Krocząc wśród cieni

 Spacer wśród nagrobków

Młoda blondynka z zaróżowioną, wyraźnie wrażliwą skórą na twarzy, śpi. Widzimy tylko jej zamknięte oczy, brwi i parę jasnych kosmyków. Powolnym, niemal wężowym ruchem zbliża się do niej mężczyzna. Przytula swoją twarz do twarzy dziewczyny, wdycha jej zapach. Kobieta otwiera oczy. Są bardzo jasne, jak wszystko w jej twarzy. Cięcie. Ujęcie na stopy. Widać czerwone paznokcie i brudną skórę podeszew. Cięcie. Tym razem dostrzegamy całą twarz dziewczyny. W oczach ma lęk, jej usta… są zaklejone kawałkiem grubej taśmy. A towarzyszący jej mężczyzna okazuje się nie być czułym kochankiem, lecz bezlitosnym i szalonym zabójcą. Tą sugestywną, tak bardzo mylącą w pierwszej fazie sekwencją reżyser i scenarzysta Scott Frank rozpoczyna swój nowy film, Krocząc wśród cieni (A Walk Among the Tombstones, 2014).

Nowy Jork, 1999 rok. Ktoś porwał żonę bossa narkotykowego, Kenny’ego Kristo (hipnotyzujący Dan Stevens, zaskakująco podobny do Jonathana Rhysa Meyersa) i zażądał ogromnego okupu. Mężczyzna zapłacił, a ukochana do niego wróciła. W kawałkach. Pragnący zemsty Kristo, ze zrozumiałych przyczyn nie mogący zgłosić sprawy federalnym, prosi o pomoc byłego policjanta, a obecnie prywatnego detektywa, Matthew Scuddera (Liam Neeson). Wkrótce okazuje się, że morderców jest dwóch, a pani Kristo nie była ich pierwszą ofiarą.

To, co z marszu dostrzegamy w Krocząc wśród cieni, to fakt, że Frank do perfekcji ma opanowaną konwencję kryminału z domieszką krwawego thrillera. Bez wątpienia zasługa w tym bogatego doświadczenia w pisaniu scenariuszy dreszczowców i sensacji. Dorwać małego (Get Shorty, 1995, reż. Barry Sonnenfeld), Malice (1993, reż. Harold Becker), Raport mniejszości (Minority Report, 2002, reż. Steven Spielberg) to tylko niektóre z jego „dzieci”, z których znaczna część jest dziś klasykami gatunków. Krocząc wśród cieni też mógłby nim być, jednak fakt, że powstał w XXI wieku, a nie w latach 70., 80. czy 90. zeszłego stulecia czyni go swoistym ewenementem. Nie próbuje bowiem, mimo że jest produkcją typowo rozrywkową, na dodatek ze sporą dozą okrucieństwa, niczego udawać ani zjednywać sobie blockbusterowych widzów wizerunkami umięśnionych superbohaterów czy dramatycznych pościgów. Film Franka jest najprościej mówiąc niemodny, a jego klimat zdecydowanie bardziej spodoba się tym, którzy cenią stonowane i mroczne produkcje z dążącym do wytrzebienia zła podstarzałym bohaterem, nadal męskim, sprawnym i silnym, ale jednak takim, który dla sporej grupy konsumentów uczęszczających do kin mógłby być dziadkiem, względnie ojcem.

Krocząc wśród cieni bazuje na sprawdzonych schematach, ale, jak już wspomniałam, tych sprzed dwu, a nawet kilku dekad. W Scudderze sporo jest z bohaterów granych przed laty przez Clinta Eastwooda czy z postaci Klute’a (Donald Sutherland), tytułowego bohatera thrillera Alana Pakuli. Natomiast bezsprzecznym ukłonem w stronę lat 90. jest nieletni pomagier protagonisty, bezdomny czarnoskóry nastolatek TJ (Astro), którego początkowo nasz detektyw uczęszczający na spotkania AA (a jakżeby inaczej, ostatni sprawiedliwy zwykle ma jakąś słabość, a na sumieniu grzechy głupiej młodości) będzie traktował jak natrętną muchę, by ostatecznie obdarzyć go niemal ojcowskimi uczuciami (czyżby wariacja na temat drugiej odsłony Terminatora (1991, reż. James Cameron)?). Do ostatniego dziesięciolecia XX wieku nawiązuje też morderczy duet szaleńców, z jednej strony swoim uwielbieniem dla rozrywania ludzkiego ciała tak bliski Hannibalowi Lecterowi, z drugiej natomiast przypominający protagonistów z Funny Games (1997, reż. Michael Haneke), dla których szerzenie zła było hobby samym w sobie, bez żadnych psychologicznych podtekstów. Intryga również jest, można powiedzieć, sprawdzona, ponieważ nie od dziś wiadomo, że mało co sprzedaje się tak dobrze jak brutalność mordercy – obowiązkowo mężczyzny – względem kobiety, oznaczająca nie tyle gwałt, ile kaleczenie delikatnego i atrakcyjnego kobiecego ciała. Frank posunął się do tego stopnia, że poza postaciami całkowicie pobocznymi, jak kelnerka w ulubionej knajpie Scuddera, właściwie nie zobaczymy na ekranie żywych przedstawicielek płci pięknej. Panie będą ukazywane na zasadzie męskiego wspomnienia, obrazu na ścianie czy nagrania z kamery, a „podziwiać” je będziemy mogli jedynie w formie począstkowanej, okiem morderców – voyerów czyhających w nieodłącznej półciężarówce, względnie w nieletniej postaci córki i kalekiej żony jednego z narkotykowych bossów. Krocząc wśród cieni zatem, to zdominowane przez mężczyzn kino, co nie znaczy, że dla kobiet nieciekawe, ponieważ jest wręcz przepisowym produktem dla dorosłych widzów ceniących klimatyczny kryminał czy thriller, w którym zło utożsamiane jest z szalonym seryjnym zabójcą.

