Marcin Wroński – Haiti

Złośliwy śmiech + szczere łzy = Haiti

Po lekturze Haiti zdecydowanie przestaję się dziwić temu, że Marcin Wroński cieszy się ogromnym szacunkiem zarówno czytelników jak i krytyków, a także dlaczego często jest nominowany do rozmaitych nagród i nierzadko je wygrywa. Finezja języka, żart słowny, mieszanina bogatej wiedzy historycznej z pomysłem na niebanalną intrygę, miasto i rozmaite miejsca opisane tak, że sprawiają wrażenie żywych oraz charakterystyczne sarkastyczne poczucie humoru stały się znakami firmowymi Wrońskiego, które urzekły także i mnie. Jednak to jeszcze nie wszystko, co ofiaruje czytelnikowi Haiti. Powieść ta bowiem wywraca na lewą stronę problem moralności, dotyczącej różnego rodzaju zagadnień i widzianej pod wieloma kątami.

Lublin, lato 1938 roku. Podczas II Krajowej Wystawy Koni w jednym ze stajennych boksów zostaje znalezione ciało mężczyzny ze zmasakrowaną twarzą. Początkowo wszystko wskazuje na to, że spłoszył on zajmującą tę część stajni klacz, tytułową Haiti, w wyniku czego został śmiertelnie stratowany. Badający sprawę komisarz Zygmunt Maciejewski ma jednak przeczucie, że tajemniczy NN zakończył życie w tak dramatyczny sposób z powodu dawnych grzechów, za które ktoś postanowił wymierzyć mu karę…

Oczywiście, Maciejewski nie uważa tak bez przyczyny. Wszystko w intrydze opisanej przez Wrońskiego ma swoje dające się racjonalnie wytłumaczyć powody, nawet koszmary senne podwładnego Zygi, tajniaka Fałniewicza, który w tej części przygód lubelskiego komisarza odgywa niebagatelną rolę. Pozostając bowiem w świecie nostalgicznym, nierzadko symbolicznym (medalion, tytułowa klacz), odrobinę odrealnionym z powodu osobliwego poczucia humoru i któremu nieobce są proustowskie magdalenkowe wspomnienia (pisk konia niczym krzyk torturowanego w lubelskim Zamku więźnia), Wroński cały czas kreuje przestrzeń twardo osadzoną w rzeczywistości, a nierzadko swoim realizmem wręcz boleśnie kłującą. Śmierdzący wychodek, mucha natrętnie brzęcząca wokół spoconego ciała, przesadnie wysmarowane pomadą, klejące się włosy… A ten świat, pełen detali, jak widać nierzadko obrzydliwych, ukazywany jest często za pomocą fenomenalnych porównań, które świadczą zarówno o kunszcie autora, jak i jego poczuciu humoru („Zerknął z niechęcią na równinę poprzecinaną polami i gdzie niegdzie zagajnikami na miedzach. W połączeniu z pogodą przypominało to rozgrzaną patelnię i jajecznicę z groszkiem, której Kapranowa jak zwykle nie wybełtała zanim się zetnie”[1]).

Humor u Wrońskiego zasługuje zresztą na osobny akapit, autor stosuje bowiem ten jego typ, który najprościej jest nazwać sardonicznym, a który na własny użytek określiłabym jako wredno-inteligentny. Jego symbolem jest już sam Zyga, krnąbrny, złośliwy, często działający wbrew przepisom, przez co mający na pieńku z niejedną osobą. Wśród osób niechętnych Maciejewskiemu w Haiti na pierwszy plan wysuwa się patolog, doktor Krępiel, któremu na odcisk komisarz stanął tak mocno, że medyk będzie się starał niekoniecznie uczciwymi sposobami pozbawić go pracy. Fragment, w którym lekarz obmyśla, jakimi to chorobami mógłby „wzbogacić” wyniki obowiązkowych badań Zygi jest stylistycznym i komediowym majstersztykiem oraz wyraźnym potwierdzeniem tego, co czułam już po lekturze Pogromu w przyszły wtorek, a co w bardzo prosty i niezwykle trafny sposób ujął Leszek Koźmiński, autor bloga Kryminalna Piła – literackimi śladami, mianowicie, że w prozie lubelskiego pisarza możemy odnaleźć dwóch Wrońskich. Pierwszą twarzą pana Marcina jest historyk – amator tak mocno rozmiłowany w dziejach swojego rodzinnego miasta i w historii w ogóle oraz z przyjemnością myszkujący w archiwach i dyskutujący z naukowcami, że amatorem można go mienić jedynie dlatego, że nie jest historykiem z wykształcenia. Ogrom jego wiedzy bije niemal z każdej strony, począwszy od odmalowania dawnego Lublina, poprzez przedstawienie przekroju społeczeństwa i jego przywilejów bądź ich braku, po zgodność nazwisk z prawdą historyczną, momentami świadomie łamaną, ale tylko w tym celu, aby czytelnik mógł się lepiej odnaleźć patrząc wstecz na wcześniejsze tomy poświęcone Maciejewskiemu (na temat czego Wroński dzieli się z czytelnikiem w finezyjnie i z humorem napisanym odautorskim wtręcie). Natomiast drugie oblicze pana Marcina składa się ze złośliwego poczucia humoru i specyficznej wredności, którą przekazuje swoim bohaterom. Przejawia się to w celnych ripostach, dogryzaniu, perfidnych spiskach mających na celu zatruć komuś życie czy w „podkładaniem świń” przez stróżów prawa, w celu wyłudzenia od świadków zeznań. Pan Marcin jednocześnie uczy i bawi, o ile oczywiście trafi na czytelnika, który taki typ humoru doceni. Jeśli o mnie chodzi, uderzył w moje gusta wręcz idealnie. Może nie wywołuje salw śmiechu, ale podszyty złośliwą czytelniczą satysfakcją chichot jak najbardziej.

