Anna Klejzerowicz – Sekret czarownicy

Czarownica naszych czasów

Młoda, śliczna kobieta patrzy na mnie z okładki najnowszej powieści Anny Klejzerowicz, Sekret czarownicy. Z jednej strony oprawę tę można uznać za banalną, wszak tyle urodziwych kobiet zdobi współcześnie wydawane książki. Z drugiej natomiast, ta konkretna dziewczyna ma w sobie frapującą słodycz, która nie ma nic wspólnego z przeciętnością. Gdy na nią patrzę, na myśl przychodzi mi aktorka Natalie Portman, z tą charakterystyczną dla niej nieprzemijającą dziewczęcością mimo przekroczonej trzydziestki. Z tym, że wyobrażenie głównej bohaterki Sekretu ma w sobie coś jeszcze, mianowicie niezwykły, bo piwno-czerwony, kolor oczu. Jej spojrzenie wzbudza dystans i niemal hipnotyzuje, ale tę nieprzystępność równoważą policzki i nos obsypane piegami, które można interpretować jako symbol swojskości i przyjazności. Pozwólcie, że przedstawię: oto Małgorzata Kwiatosz, czarownica z pomorskiej wsi Uroki.

Nie wiem, czy to było zamierzone, czy też sprawą pokierował przypadek, że wyobrażenie książkowej Małgosi tak bardzo oddaje sens treści Sekretu, powieści, która posiada drugie dno. Pod pozornie prostą fabułą bowiem przemyca mądrości, o których może i wiemy, ale o nich często zapominamy. Z jednej strony książka Klejzerowicz ma w sobie przystępność, ową „piegowatość” na podstawowym poziomie odbiorczym, czyli w historii opowiadającej o młodym małżeństwie, denerwującej teściowej, kochających rodzicach, pracy zawodowej czy fascynacji, jaką bohaterka poczuje do nowo poznanego mężczyzny, który swym urokiem i wiedzą sprawi, że jej w miarę ułożone życie mocno się zachwieje. Drugie dno z kolei, które symbolizuje mądre, świadome swojej wartości i „czerwone” spojrzenie dziewczyny, zostaje finezyjnie wplecione między wiersze fabularnej konstrukcji, przy czym nici, które je tworzą są tak delikatne, że bez odpowiedniego skupienia nietrudno o ich przeoczenie. Nie mam zamiaru ich tutaj „wywlekać”, od czytelnika bowiem zależy, czy Sekret okaże się dla niego tylko powieścią obyczajową czy także serią przemyślanych podpowiedzi jak szczęśliwiej żyć, ale zdradzę, że można je napotkać w dialogach ludzi młodych ze starszymi, mniej doświadczonych z bardziej świadomymi, rozgorączkowanych ze stonowanymi. Jednak to nie wszystko jeśli chodzi o znaczeniowe rozgałęzienia, jakimi raczy odbiorcę Klejzerowicz. Ważnym wątkiem w jej powieści jest bowiem intryga historyczno-archeologiczna i związane z nią poszukiwanie skarbu, który w oczywisty sposób rodzi – zarówno w czytelnikach jak i bohaterach – oczekiwania. Czy je spełni? Odpowiedź, ponownie jak to ma miejsce w wątku obyczajowym, tkwi w umyśle potencjalnego odbiorcy.

Sekret czarownicy można interpretować wielorako i mam wrażenie, że odczytanie historii zawartej tylko na poziomie podstawowym może być dla niego krzywdzące. Nawet zewnętrzna czarowność, jak klimatyczne miejsce akcji z chatką przypominającą tę z bajki Jaś i Małgosia, stary kościół z tajemną kryptą czy pozostałości po zamku krzyżackim, pełni zadanie poważniejsze niż tylko takie, aby wprowadzić czytelnika w zachwyt, rozmarzenie i klimat tajemniczości. Pani Anna bowiem od lat bada mroki historii i zachwyca się sztuką oraz stara się zarażać swoimi zainteresowaniami czytelników. Tym razem ustami bohaterów opowiada o losach templariuszy, krzyżackich rycerzy, roli kobiety w średniowieczu, o architekturze i malunkach charakterystycznych dla tej epoki. Dodatkowo podpiera się wykładami archeologicznymi, zarazem ucząc i rozbijając fantazje co poniektórych, którzy wychowani na przygodach Indiany Jonesa, widzą pracę archeologa jako stricte fascynującą. Ważnym rysem w powieści jest także usadzenie tego zawodu w polskich realiach, czyli nieustannym oglądaniu się ekspedytorów, aby nie przekroczyć przeznaczonego budżetu i o stratach z takich ograniczeń wynikających.