Zatrzymując się na chwilę przy temacie zła, warto odnotować, że Frank, mimo iż świat przedstawiony w jego filmie jest pełen moralnych szarości, odwraca role najczęściej przypisywane konkretnym grupom zawodowym. Obok skontrowania pozytywnej specjalizacji morderców, której oczywiście nie zdradzę, w oczy rzuca się przyjaźnie przestawiona grupa narkotykowych biznesmanów. To oni, a ściślej kobiety z ich rodzin, są w filmie ofiarami, to z nimi, poza poczciwym Scudderem, widz się utożsamia i chcąc nie chcąc im kibicuje. Ukazani jako ludzie domagający się sprawiedliwości, kochający, cierpiący, mający łzy w oczach i zupełnie „czyści”, stanowią zupełne przeciwieństwo tego, jak zazwyczaj narkotykowa „grupa zawodowa” jest w kulturze ukazywana. Świat przedstawiony u Franka ma miejsce na tylko jeden rodzaj zła, który już zdążyli zaanektować mordercy. Reszta bohaterów może i nie jest bez skazy (jak chociażby Scudder z jego policyjną wpadką i alkoholizmem), ale zdecydowanie wpasowuje się w jasną stronę świata pełnego tytułowych cieni.

Cienie te można odczytywać zarówno dosłownie (szara, depresyjnie działająca, deszczowa, namacalnie zimna sceneria), jak i symbolicznie (cień jako obiekt zamazujący prawdę, utrudniający dojście do celu), w którą jednak stronę nie skręcimy w próbie zrozumienia tytułu, jedno jest pewne – to właśnie one, rzeczywiste czy wyobrażone, nadają kryminałowi Franka klimat, który w dzisiejszych czasach dużo łatwiej spotkać w mrocznych powieściach – na podstawie której zresztą, napisanej w 1992 roku przez Lawrence’a Blocka i egzystującej pod tą samą nazwą, opiera się scenariusz Franka – niż produkcjach filmowych. Powołując się na oryginalny tytuł, czyli Spacer wśród nagrobków, warto wspomnieć, że w filmie znajdziemy jego dosłowne przełożenie fabularne, i to niejednokrotnie. Stary cmentarz, bardzo klimatyczny, z rzeźbami modlących się aniołów, krzywo wetkniętymi krzyżami i omszonymi tablicami nagrobnymi, momentami przypomina te, w których tak bardzo lubił osadzać akcję swoich dzieł kultowy dziś reżyser filmów grozy, Roger Corman. I mimo, że Krocząc wśród cieni zdecydowanie horrorem nie jest, tak mam wrażenie, że Frank dobrze wiedział, iż wychowani na klasycznych kryminałach i dreszczowcach widzowie z pewnością docenią jego zamysł, który będzie miał na celu nie tylko skompletowanie kolejnych „brudnych” i depresyjnych kadrów z Nowym Jorkiem w roli głównej, lecz przede wszystkim potęgowanie poetyki tajemnicy i kreślenia linii, na której śmierć styka się z życiem.

Krocząc wśród cieni jest idealnym przedstawicielem swojego gatunku, właściwie rzecz biorąc wymarłego już kryminału o niespiesznej akcji, maksymalnie nasączonego mrocznym klimatem, opierającego się na postaci bohatera, którego znakami rozpoznawczymi są awersja do zła i niesprawiedliwości oraz chęć odpokutowania za błędy młodości. Wolałabym co prawda, aby mój ulubiony filmowy twardziel, Liam Neeson, był samotnie działającym mścicielem, a nie zleceniobiorcą pracującym w towarzystwie zleceniodawców i pyskatego nastolatka, co, odpowiednio, nieco zasłaniało mi jego postać i uczyniło fabułę infantylną, a także, aby twarze morderców dłużej pozostały w cieniu, lecz skłamałabym pisząc, że oglądanie filmu Franka nie sprawiło mi przyjemności. Krocząc wśród cieni bowiem, to stylistyczny i esencjonalny powrót do tego, co śmiało można nazwać sercem klasycznego kryminału.

7/10

Paulina Stoparek


Krocząc wśród cieni, 2014, prod. USA, scen. i reż. Scott Frank na podst. powieści Lawrence’a Blocka, wyst.: Liam Neeson, Dan Stevens, Boyd Holbrook i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem:  http://www.noircafe.pl/kroczac-wsrod-cieni/.

Reklamy

One thought on “Krocząc wśród cieni

  1. Pingback: Nocny pościg | MOONBLOGER

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s