Bogowie

Mission: Possible

To pan jest tym wariatem ze skalpelem?

(Bogowie, reż. Łukasz Palkowski)

Profesora Zbigniewa Religę śmiało można nazwać ikoną człowieka. Może nie każdy kojarzy, jaką politykę preferował i co zdziałał jako minister zdrowia, ale o jego zasługach dla świata medycyny wiedzą wszyscy. Że walczył z twardogłowymi kolegami po fachu i mimo wielu przeciwności przeprowadził pierwszą w Polsce transplantację serca. Że, aby ratować konkretnego człowieka, potrafił wszyć mu serce świni, a aby ocalić rzeszę sercowców – założył Fundację Rozwoju Kardiochirurgii, która działa do dziś. Mówi się o nim, że miał wielkie serce, które traktował wyłącznie jako niezbędną do tłoczenia krwi pompę. Oczywistym się wydaje, że fabuła filmowa, która będzie opowiadać o Relidze-ikonie, będzie swojego rodzaju relikwiarzem. I tak też się stało w przypadku Bogów (2014) Łukasza Palkowskiego. Jednak poza jego swoistą świętością wynikającą z poruszającej opowieści o niezwykłym człowieku, którego podziwia cała Polska, jest jednocześnie obrazem pełnym luzu i doskonałego humoru sytuacyjnego, wybornie posługującym się stylistyką amerykańskiego mainstreamu.

Bogowie opowiadają o kilku latach z życia profesora, od pojawienia się pierwszych myśli dotyczących przeprowadzenia przeszczepu serca w Polsce, poprzez namawianie personelu warszawskiego szpitala, w którym wówczas pracował, do swoich racji, wynikające z braku zgody na operację przeniesienie się do Zabrza i stworzenie tam kliniki kardiochirurgicznej, gdzie nareszcie miał możliwość ratowania życia tym, których gdzie indziej odesłano by z kwitkiem. Mówiąc językiem filmowców, fabuła sprowadza się do ukazania protagonisty zmagającego się z rozmaitymi przeciwieństwami, który dzięki determinacji i poświęceniu w końcu realizuje swój cel. Nie jest to do końca biografia, do jakiej większość widzów być może jest przyzwyczajona, z charakterystycznymi retrospekcjami opowiadającymi o tym, co sprawiło, że mały bohater wymarzył sobie taki a nie inny zawód. Nie uświadczymy też protagonisty jako starca, a wcielającego się w profesora Tomasza Kota nie będzie nam dane zobaczyć w siwowłosej charakteryzacji. Jednak, mimo że Bogowie to zaledwie wycinek z życia Religi, którego finał jest wszystkim wiadomy, film Palkowskiego ogląda się z ogromnym zainteresowaniem i zaangażowaniem, co zostało osiągnięte dzięki dwóm podstawowym dla dobrego filmowego obrazu warunkom:po pierwsze – doskonale odegranej roli pierwszoplanowej, po drugie – bezpretensjonalnie i świeżo poprowadzonej fabule.

Tomasz Kot to aktorski fenomen, do czego chyba nikogo nie muszę przekonywać. Aktor ten już 12 lat temu zwrócił moją uwagę w Teatrze STU podczas spektaklu Ca-sting w reżyserii Rafała Kmity. Był wówczas wchodzącą gwiazdą sceny, która mogła tylko marzyć o telewizji, a co dopiero o głównej roli w największym filmowym wydarzeniu roku. Jednak patrząc na niego nie miałam wątpliwości, że rozpowszechnienie jego talentu jest tylko kwestią czasu. Na scenie twarz miał czerwoną z emocji i wysiłku, żyły pulsowały mu na skroniach, ślina pryskała z ust… Miałam wrażenie, że nie tyle bohater grany przez Kota jest zdenerwowany, ile on sam jest w stanie skrajnego poruszenia. Teraz, w Bogach, aktor przeniósł ten nerwowy wizerunek na filmowego Religę. Może jako profesor nie wygląda tak, jakby zaraz miał dostać udaru, ale jest równie energiczny, gwałtowny i pyskaty, co niegdyś w teatrze. Religa w wykonaniu Kota to raptus, nerwus i obsesyjnie niemal skupiony na jednym celu człowiek. Co prawda cel ów jest szlachetny, jednak nie zmienia to faktu, że pan doktor zapomina, że ma żonę i że w życiu nie tylko praca jest ważna. Jest egotykiem skupionym wyłącznie na zawodowych zajęciach, który z ich powodu potrafi bezpardonowo niszczyć wymarzony urlop i chwile we dwoje, o odseparowaniu się od żony i wyprowadzce do Zabrza, podyktowanej przez lekarskie powołanie nie wspominając. Zatem żaden z niego ideał, a momentami wręcz diabeł wcielony, który zamęcza pracowników i doprowadza ich niemal do rozstroju psychicznego. Obok krewkiego zachowania, w postaci profesora uderza fizyczne podobieństwo Kota do Religi. Fakt, że aktor jest znacznie wyższy od pierwowzoru, zupełnie nie przeszkadza, ponieważ uchwycił sedno mimiki profesora perfekcyjnie. Moment, gdy głęboko spogląda w oczy przyszłemu pacjentowi, który jeszcze nie wie, że nim będzie, jest nie do zapomnienia. Przez większość seansu twarzy Kota nie opuszcza też półuśmiech z jakby zakręconymi kącikami ust, tak charakterystyczny dla zmarłego medyka. Kolokwialnie rzecz ujmując, swoją grą i wizerunkiem – do którego dochodzi jeszcze obowiązkowe garbienie się, palenie papierosa za papierosem i krzaczaste brwi – pan Tomasz rozgromił ekran i mimo że drugi plan jest całkiem do rzeczy (zwłaszcza Jan Englert jako profesor Wacław Sitkowski, który w Bogach jest swoistym symbolem myślowego przechodzenia na stronę rewolucji z jednoczesnym zachowaniem ostrożności w świecie poskramianym przez twardogłowych medyków), to on jest niekwestionowaną gwiazdą tego filmu i nawet gdy nie ukazuje się w kadrze, jego obecność i tak jest wyczuwalna. Każdy sznurek Bogów sprowadza się bowiem do Religi, a ściślej: do Religi owładniętego pracą i wiadomym celem. Z jednej strony jest to cecha godna podziwu, ponieważ obrazuje hipnotyzującą konsekwencję twórców, która sprawia, że widz świetnie się odnajduje w fabule, z drugiej natomiast nie pozwala się ona rozwinąć innym aspektom życia bohatera, co rażąco odbiło się na miałkiej, niemal przezroczystej postaci żony profesora, Anny (Magdalena Czerwińska), która od czasu do czasu pojawia się w kadrze chyba tylko dlatego, żeby przypomnieć wszystkim jak bardzo wyrozumiałą była partnerką.