Mimo pewnej idealizacji świata przedstawionego, Klejzerowicz skutecznie wbija do głowy czytelnikom, że, owszem, warto mieć marzenia, ale przede wszystkim należy dążyć do nich nikogo po drodze nie krzywdząc, w tym i siebie. Pani Anna podpiera ten przekaz kreując bohaterkę świadomą swojej wartości, która uprzejmie, chociaż z coraz większym zniecierpliwieniem, stara się odpychać od siebie to, co narzucają normy kulturowe, moda, religia czy społecznie postrzegana normalność. Mimo że Małgosia wydaje się być osobą, która dobrze się czuje na swoim miejscu, zarazem nieustannie poszukuje siebie, zupełnie jakby nie osiągnęła jeszcze stuprocentowej zgodności z samą sobą. Ma wymarzoną pracę weterynarza, ale wolałaby prowadzić własną klinikę, a nie pracować pod kimś. Chciałaby się rozwijać zawodowo, ale jednocześnie kusi ją, aby poszerzać swoją wiedzę humanistyczną i historyczną. Ma męża, którego kocha, a jednocześnie brakujących w nim cech podświadomie szuka w kimś innym… Jednak co ważne, mimo tego, że bohaterce do stuprocentowego szczęścia ciągle czegoś brakuje, wbrew temu, co można zrozumieć z moich wcześniejszych słów, nie ma ona w sobie nic z bajkowej żony rybaka, której wiecznie było mało. Jej poszukiwanie szczęścia niewiele ma wspólnego z roszczeniami, ponieważ Małgosia wymaga od życia podstaw: miłości, wierności, szacunku, solidarności, spełnienia zawodowego, możliwości rozwijania swoich zainteresowań, a od czasu do czasu także świętego spokoju. Tymczasem wcale nie jest łatwo to osiągnąć, gdy partner życiowy szaleje z zazdrości, teściowa wiecznie krytykuje, a sąsiedzi zaglądają w okna. Zresztą, bohaterka Klejzerowicz będzie musiała zmierzyć się nie tylko z tymi problemami, aby o siebie zawalczyć. Niejedno będzie zmuszona przemyśleć i nie raz tupnie nogą, co niekoniecznie należy odbierać dosłownie, Małgosia bowiem jest feministką – nie wojującą wprawdzie, ale taką, która nie pozwoli, by mężczyzna, choćby i ukochany, dmuchał jej w kaszę – a jej tupanie to bunt przeciw w dalszym ciągu funkcjonującym w XXI wieku zasadom patriarchalnego świata. I mam wrażenie, że właśnie to w mniemaniu Klejzerowicz oznacza bycie czarownicą – kobietą świadomą swojej wartości, która potrafi samodzielnie myśleć i dla której ważna jest miłość i towarzystwo kochającego mężczyzny, lecz gdy próbuje on nad nią dominować – potrafi przełknąć gorzką pigułkę i pójść dalej, nawet jeśli miałoby to oznaczać samotność.

Kościół pokrzyżacki w Pęgowie koło Gdańska i odktyte w nim freski były inspiracją dla Autorki

Kościół pokrzyżacki w Pręgowie koło Gdańska i odkryte w nim freski były inspiracją dla Autorki

Generalnie rzecz biorąc mam wrażenie, że z książek pani Anny, które dotąd przeczytałam, w Sekrecie czarownicy autorka zawarła najwięcej siebie. Nie wypowiem się na temat wcześniejszych odsłon cyklu, czyli Czarownicy i Córki czarownicy, ponieważ ich nie znam, jednak ten konkretny tytuł wydaje mi się bardzo bliski jej osobie, którą „znam” z social mediów i atykułów, kobiecie bardzo ceniącej sobie swój azyl, która wyraża swoje poglądy w zdecydowany, acz uprzejmy sposób, która ceni towarzystwo sprawdzonych osób przy jednoczesnej umiejętności zajęcia się samą sobą, i która równie mocno jak ludzi potrafi kochać zwierzęta. Zresztą, miłość do zwierząt, zauważanie ich obecności, ich potrzeb, sygnałów świadczących o ich zadowoleniu, smutku czy strachu, wyłania się z Sekretu równie mocno jak archeologiczne zagadki czy perypetie Małgosi. Bohaterowie mają zwierzęcych przyjaciół, kochają ich i szanują, natomiast Małgosia oprócz tego posiada nieudawane powołanie, by im pomagać, by im służyć. Sekret w sporej mierze składa się więc z fragmentów, w których pani Kwiatosz myśli o tym, że już czas nakarmić kota i psa, a w chwilach wieczornej prywatności otwiera drzwi sąsiadce niosącej w ramionach cierpiącego zwierzaka, mimo że dzień pracy dawno się skończył. Zapewne nie każdemu te scenki się spodobają, zapewne niejeden powie, że nic nie wnoszą do akcji. Jednak, co powtórzę po raz kolejny, nie o to chodzi w tej prozie. Zaryzykowałabym wręcz twierdzenie, że Klejzerowicz stworzyła powieść – traktat filozoficzny, a jeśli nie filozoficzny, to przynajmniej podpowiadający, jak dobrze żyć, co krótko można by określić jako życie w zgodzie z sobą samym i z naturą, z jednoczesnym poszanowaniem odmienności innych.

