Obywatel

Tylko dla dorosłych

Z pewnością większość zgodzi się ze mną, że Jerzy Stuhr to bodaj najbardziej charakterystyczny polski aktor. Jest zaprzeczeniem modelowej sylwetki i atrakcyjnej twarzy, jednak to nie zmienia faktu, że chemia, jaką ma do przekazania na deskach teatralnych czy przed kamerą, okazuje się niebywała. Jego charakterystyczny głos rozpoznaje chyba 90% polskiego społeczeństwa (w tym i dzieci, które poznały go od „oślej” strony). Vis comica pana Jerzego potrafi przekonać do uśmiechu nawet tych najbardziej opornych na uroki komedii, a towarzyszące mu od początku kariery emploi cechujące się swoistą ciapowatością i poczciwością sprawiło, że niejeden widz, podziwiając jego grę, pomiędzy wybuchami śmiechu uronił kilka łez.

Z pewnością większość zgodzi się ze mną, że Maciej Stuhr jest nieodrodnym synem swojego ojca. Jego twarzy nie sposób nie skojarzyć ze słynnym rodzicielem, a zaprzeczenie w tym przypadku fenomenowi genów byłoby czystym absurdem. Co warte podkreślenia, pan Maciej jest również świetnym aktorem, kabareciarzem (któż nie pamięta jego skeczu z Soyką czy infolinią?) i showmanem (prowadząc gale czuje się jak ryba w wodzie) oraz żywym dowodem na to, że talent może przejść z pokolenia na pokolenie i być kojarzony z konkretną osobą, a nie nazwiskiem. Stuhr junior jest, kolokwialnie rzecz ujmując, piekielnie zdolny, a ptaszki ćwierkają, że swym kunsztem zaczyna przewyższać ojca.

To właśnie ten maksymalnie rozpoznawalny w Polsce rodzinny duet zrobił wspólny film. Obywatel (2014) – głośny przed premierą za sprawą oryginalnego spotu reklamowego z „dziubkami” – wyreżyserowany przez Stuhra seniora i ze scenariuszem autorstwa obu panów, był zapowiadany jako najśmieszniejszy film w ich karierze. Mało tego,  reklamowano go jako polski odpowiednik Forresta Gumpa (1994, rez. Robert Zemeckis)! Czy te zamysły znalazły potwierdzenie w rzeczywistości, czy okazały się mało subtelnymi trikami reklamowymi?

Niestety, bardziej przychylam się do drugiej z opcji. I proszę mnie dobrze zrozumieć: ja nie potępiam! Nie potępiam, mimo że film Zemeckisa i rola Toma Hanksa są dla mnie święte i najpiękniejsze! Nie potępiam, mimo że znam możliwości rozśmieszania zarówno Stuhra ojca, jak i syna! Nie potępiam, mimo że jestem świadoma, iż  z takimi pomysłami na skecze czy filmowe interpretacje trzeba mieć głowę nie od parady! Nie. Ja po prostu zostałam zaskoczona. Zaskoczona i zawiedziona przeciążeniem Obywatela w kierunku maglowania w kółko trzech polskich bolączek w tonie komediodramatu, który Forresta Gumpa nie przypomina chociażby z tego względu, że nie jest uniwersalny vide trudno go będzie w pełni zrozumieć Polakom, a co dopiero widzom zagranicznym. Ponadto absurd systemu państwowego, fałszywie pojmowany katolicyzm i wstydliwy stosunek do kwestii żydowskiej to za mało, aby zrobić film ciekawy. Bo na dobrą sprawę cały Obywatel składa się tylko z tego, a wszystko, czego tyka się bohater, jest jakoś z tymi tematami powiązane. Ktoś powie – a pewnie już powiedział – że oto mamy Jana Piszczyka naszych czasów, jednak ponownie trzeba nadmienić, że i tu porównanie wypadnie na rzecz Stuhrów niekorzystnie. W Zezowatym szczęściu (1960, reż. Andrzej Munk) bowiem – które bynajmniej nie należy do moich filmów ulubionych, ale do którego szacunek wpojono mi na studiach – fabuła była różnorodna, bardziej mięsista i zwarta, wygrana z większym sercem oraz bardziej uniwersalnym przesłaniem i humorem. Tymczasem Obywatel sprawia wrażenie, jakby jego twórcy naprędce skreślali kolejne absurdy polskiej historii drugiej połowy XX wieku po czasy współczesne i niepokojąco spoglądali w swe notatki, sprawdzając, co by tu jeszcze wsadzić, żeby zawrzeć wszystko co niezbędne i wreszcie iść na piwo. Owo wrażenie odkreślania zaowocowało niczym innym jak odosobnieniem poszczególnych scen, które zamiast stworzyć spójną narrację przypominają skecze. Skecze, dodam, nie najgorsze, niektóre nawet fenomenalne, ale jednak w większości co najwyżej w połowie godne talentu Stuhrów.

