

Carl Rahl, „Orestes ścigany przez Erynie”, 1852, Muzeum Sztuki w Oldenburgu

Pidhirny, który nie ma moralnej zagwozdki z powodu służby dla polskiej policji, ale jednocześnie na każdym kroku podkreśla, że jest Ukraińcem. Nie on jeden zresztą. Seria poświęcona Popielskiemu nie od parady ma swoje drugie i równoważne miano – cykl lwowski. To właśnie na ulicach, wówczas jeszcze polskiego, Lwowa czai się okrutny dzieciobójca, co – z racji jego nieczęstego pojawiania się i licznych wędrówek Popielskiego – daje pretekst do bogatego odmalowania tego miasta i jego mieszkańców oraz urozmaicenia dialogów ukraińskim zaśpiewem. Miasta jakiego już nie ma, pełnego brukowanych uliczek śmierdzących końskim nawozem i dusznych kamieniczek z prymitywnymi wychodkami, z jego licznymi fiakrami o cebulowym oddechu, dorabiającymi na czarno baciarami i kryminalno-sprzedajnym półświatkiem, o którym wiedzą tylko wybrani; Lwowa, który już „za chwilę” nie będzie leżał w granicach Rzeczpospolitej. Wojna wisi w powietrzu i mimo cienia mordercy jaki padł na miasto, coraz częściej się o niej przebąkuje. Rzadko wprost, a częściej „między wierszami”, jednak współgrająca z tym świadomość historyczna czytelnika dopełnia dramatyczne widmo, do którego zresztą odnosi się tytuł powieści, już na wstępie przydający jej duszącego charakteru NIEUNIKNIONEGO, wiszącego nad głową niczym topór kata.

Erynie, czyli greckie boginie zemsty, użyczają także swoich imion poszczególnym częściom książki, zwiastując odpowiednio, fabularny gniew (erynia Alekto), zawiść (Megajra) oraz mściwość i karę (Tyzyfona), a Krajewski po raz kolejny robi ukłon w stronę swojego konika i tego, co przyniosło mu wikt i opierunek, zanim stał się pisarzem na pełny etat – w stronę filologii klasycznej. Ponadto, co jest swoistą pieczęcią charakterystyczną dla prozy pana Marka, sporo można znaleźć w Eryniach łacińskich zwrotów i sentencji (nieopatrzonych przez wydawcę przypisami z tłumaczeniem, a szkoda, bo nie wszystkie są równie powszechne, co carpe diem) oraz archaiczne formy niektórych słów. Ergo: żółtodzioby, dopiero poznające kunszt wrocławianina mogą narzekać, natomiast wtajemniczeni w „krajewskość” pokiwają głowami, z wyrozumiałym uśmiechem witając znane im akademickie naleciałości autora.

Erynie to pierwszorzędna powieść retro, bardzo złożona fabularnie (arcywspółczesny prolog i przejmujący epilog), ale miłośnicy żwawej kryminalnej akcji przypuszczalnie będą kręcić nosami. Nic dziwnego, ponieważ Krajewski więcej uwagi przywiązuje finezji słowa, koronkowym opisom zbrodni i zawiłościom psychologicznym, niż samej intrydze „detektywnej”, a jego bohater, chociaż rasowy z niego kobieciarz o wysokim wskaźniku libido, jest idealnym przykładem trącącej myszką wilde’owskiej filozofii dandyzmu. Pan Marek, chociaż wpisuje się w popkulturowy gatunek jakim jest kryminał, wyraźnie nie stara się być modny i nie ma zamiaru podobać się każdemu. Erynie, piąta przeczytana przeze mnie powieść Krajewskiego tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest to pisarz dla wybranych. Czy czuję się wybrana? Tak, chociaż początki nie były łatwe[1]. Ale teraz już wiem, że warto „wczytać się” w Krajewskiego, którego każda powieść jest fascynującą podróżą w głąb rozmaicie pojmowanego zła.

 8/10

Paulina Stoparek


[1] Patrz: moja recenzja Widm w mieście Breslau.


Marek Krajewski, Erynie, Znak, Kraków 2010.

Za książkę dziękuję wydawnictwu 

Źródło reproducji obrazu Rahla: http://pl.mitologia.wikia.com/wiki/Erynie.

Tekst ukazał się na portalu Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/marek-krajewski-erynie/.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s