Jupiter: Intronizacja

Jupiter

Pijana znużeniem

Gdy byłam dzieckiem, moimi drzwiami do kolorowego świata popkultury były kreskówki ze studia Hanna-Barbera i komiksy o Asteriksie oraz ich adaptacje. Czas wolny we wczesnych latach 90. wypełniały mi puszczane w kółko kasety VHS z topornymi animacjami i przeglądanie opowieści rysunkowych o dzielnych starożytnych wieśniakach. Nie bez przyczyny tekst poświęcony najnowszemu filmowi rodzeństwa Wachowskich,Jupiter: Intronizacja (Jupiter Ascending, 2015) zaczynam właśnie od tych wspomnień, ponieważ siedząc w sali kinowej podczas seansu tegoż, przypomniałam sobie dzieciństwo i bajki, którymi wówczas żyłam, a ściślej cykl Jetsonowie (The Jetsons, 1962-1988) opowiadający o czteroosobowej rodzinie mieszkającej w przyszłości oraz pełnometrażową animację 12 prac Asteriksa (Les douze travaux d’Astérix, 1976), a konkretnie jej fragment, w którym tytułowy bohater toczy walkę z absurdalną biurokracją.

Jupiter do wspomnianych tytułów nawiązuje i z tego powodu momentami może się podobać widzom dorosłym. Trudno powiedzieć, czy nawiązania to zamierzone, ale na pewno bardzo udane. Ułatwienia w codziennym życiu, obecne na planecie technicznie prześcigającej Ziemię o tysiące kilometrów, ukazane są z pietyzmem powodującym rozkoszny zawrót głowy. Te tunele powietrze, pojazdy latające, samozakładające się stroje i fryzury robione w dwie sekundy dzięki specjalnym urządzeniom…  To wszystko sprawia, że widz czuje się niczym dziecko w wesołym miasteczku, w którym wszystko jest możliwe, albo niczym w świecie wspomnianych Jetsonów właśnie. Ten sam widz, bywający w urzędach i oczekujący na wydanie dokumentów pozwalających zdobyć kolejne niezbędne papiery, nie raz zaśmieje się, śledząc biurowe potyczki bohaterów, pragnących oficjalnie ukoronować tytułową Jupiter (Mila Kunis). W tym momencie dorosłym już dzieciom urodzonym za rządów Jaruzelskiego przypomną się też potyczki dzielnych Galów, którzy muszą wykazać się sprytem i cierpliwością, biegając od jednego nieustępliwego urzędnika do drugiego, podczas gdy woleliby swoje sprawy załatwić pięścią.

Piszę o tym wszystkim, żeby uczciwie obronić to, co w filmie rodzeństwa Wachowskich jest w udany sposób intertekstualnie odnotowane. Bo problem z Intronizacją jest taki, że to już wszystkie – poza oczekiwanymi i otrzymanymi efektami specjalnymi wszelakiej maści – jej zalety, zarówno w kategorii nawiązywania do innych wytworów popkultury, jak i w każdej innej. Jupiter to ten rodzaj filmu, w którym dopieszczono wszystko, ale zapomniano o scenariuszu i aktorach. Wielbiciele kosmicznych bajek dla dużych i małych zauważą wprawdzie podobieństwa do Autostopem przez galaktykę (The Hitchhiker’s Guide to the Galaxy, 2005), a ci lubujący się w klasycznym Hollywoodzie dostrzegą w upozowaniu Mili Kunis Elizabeth Taylor z Kleopatry (Cleopatra, 1963), lecz cóż z tego, skoro podobieństwa te wypadną na siłę eklektycznie, przez co topornie, czego ukoronowaniem jest „krwiożercze” rodzeństwo walczące o władzę, przypominające wampiry z wiadomych filmów dla nastolatków.

Nawiązanie do „Kleopatry” z 1963 r. Po bokach kosmiczne rzeźby a la starożytny Egipt, czyli toporny eklektyzm podniesiony do szóstej potęgi.

Nawiązanie do „Kleopatry” z 1963 r. Po bokach kosmiczne rzeźby a la starożytny Egipt, czyli toporny eklektyzm podniesiony do szóstej potęgi.

