Gość

Not so sweet american boy

Żeby zrobić taki film jakim jest Gość (The Guest, 2014) trzeba mieć nie tylko niebywały talent i wyobraźnię, lecz także prawdziwe powołanie i głęboką filmową wiedzę. Przy czym kompetencje reżysera Adama Wingarda i scenarzysty Simona Barretta, którzy w branży zaistnieli jako bardzo młodzi twórcy, a ze sobą pracują od czterech lat, są tak wysokie, a ich pomysły pozornie tak rozwichrzone, że istnieje obawa, iż ich najnowsze dzieło nie zostanie docenione nawet w rodzimych Stanach Zjednoczonych, z których kinematografii Gość tak bogato czerpie. Bo chociaż z jednej strony trudno nazwać ich najnowszą produkcję filmem trudnym czy ambitnym, tak jego forma, igranie z konwencjami i intertekstualność są szalenie bogate i trudno po jednym seansie całą tę obfitość wychwycić, a co dopiero zrozumieć.

Gościa charakteryzuje także pewna niewdzięczna właściwość, która utrudnia pracę recenzencką, mianowicie najlepiej pisać o nim skąpo i ogólnikowo, ponieważ już niewielka doza informacji może zepsuć niespodziankę potencjalnemu widzowi. Pod tym względem film Wingarda bardzo przypomina niedawno goszczący na polskich ekranach Brud (Filth, 2013, reż. Jon S. Baird), który tak zaskakuje i zachwyca swoim bogactwem formy, że najlepiej oglądać go bez żadnego przygotowania. Ponadto, Gość jest lustrzanym odbiciem kanadyjskiej produkcji Oliver Sherman (2010, reż. Ryan Redford), z tym że kreśląc te słowa bynajmniej nie mam na myśli klasycznego lustra, ale krzywe zwierciadło. W filmie Redforda również mogliśmy obserwować w jaki sposób przybyły do przeciętnego, na pierwszy rzut oka, domostwa były żołnierz zmienia życie mieszkającej w nim rodziny. Lecz podczas gdy Sherman (Garret Dillahunt) od początku sprawia wrażenie zmęczonego i mocno nadwyrężonego psychicznie, tak główny bohater Gościa, David (Dan Stevens) tryska zdrowiem, zarówno fizycznym, jak i psychicznym: jest uprzejmy, świetnie wychowany, sympatyczny i bardzo przystojny. To typ idealnego american boya, napawającego matkę dumą, za którym obejrzy się każda dziewczyna i którego pragnie naśladować każdy nastoletni chłopak. Twórcy do granic przyzwoitości igrają z wizerunkiem Dana Stevensa i jego pamiętną rolą z kostiumowego serialu Downton Abbey (2010, twórca Julian Felollowes), czyniąc zeń chodzący ideał – bohatera zaradnego, inteligentnego, seksownego i nadzwyczajnie silnego, co momentami czyni zeń swoistego superhero czy, jak napisał mój redakcyjny kolega Rafał Christ, mitycznego herosa… Wszystko, czego tknie się David robi z niebywałą wdziękiem i kocią zwinnością, a Stevens dosłownie uwodzi swoją grą, która im dalej w las, tym bardziej lawiruje na granicy zachwycającej groteski. Lecz mimo tych ochów i achów widz od początku jest świadomy, że coś z tym pięknym obrazkiem jest nie tak. Bo podczas gdy „bliźniaczy” Oliver Sherman od pierwszych kadrów wzbudzał niepokój wyglądem i zachowaniem tytułowego bohatera, tak Gość pogrywa z przyzwyczajeniami widza już na starcie prezentując mu neonowo niebieski napis tytułowy, który niemal zaczyna żyć własnym życiem w sąsiedztwie niepokojącego motywu muzycznego, a także kadr z halloweenową dynią, która budzi oczywiste skojarzenia. Gdy David, który przedstawia się jako bliski kolega z wojska zmarłego syna i brata członków rodziny Petersonów i jakby mimochodem staje się tymczasowym domownikiem niby wszystko jest w porządku, ale… No właśnie, w widzu już zostało zasiane ziarno niepokoju, a najwspanialsze jest to, że nie ma on pojęcia, co z niego wyrośnie.

