Philip Kerr – Marcowe fiołki

W paszczy hitlerowskiego Berlina

Kiedy bierze pan kota, by łapał myszy w kuchni, nie może pan oczekiwać, że nie zwróci uwagi na szczury w piwnicy[1].

(Bernhard Günther, prywatny detektyw)

Marcowe fiołki, literacki debiut Philipa Kerra z 1989 roku, to gros historycznej wiedzy podanej w przyjemnej formie retrokryminału bazującego na poetyce noir. Już po pierwszych stronach można wyczuć, czym zaczytywał się autor zanim sam zabrał się za pisanie książek. Klimat kryminałów Raymonda Chandlera i Dashiella Hammetta wywęszy każdy, kto choć trochę orientuje się „czarnym” gatunku. Jednak proza Kerra posiada coś więcej niż ofiarowali światu wspomniani pisarze, mianowicie wciskającą w fotel charakterystykę chyba najbardziej absurdalnych czasów w nowożytnej historii Europy, kiedy to Hitler przejął pełnię władzy w Niemczech, a szaleństwo jego dogmatów zaczęło zataczać coraz szersze kręgi.

Berlin, lato 1936 roku. W stolicy Niemiec trwają przygotowania do międzynarodowych igrzysk olimpijskich. Trwa akcja „oczyszczania” miasta, która odbywa się dwutorowo. Po pierwsze, zdejmowane są gabloty zawierające antysemickie i rasistowskie plakaty oraz obwieszczenia. Po drugie, z ulic „sprząta się” obywateli, w których ów afisze są wymierzone. Jednym słowem: absurd. Nie jedyny jaki ma miejsce w Berlinie w tym czasie i w latach późniejszych. To wszystko z właściwą sobie bystrością podpartą cynizmem obserwuje Bernhard Günther, były policjant kryminalny, a obecnie prywatny detektyw. Kiedyś kochał to miasto, teraz spogląda na nie z niesmakiem, uważając iż „włożyło tak ciasny gorset, że z trudem mogło oddychać”. Jest przeciwny przesadnie surowemu hitlerowskiemu morale, reżimowi i skrajnemu nacjonalizmowi, zresztą z powodu tego ostatniego zrezygnował z pracy w Kripo, gdzie zaczęto segregować pracowników według kryteriów ideologii i narodowości. Marzy mu się prawdziwa kawa i smaczne, odżywcze jedzenie, które bez odpowiednich kontaktów trudno zdobyć, ponieważ na rynku królują spożywcze podróbki. „Bida z nyndzą”, krótko mówiąc, a przecież żyć trzeba. To życie zresztą, chociaż nie w sensie godnego napełniania żołądka, wychodzi Berniemu mu całkiem nieźle. Na brak gotówki narzekać nie może, ponieważ jako detektyw zleceń ma mnóstwo, w końcu taki to czas, że ku zgryzocie bliskich co rusz ktoś znika bez śladu, zwłaszcza jeśli jest pochodzenia żydowskiego lub głośno wypowiada się przeciwko nowej władzy… Günther może więc pozwolić sobie na wybrzydzanie, z czego zresztą chętnie korzysta, unikając zleceń dotyczących śledzenia małżeńskich skoków w bok twierdząc, że z nich zawsze wynikają problemy. Zatem, z pogardą okrążając z daleka zdradliwe pokłosie wymuszonej przez władzę surowej moralności i kosztem innego rodzaju ludzkich nieszczęść zarabiając na chleb, przyjmuje zlecenie od pewnego bogatego przedsiębiorcy z Zagłębia Ruhry, Hermanna Siksa, którego córka i zięć zostali zastrzeleni, a następnie spaleni w swoim mieszkaniu. Jego zadaniem jest odnaleźć rodzinną diamentową kolię, która została skradziona z sejfu znajdującego się w zniszczonej nieruchomości. Znalezienie jej bowiem spełni co najmniej dwa zadania: doprowadzi do osoby mordercy, a także uchroni przed wzbogaceniem się III Rzeszę, której zmarły zięć – nazista postanowił klejnoty ofiarować, czemu Six jest przeciwny.