Krytyczne uwagi, jakie nasuwają mi się po lekturze Sekretu, są delikatne i dość nieśmiałe, ponieważ z prawdami w nim zawartymi walczyć byłoby głupotą. Nie skrytykuję zatem duchowej zawartości książki, a pewne formalne czynniki, które w moim mniemaniu mogłyby być poprowadzone ciekawiej. Pisząc to mam na myśli pewną stereotypowość rozłożenia charakterów, jak chociażby wredna teściowa postulująca o gorące obiady dla swojego syna i oczywiście o spłodzenie wnuka, czy spora zależność od niej Damiana, czyli męża Małgosi. Nie pojęłam też do końca opisania okazyjnego malowania się bohaterki – bardzo delikatnego zresztą – jako popisywania się, czy wręcz pajacowania przed nowo poznanym mężczyzną. Jednak zaznaczę, że słuszności własnej krytyki nie jestem pewna, ponieważ dopuszczam do siebie myśl, że Klejzerowicz chciała odnieść się tymi schematami do pewnych kulturowo-społecznych symboli i przekonań, a częściowo zapewne też je wyśmiać. Małe „ale” mam też do sposobu poprowadzenia narracji. Wolałabym, aby obecna była tylko pierwszoosobowa, czyli z perspektywy Małgosi, i retrospektywna, powracająca do czasów średniowiecza, z wyłączeniem trzecioosobowej. Jednak ponownie zaznaczę, że z tym też ciężko mi polemizować, ponieważ pozbycie się trzecioosobowych fragmentów mogłoby z kolei pozbawić powieść swoistej przystępności, co w przypadku wątków obyczajowych raczej jest niewskazane. Zatem błędy jakie popełnia Klejzerowicz niezręcznie mi nazywać błędami, pozostanę więc przy krótkim stwierdzeniu, że zamierzonej zapewne koturnowości postaci i ich zachowaniom dodałabym większej oryginalności, a narrację uczyniła mniej rozwichrzoną.

Na koniec chciałabym wspomnieć o tym, że Sekret pokochałam właściwie na starcie. Urzekła mnie wieś Uroki, kościół w Popowie, chatka czarownicy, cała ta naturalność i klimatyczne budynki na wzgórzach czy otoczone zaroślami. Te koty ocierające się o łydki, zapach starych dokumentów (w rewelacyjnym wątku miejscowego kronikarza, który ponoć ma swój pierwowzór w rzeczywistości), tajemne zakamarki, po których Klejzerowicz ze swadą nas oprowadza… Nie jest to co prawda sednem powieści, ale trudno wyobrazić sobie piękniejszy anturaż. Jednak, gdy już się nim nacieszycie, proponuję sięgnąć w Sekret czarownicy głębiej, czyli nie tylko oczami i wyobraźnią, lecz przede wszystkim duchową wrażliwością. Wówczas odkryjecie drugie dno powieści, przeznaczone dla tych, których pani Anna mieni czarownicami i czarownikami.

7/10

Paulina Stoparek


Anna Klejzerowicz, Sekret czarownicy, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Za książkę dziękuję 

Źródło zdjęcia kościoła w Pręgowie: http://pomorskie.travel/Odkrywaj-Dziedzictwo_kulturowe-Zabytki_sakralne-Zabytkowe_koscioly_i_zespoly_klasztorne/4350/Freski_w_Pr_gowie, fot. M. Bieliński.

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/anna-klejzerowicz-sekret-czarownicy/.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s