Drugą przyczyną – obok kreacji Kota – powodującą, że Bogów ogląda się z uwagą i bez jakiegokolwiek znużenia, jest świetny scenariusz autorstwa Krzysztofa Raka, który sprawił, że ten biograficzny obraz opowiadający o dosłownej walce o ludzkie życie ogląda się jak dobry hollywoodzki mainstream. Dialogi są konkretne, często bardzo dowcipne, a jeśli akurat nie bawią, to tak dobitnie uderzają w sedno, że aż ma się ochotę przyklasnąć („Polak Polakowi nawet porażki zazdrości”, „Ciasno tu panu będzie”). Sceny dramatyczne, nieuniknione w przypadku filmu, w którym obecna jest śmierć, zostają zgrabnie przeplecione z lżejszymi sekwencjami, nierzadko zawierającymi sporą dozę świetnego humoru sytuacyjnego. Palkowski i Rak nie uniknęli wprawdzie patosu, ale jest to patos bardzo mądrze wspomagający dramatyzm filmu i sprawiający, że niektóre sceny są doprawdy nie do zapomnienia („Jest pani pierwszą matką w Polsce, której zadaję to pytanie”). Wybornie pomaga też scenariuszowi muzyka, w której odnajdziemy (sic) zagraniczne rockowe przeboje. Wydawać by się mogło, że w polskim filmie z gatunku festiwalowych pewniaków, opowiadającym o słynnym Polaku i problemach tak bardzo polskich, że aż boli, zabieg ten będzie drażnić, jednak jest wręcz przeciwnie – piosenki te są doskonałym tłem i energetycznym kopem dla i tak już energicznych scen, vide remont przyszłej kliniki w Zabrzu. Do tej sekwencji zresztą mam chyba najwięcej sprzecznych uwag, ponieważ Palkowski po hollywoodzku upraszczając ukazuje w niej tworzenie szpitala niemal od podstaw jako coś łatwego i przyjemnego, co w oczywisty sposób jest przekłamane. Jednak jest ona zarazem tak lekka, wartka i łatwo odczytywalna jako „dla chcącego nic trudnego”, że trudno się dziwić temu, iż jej optymizm urzeka widzów.

Urzeka także luźne korzystanie z PRL-owskich smaczków, wykorzystanych dla wzbogacenia lokalnego kolorytu (jaskrawo zielony duży fiat Religi, pijący i leniwi robotnicy, szklanki w koszyczkach, charakterystyczne lokale rozrywkowe). Z kolei sceny operacji na otwartym sercu przedstawione są skrajnie realistycznie, co nadaje Bogom wskazanego w tych momentach charakteru dokumentalnego. Zjawiskowe jest odniesienie do słynnego zdjęcia Jamesa Stanfielda, rozpowszechnionego przez National Geographic, na którym Religa, zoperowany przez niego, będący ciągle pod narkozą pacjent, a także współpracownik profesora, który zasnął w kącie ze zmęczenia, zostali uwiecznieni na tle sali operacyjnej. Świetne jest zakończenie, bardzo symboliczne i na miejscu. Generalnie rzecz biorąc Bogowie to kawał dobrego kina zrealizowanego na światowym poziomie. Uniwersalnego, popowego niemal, a jednocześnie pełniącego funkcję relikwiarza, który kosi nagrody na festiwalach. Zresztą trudno się temu dziwić, ponieważ emocje, jakie towarzyszą seansowi, są bardzo mocne i oczyszczające. Zdecydowanie nie należy się ich wstydzić. Podobnie jak Bogów jako produktu polskiej kinematografii.

8/10

Paulina Stoparek


Bogowie, 2014, prod. Polska, reż. Łukasz Palkowski, scen.: Krzysztof Rak, wyst.: Tomasz Kot, Jan Englert, Piotr Głowacki i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/bogowie-3/.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s