Dziwnie się czułam, siedząc w kinowej sali i mając ciągle w pamięci obejrzane niedawno Duże zwierzę (2000) z pełnym finezji oraz dwuznaczności komizmem w nim zawartym. Obywatel takowego niestety nie posiada. Komizm w nowym filmie Stuhra opiera się głównie na grubociosanej przaśności (scena w sądzie), kilkukrotnym powtarzaniu jednej frazy („Jezus Maria!”) czy bazowaniu na najbardziej przewidywalnym emploi postaciowym (SB-eczka musi kląć jak szewc) oraz aktorskim (nie mam tu na myśli słynnego duetu, ale role drugoplanowe vide Violetta Arlak jako atrakcyjna i nadpobudliwa seksualnie mamma w rozmiarze XL). Krótko mówiąc, za proste to wszystko i zbyt toporne jak na ikony polskiej komedii, nie wspominając już o tym, że po prostu mało śmieszne.

Częściowo zmarnowany potencjał komiczny filmu wynika też z tego, że przypuszczalnie niewielu widzów pojmie Obywatela w pełni. Pójdzie jeden student z drugim do kina, no bo Stuhrowie, bo Bohosiewicz, bo będzie śmiesznie, bo – o zgrozo! – polski Forrest Gump… I co? I srogo się zawiodą, bo jeśli ich konikiem nie jest historia Polski, to filmu po prostu nie zrozumieją. Bez bicia przyznam, że ja, która lubuję się w PRL-owskich absurdach, która interesuję się tymi czasami i wiecznie podpytuję Mamę jak to wszystko realnie wówczas wyglądało – niejednokrotnie czułam się w fabule Obywatela zagubiona. Przejścia od jednej sceny do drugiej są jak cięcie nożem (czyli znów kłania się filozofia skeczy), a same sekwencje pozbawione niuansów, szarości i możliwości dyskusji na ich temat. Stuhrowie walą pięścią w stół, krzycząc „Bo my tak to widzimy!”, sami rozumiejąc, co chcą pokazać, lecz nie pochylając się odpowiednio nisko nad widzem, który niekoniecznie jest w stanie pojąć wszystko już nawet nie tylko ze względu na brak dojrzałości, lecz także z powodu zmienności scenek niczym w kalejdoskopie, którego poetykę skutecznie wspomaga odwrócona czasowo narracja i okresowe skakanie ku teraźniejszości, w której 60-letni Jan Bratek (Jerzy Stuhr) leży w szpitalu z urazem głowy. Szkoda, że w kinie nie można wcisnąć pauzy na ekranie i wyszukiwać informacji w Internecie – zapewne wówczas widz zrozumiałby więcej.