Celowo uczyniłam tak treściwe wprowadzenie w akcję, ponieważ zarazem ma pełnić ono funkcję charakterystyki świata przedstawionego jaki kreuje przed czytelnikiem Kerr, będącego bezlitośnie realistyczną krainą absurdów i terroru, która już na pierwszy rzut oka wpisuje się w nurt noir, zyskując rangę równie ważną, co intryga kryminalna. Oczami Bernharda – co dodatkowo potęguje narracja pierwszoosobowa – dostrzegamy zmiany wartości, jakie zaczynają zalewać jego ojczyznę.  Zło zatacza coraz szersze kręgi i właściwie rzecz biorąc wszystko wzbudza niepokój. Fakt, że bohater nie chwali się własnym strachem, to inna sprawa, jednak między wierszami można wyczuć jego obawy stworzone przez myśli dotyczące prawdziwych powodów budowy nowoczesnych autostrad czy chęci wprowadzenia przez rząd całkowitej niezależności niemieckiej gospodarki. Widmo wojny wisi w powietrzu i uważnego obserwatora jakim jest Bernie trwające pełna parą przygotowania przedolimpijskie nie są w stanie przekonać do tego, że oto nagle następuje nazistowska odwilż. Czuć, że zmiany jakie nastąpiły i chęć pełnej dominacji nad obywatelami ma na celu zaprowadzenie zmian także poza granicami kraju. Co ciekawe jednak, mimo że wojna wybuchnie dopiero za trzy lata, Berlin w powieści Kerra już jawi się jako miasto postapokaliptyczne. Potrzeba przetrwania mieszkańców bowiem jest tyleż pełna determinacji, co poczucia beznadziei, a zamknięcie wszelkich lokali serwujących radość i rozrywkę (kabarety, teatry, kluby jazzowe) uwypukla mroczny charakter ulic. Dla przeciętnego berlińczyka liczy się to, aby nie zostać zgarniętym przez Gestapo, by zdobyć kawałek prawdziwej kiełbasy i utrzymać pracę, przy czym to ostatnie nie dotyczy kobiet, które masowo zostają zwalniane, ponieważ wedle władz ich życiowymi celami jest dbanie o nazistowskich mężów i rodzenie ojczyźnie młodych nazistów… Ludzie, których spotyka na swojej drodze Bernie, w znacznej mierze będą takimi właśnie zagubionymi w odgórnie narzuconym im świecie osobnikami, jakich można w równym stopniu podziwiać za zaradność, jak i im współczuć, że do niekoniecznie uczciwych jej objawów zmusiło ich życie. Na ulicach plewi się pokątny handel, dilerzy narkotyków robią dobry interes w nielegalnych knajpach, kobiety przeciwne reżimowi szukają pracy na czarno… Krótko mówiąc, w niewiele lepszej sytuacji są Niemcy A.D. 1936 niż Polacy w czasach okupacji, a posiadanie oczu dookoła głowy jest w hitlerowskim Berlinie cechą nadzwyczaj cenną.

Jessie Owens (1913-1980) - zwycięzca w czterech kategoriach lekkoatletycznych podczas olimpiady w 1936. Kerr opisując jego dokonania daje do zrozumienia, że musiały być one niezłym prztyczkiem w nos dla hitlerowców i ich teorii czystości rasy

Jessie Owens (1913-1980) – zwycięzca w czterech kategoriach lekkoatletycznych podczas olimpiady w 1936. Kerr opisując jego dokonania daje do zrozumienia, że musiały być one niezłym prztyczkiem w nos dla hitlerowców i ich teorii czystości rasy

Oczywiście, nie tylko z takimi osobami Günther przestaje. Taki zawód, że dane mu będzie pracować dla wspomnianego już przemysłowca, że robiąc wywiad zostanie uwiedziony przez piękną aktorkę, że co rusz będzie się potykał o tytułowe „marcowe fiołki”[2], a nawet że stanie na drodze dygnitarzy, którzy realnie zapisali się w historii Niemiec. Kerr idzie zatem na całość i umieszczając bohatera naprzeciwko elit skontrowanych z drobnomieszczaństwem oraz łotrzykami sprawia, że jego powieść jest tak bardzo noir jak to tylko możliwe. Noir zresztą jest też sam Bernie ze swoją funkcją cynicznego narratora, skłócony z całym światem – a z policją zwłaszcza – który nawet w dramatycznej sytuacji ma na podorędziu jakiś żarcik czy słowną dogryzkę i niemal od niechcenia uwodzi kobiety. Strona po stronie kłania się zamiłowanie autora do twórczości Chandlera i Hammetta oraz ich tyleż niedbałych, co skutecznych w swoim zawodzie Philipe’a Marlowe’a i Sama Spade’a. Jednak, jakkolwiek wrażenie podobieństwa co rusz się narzuca, tak niesprawiedliwie byłoby w tym przypadku mówić o małpowaniu. Wypowiedzi Berniego bowiem (nisko kłaniam się Ewie Fiszer, która zajęła się przekładem), są fascynujące w swej bezczelności („Czy mogę opuścić ręce? Mam problemy z krążeniem”), a świat filtrowany przez jego umysłowość aż kipi od złośliwych porównań („(…)ze swoja wyrazistą szczęką wyglądał jak archetypiczny Prusak z plakatów wyborczych”) i błyskotliwych spostrzeżeń („(…)sądząc po jej sukni nie wybrałaby mnie na towarzysza do pokolacyjnej pogawędki”). Kerr jest niczym magik, który wypuszcza zgrabne zdania niczym króliki z kapelusza, i nie ma co się martwić, że w bardziej zaawansowanej części fabuły się wypali – gwarantuję, że to nie nastąpi. Inną sprawą jest skutek uboczny tych dożartych uwag i czarnego humoru, których obecność nawet w bardzo niesympatycznych sytuacjach ma znamiona groteski, a jak wiadomo ten przejaw sztuki niekoniecznie każdy zrozumie czy polubi.