Zachwycając się kunsztownym stylem – Wroński sprawia wrażenie, jakby każde wymyślone przez siebie zdanie zanim wyrazi je alfabetem, uprzednio na wszystkie strony obracał na języku i dopieszczał tak, aby brzmiało jak najpiękniej, nawet wówczas, gdy jest ono gruboskórnym mruknięciem Zygi – i śmiesznościami, nie można jednak zapomnieć o intrydze kryminalnej zawartej w Haiti, która w przeciwieństwie do tej odmalowanej w Pogromie, wysuwa się na pierwszy plan. Sam Wroński stwierdził, że, póki ponownie nie uwiodła go historia, miał zamiar z szóstego tomu przygód Maciejewskiego stworzyć stricte kostiumową powieść kryminalną[2]. I rzeczywiście, ten pierwotny zamiar autora bez trudu można dostrzec choćby w mordzie popełnionym doprawdy niezwykłym narzędziem, w licznych śledczych „wycieczkach” i przesłuchaniach Zygi oraz jego podwładnych, Zielnego i Fałniewicza. Jednak owo wspomniane uwiedzenie przez historię również szybko dochodzi do głosu, z tym że w nieco skromniejszej formie niż można się po lubelskim pisarzu spodziewać, a ściślej nie za pomocą twardego realizmu, ale nostalgicznych wspomnień i snów, w których Wroński cofa się do 1920 roku i wojny polsko-bolszewickiej. Bo właśnie epizod wojenny z tamtych czasów jest dla fabuły przedstawionej w Haiti najbardziej znaczący, a nie fakt, że do II wojny światowej pozostało zaledwie czternaście miesięcy (pamiętajmy, że główna akcja ma miejsce w roku 1938) i że na trzecim planie czasowym – w powieści mamy swoistą trylogię narracyjną – mamy rok 1951, radziecką „opiekę” i zdziadziałego Maciejewskiego, który opiekuje się równie zdziadziałym tytułowym koniem, do którego ma zawstydzającą siebie samego słabość. Stara klacz, symbol dawnej niezależności narodu i samego komisarza, jest bowiem pretekstem do poszerzenia sylwetki psychologicznej Zygi, którego skryta emocjonalność w epilogu powieści niespodziewanie chwyci czytelnika za serce.

Generalnie, gdybym musiała jednym określeniem scharakteryzować Haiti, to nazwałabym ją „chwytliwą”, vide mocno działającą na emocje i poruszającą moralne zagadnienia oraz osobiste dramaty. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek podczas lektury kryminału spotkała się z tak moralnie dwuznacznym wynikiem śledztwa (niech się finał z Głębokiego snu Raymonda Chandlera schowa!) i zachowaniem osoby odpowiedzialnej za rozwikłanie zagadki. Dawno też nie spotkałam się z tak surowym, bezdusznym wręcz, a przez to podwójnie działającym na odbiorcę opisaniem sedna dramatu egzystencji jednego z bohaterów, który gwarantuję, że nie tylko was zaskoczy, lecz także wzbudzi szczere współczucie. Ja miałam łzy w oczach. I za te łzy chciałam z tego miejsca panu Marcinowi podziękować.

8/10

Paulina Stoparek


[1] Marcin Wroński, Haiti, W.A.B., Warszawa 2014, s. 185.

[2] Por. tamże, s. 345.


Marcin Wroński, Haiti, W.A.B., Warszawa 2014.

Za książkę dziękuję 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s