Jakbym jednak nie narzekała na Obywatela, tak uroku odmówić mu nie mogę. Wypływa on ze wspomnianej na początku tekstu Stuhrowej ciapowatości i poczciwości granych przez duet bohaterów. Pan Jerzy jako Bratek starszy i pan Maciej jako Bratek w młodości byliby tandemem idealnym, gdyby im włożyć w usta więcej uniwersalnego żartu. Ich twarze, spojrzenia, głosy współgrają i w przemyślany sposób zmieniają się na ekranie, czego ukoronowaniem jest scena, w której bohater stwierdza, że z powodu pewnych stresujących wydarzeń w jedną noc bardzo się postarzał… Obaj panowie z właściwym sobie urokiem wcielają się w bohatera, którego przez całe życie prześladuje pech i który aby przetrwać musi czasami (zawsze?) zmieniać skórę. Zresztą, skoro już o zmianie skóry mowa, gdy oglądałam Obywatela, nie odstępowała mnie myśl o swoistej mimikrze w ujęciu człowieczym, nierzadko polegającej na poniżającym przystosowywaniu się do absurdów rządzących światem, tak aby nie zostać na samym końcu, aby przeżyć po prostu. I to nierzadko śmieszy w filmie Stuhra najbardziej, w tym konkretnym przypadku przeskoki ze skeczu na skecz się sprawdzają, pod warunkiem, że są podparte krótkim cynicznym podsumowaniem, uczynionym przez samego bohatera tudzież obserwujących go osób (scena w zakładzie udającym fabrykę maszyn do szycia). Znalazło się też miejsce na bezpardonową komedię absurdów, która o dziwo wypada najbardziej rasowo („rozpaczliwie” strajkujący Piotr Głowacki) i na krótkie, bo krótkie, ale jednak odchodzenie od wymienionych wyżej sztandarowych polskich bolączek i krytykę chociażby takiej bylejakości polskiej kultury, wynikającej z wiecznego braku dotacji (scena na planie filmowym z Januszem Gajosem grającym samego siebie). Obywatel nie brzydzi się także symboliką, momentami dość natrętną („P” jak Polska i finał filmu), ale ostatecznie wyjaśniającą nieco zawiłość całości. Zaskakująco wzruszająca jest postać matki bohatera, zarówno w jej starszym (Barbara Horawianka), jak i młodszym (Magdalena Boczarska) wydaniu, która zarazem jest chyba najpiękniejszym symbolem całego filmu, odniesieniem do bezinteresownej miłości, wsparcia i zrozumienia. Bardzo podobało mi się też zatoczenie koła w wątku żydowskim, które maglowanemu wielokrotnie w kinie polskim tematowi nadało świeżości.

I wreszcie, świetna jest wymowa zakończenia, którego oczywiście nie zdradzę. Chociaż pośmiać się z niego raczej nie pośmiejemy, gdyż całość filmu okaże się mieć wydźwięk niewesoły, a sam bohater, mimo swego niewątpliwego ładunku komicznego, jest postacią wysoce dramatyczną, której sens funkcjonowania w polskim społeczeństwie będzie mógł być osiągnięty tylko w jeden, i to niezbyt przyjemny, sposób.

Czy zatem warto obejrzeć Obywatela? Tak, o ile się spełnia kilka warunków. Po pierwsze, trzeba ubóstwiać Stuhrów i mieć świadomość, że oni też są ludźmi i mają prawo popełniać błędy. Po drugie, lepiej aby historia nie była wrogiem tego, który opisywanego filmu jest ciekawy. Po trzecie i najważniejsze, potencjalny widz Obywatela powinien być dorosły nie tylko ciałem, lecz także duchem. To nie jest film dla pożeraczy blockbusterów, ignorantów i tych, którzy dorosłość mylą z nieprzemyślaną prokreacją i obowiązkiem pracy na etat. Obywatel to, mówiąc wprost, rzecz dla dojrzałego i świadomego kinomana, zorientowanego w historii Polski.

5/10

 Paulina Stoparek


Obywatel, 2014, prod. Polska, reż. Jerzy Stuhr, scen. Jerzy Stuhr, Maciej Stuhr, wyst.: Jerzy Stuhr, Maciej Stuhr, Magdalena Boczarska, Barbara Horawianka i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/obywatel/.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s