Równie ważnym elementem jak mroczny realizm świata przedstawionego, cyniczna i niepokorna postać detektywa oraz elita skontrowana z miejscowymi cwaniaczkami, jest oczywiście sama SPRAWA, którą celowo piszę z wielkich liter, ponieważ zbyt skromnym posunięciem wydaje mi się nazwać wątek kryminalny u Kerra – w nurcie noir w ogóle – intrygą. Takie podejście wynika z tego względu, że początkowe znamiona zlecenia wskazują na dość proste do rozwiązania detektywistyczne zadanie, które dopiero z czasem okazuje się czymś, co ma swoje drugie, a nawet trzecie, bardzo niebezpieczne i dramatyczne, dno. Zlecenie, które Günther dostaje od Siksa przychodzi do niego w przebraniu i dopiero wówczas, gdy już nie ma możliwości odwrotu, pokazuje swoje wielkie zębiska, które będą chciały pożreć także i naszego detektywa. Z kolei te ostre zęby ujawniają się w wyniku urażenia jednego z zębów nadpsutych, którą to analogią posługuję się ze względu na ilość osób, z którymi rozmowy tudzież siłowe czy zbrojne potyczki, będą zbliżać Bernharda do rozwiązania sprawy. A skoro tylu rozmówców i tak niepewne czasy, w których często donos jest warunkiem przetrwania, oczywistym się wydaje, że ktoś z nich jest niczym zeżarty przez bakterie ubytek, na który detektyw prędzej czy później będzie musiał trafić…

Wspomniana duża ilość osób na linii „po nitce do kłębka” jest tyleż kunsztownie skomponowana, co sprawdzająca czujność czytelnika. Łatwo się zgubić w licznych nazwiskach, charakterystykach i powiązaniach, co zresztą również jest charakterystyczne dla nurtu. Jednak nawet jeśli w pewnym momencie czytelnik z kompletnym mętlikiem w głowie zacznie podążać razem z Berniem od Annasza do Kajfasza – tak ostatecznie rozwiązanie zagadki zrozumie, ponieważ w odpowiednim momencie Kerr skłoni pokornie przed nim głowę i wszystkie zawiłości wyjaśni, odsłaniając zarazem prawdziwe twarze protagonistów.

Wszystkie zawiłości i prawdziwe twarze? Czyżby? Otóż, nie do końca, ponieważ Marcowe fiołki zostawiając jeden z wątków otwartym, a przez to bardzo intrygującym (czyżby Günther spotkał na swojej drodze femme fatale?) znamionują zamysł cyklu, który jak pokazał czas istotnie powstał[3], a niedawno został odświeżony (trzymam w rękach drugie polskie wydanie) przez Mroczną Serię Wydawnictwa W.A.B i zjawiskowo ozdobiony przez Izabellę Marcinkowską, która projektami okładek udowodniła, że wie, co w „noirowej” trawie piszczy. I takim właśnie osobom poleciłabym Fiołki – tym, które czują i kochają ten nurt, razem z jego nieznośnie ostentacyjnym momentami bohaterem (Kerr w swoich odniesieniach posuwa się do tego stopnia, że wkłada w usta rozmówcy Berniego następujące zdanie: „Mówi pan jak pański prototyp literacki, twardziel nad twardziele”!) i mrocznym miastem sprzed niemal ośmiu dekad, które swoją istotą chwilami wręcz przykrywa śledztwo.

Zresztą, czy hitlerowskie Niemcy z Berlinem na czele, z tą charakterystyczną apokaliptyczną otoczką, szalonymi tezami głoszonymi na ulicach, na których każdy każdemu może być wrogiem, i z widmem wojny wiszącym w powietrzu, mogłyby ustąpić jakiejkolwiek fabule? Nawet jeśli tak, to Kerr z tą siłą nie walczy, za co jestem mu wdzięczna, ponieważ ma prawdziwy dar opisywania tego strasznego, chociaż jednocześnie fascynującego okresu w historii Europy.

7/10

Paulina Stoparek


[1] Cytat pochodzi z recenzowanej książki, podobnie jak wszystkie inne zawarte w niniejszym tekście.

[2] „Marcowe fiołki” – pogardliwa nazwa karierowiczów masowo wstępujących do partii hitlerowskiej od marca 1933 roku, kiedy to NSDAP zdobyła przeszło 44% głosów w wyborach parlamentarnych i dzięki czemu Hitler przejął pełnię władzy w Niemczech.

[3] Mowa o Bladym przestępcy i Niemieckim requiem, na których temat niebawem napiszę.


Philip Kerr, Marcowe fiołki, przeł. Ewa Fiszer, W.A.B., Warszawa 2014.

Za książkę dziękuję 

Źródło zdjęcia Jessiego Owensa: http://catalog.scpauctions.com/lot-26318.aspx.

Reklamy

2 thoughts on “Philip Kerr – Marcowe fiołki

  1. Pingback: Philip Kerr – Blady przestępca | MOONBLOGER

  2. Pingback: Philip Kerr – Niemieckie requiem | MOONBLOGER

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s