A co wyrośnie? Nie zdradzając fabuły… gatunkowa jajecznica z mnóstwem składników! Nie ma co ufać filmwebowej charakterystyce i nastawiać się na thriller, ponieważ Gość pozwala sobie wychodzić poza jego granice tak bardzo, że – zwłaszcza w drugiej połowie seansu – nieustannie zaskakuje, by nie powiedzieć: policzkuje widza. Będziemy mieć do czynienia zarówno z melodramatem, jak i horrorem, obyczajem, jak i kopanym kinem akcji, dramatem, jak i filmem młodzieżowym. Mało tego! Twórcy poważyli się nawet – świadomie lub nie – cytować Alicję po drugiej stronie lustra Lewisa Carrolla i film z bondowskiego cyklu, Człowieka ze złotym pistoletem (The Man with the Golden Gun, 1974, reż. Guy Hamilton). W Gościu wyraźnie widać także wpływ kiczu lat 80. i ówczesnych filmowych produkcji, które niektórzy kolekcjonerzy do dziś przechowują na kasetach VHS. Z tym że świadomy widz, który w miarę szybko zorientuje się, że filmu Wingarda i Barretta nie należy odbierać dosłownie, bez trudu zauważy, ze tandeta ta jest zamierzona, że jest zabawą z przyzwyczajeniami odbiorcy, swoistą grą z jego kompetencjami. Realizm miesza się w nim z groteskową baśnią w rytmie trans, disco & dubstep (za fantastyczny soundtrack odpowiedzialny jest Steve Moore), a najciekawsze jest to, że trudno uchwycić moment, kiedy to, co w ogólnym pojęciu wydaje się normalne – zaczyna się zmieniać w cudaczne. Będą oczywiście przebłyski, owo ziarenko zasiane na początku będzie uwierać, ale konia z rzędem temu, kto nie będzie zaskoczony tym, jakimi w pewnym monecie zakosami podąży fabuła i jak bajecznie – tak, nie bójmy się tego słowa! – zostanie sfinalizowana.

Co by tu jeszcze napisać o Gościu, aby nie zdradzić zbyt wiele? Z pewnością nie spodoba się każdemu. Oczywiście moje mniemanie nie wzięło się znikąd.Czytam wypowiedzi na filmowych forach, na których widzowie narzekają zwłaszcza na drugą część produkcji wymieniając głosy, że końcówka żenująca, że porażka, że klasa B, a nawet C aż krzyczy z kadrów. A ja poznając te opinie nie bez dumy uśmiecham się pod nosem, że znacznie więcej dostrzegłam, nie dając się nabrać oraz że pozwoliłam się porwać do tańca w rytmie dubstep, że wskoczyłam w tę filmową jajecznicę i z rozkoszą się w jej smaku zatraciłam… Jedynymi rzeczami, co do których mam wątpliwości, czy zostały słusznie rozegrane, to obecność mgły, która w pewnym momencie zaczyna przykrywać charakter znajomości Davida ze zmarłym synem Petersonów, a także zbyt skąpo przedstawione powody tłumaczące pewne fabularne wydarzenia. Zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest najważniejsze, a nawet że zupełnie nie o te kwestie w Gościu chodzi, ale jednak jakiś niedosyt pozostał…

Drogi widzu, jeśli czytasz ten tekst, chciałam cię prosić, abyś przed seansem nowego filmu Wingarda nie oglądał żadnych trailerów i tym samym pozwolił się zaskoczyć. Daj się porwać, zachwycić i nie bierz wszystkiego, co zobaczysz na ekranie, na serio. W Gościu nie fabuła jest najważniejsza, ale fascynująca podróż do świata zabawy w kino w jaką twórcy zabierają odbiorcę. Niech cię niepokoją pojawiające się kadrze wyżłobione dynie i ostre noże… Zastanawiaj się, czy te ostatnie zostaną użyte… Obserwuj matkę opłakującą syna (Sheila Kelley) i tak jak ona wpuść do serca i umysłu zjawiskowego Davida. Kulturalnego, uroczego, pomocnego, pełnego szlachetnych zamiarów sweet american boya… A potem zastanów się czy naprawdę jest tym, za kogo się podaje…

8/10

Paulina Stoparek


Gość, 2014, prod. USA, reż. Adam Wingard, scen. Simon Barrett, wyst.: Dan Stevens, Maika Monroe, Sheila Kelley i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/gosc-2/.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s