Grubo ciosany jest też scenariusz, przypominający skrypt pisany na kolanie i zawierający najbanalniejsze i najgłupsze z możliwych dialogi, gwałtownie porzucanych bohaterów, do których już nie wraca, a także uczucia rodzące się błyskawicznie w osobach, które bynajmniej do kochliwych nie należą. Ja wiem, rozumiem, że Jupiter ma bazować na konwencji space opera, ale tak uparcie przypisywany jej podgatunek cechuje się kiczem dokładnie przemyślanym, świadomym własnego absurdu, mówiąc językiem kulturoznawczym – kampem. Tymczasem filmowi Wachowskich tego brak, twórcy starają się bowiem przemycać wątki zapoczątkowane przez nich w Matriksie (The Matrix, 1999) i przekazywać okrutną prawdę o piramidzie społecznej bez mrugnięcia okiem, co przy dialogach typu „– Teraz bliżej mi do psa, niż do ciebie, – Kocham psy!” nabiera kształtów nieznośnie karykaturalnych.

Na koniec zostawiłam aktorstwo, nie przez przypadek zresztą, ponieważ sztuki tworzenia postaci w Intronizacji jest tyle, co nic. Jednak próżno dopatrywać się powodów tego w odtwórcach głównych ról, skoro scenariusz nie przewiduje dla nich nic poza uwarunkowaniem przedmiotowym. Nawet przysłowiowy cep dostrzeże, że dopieszczone stroje i charakteryzacja to za mało, aby stworzyć postacie z krwi i kości. Jupiter, mająca rzekomo mieć gwałtowny temperament międzyplanetarnego rodu Abrasaksów, a dla bajkowego kontrastu rodem z Kopciuszka na Ziemi parająca się czyszczeniem toalet, może i raz tupnie nóżką, ale generalnie przez cały seans jest popychadłem w rękach chcącego skorzystać z jej dziedzictwa rodzeństwa, dla którego jest (sic) reinkarnacją ich matki. Jej obrońca natomiast, Caine (Channing Tatum), mówi niewiele, ale jednocześnie ma skomplikowany system moralny, będący konsekwencją pewnego wydarzenia sprzed lat, które scenariusz beztrosko, bez jakiejkolwiek atmosfery napięcia, odsłoni. Jak widać potencjał był, jednak bezmyślnie został on zatłuczony i zogniskowany w pięknych oczach Mili Kunis, której nawet nie pozwolono się odpowiednio długo nadziwić nowo poznawanym światem, oraz w kamiennej twarzy Channinga Tatuma, której brak plastyczności zgrał się z topornym scenariuszem.

Uproszczenia postaciowe w połączeniu z wątłą fabułą, która bazuje na absurdzie zestawienia poważnego przekazu z przejaskrawioną formą i stosunkami rodzinnymi rodem z telenoweli oraz na niezgrabnych zapożyczeniach, tworzą ten rodzaj filmowego koszmarku, który może i nie doprowadzi widza do wyjścia z sali, ale zobojętni go na to, co rozgrywa się na ekranie. Mimo, że nowoczesna sala 4DX rzuca widzem, tłucze go w plecy, burzy fryzurę wiatropodobnymi wyziewami i rozkosznie pachnie kwitnącym ogrodem. A to chyba największa porażka każdego dzieła – zobojętnić na siebie odbiorcę, na dodatek w najbardziej sprzyjających odbiorowi warunkach. Wyszedłszy z sali poczułam, że chcę się napić, tak duże było moje znużenie. Na szczęście wino czekało na zawiedzionych w zaimprowizowanym na rzecz specjalnego pokazu bufecie. Kino umie zadbać o swoich widzów. Niestety, rodzeństwo Wachowskich już nie.

3/10

Paulina Stoparek


Jupiter: Intronizacja, 2015, prod. USA, scen. i reż. Lana Wachowski i Andy Wachowski, wyst.: Mila Kunis, Channing Tatum, Sean Bean i in.

Za seans dziękuję images

Zdjęcie pochodzi z materiałów prasowych.

Tekst ukazał się na portalu Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/jupiter-intronizacja-2/.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s