Zanim zasnę

Przepraszam, czy tu biją… dzwony?

Zanim zasnę (Before I Go to Sleep, 2014), najnowszy film Rowana Joffé’a, od początku budził zarówno obawy, jak i wielkie oczekiwania. Thriller psychologiczny nie jest łatwym do zrealizowania gatunkiem, co spowodowane jest swoistym połączeniem mainstreamu, z którego wywodzi się dreszczowiec, z tak zwanym kinem z ambicjami, z którego narodził się film z psychologią i terapią w rolach głównych. Na dodatek przypadłość, jaką jest amnezja powiązana z pamięcią krótkotrwałą, może się okazać tematyką dla twórcy karkołomną, w której, po pierwsze, laik może łatwo się zagubić, a po drugie – każdy film, jaki powstanie po Memento (2000, reż. Christopher Nolan), nieuchronnie będzie się narażał na porównania z kultową produkcją reżysera trylogii o Batmanie. Jakby tego było mało, zatrudnienie w rolach pierwszoplanowych bohaterów Nicole Kidman i Colina Firtha, którzy już raz w swojej karierze zagrali małżeństwo, co wyszło im przepięknie, potęgowało ciekawość i niecierpliwość oczekiwania na premierę. Teraz, gdy pierwsze emocje już opadły, najwyższa pora zmierzyć się z pięknym mitem Zanim zasnę, który może i mógłby takim pozostać, gdyby podzielić go na pół.

Christine Lucas (Nicole Kidman) cierpi na amnezję. Codzienne budzi się, nie pamiętając kim jest i nie potrafiąc sobie przypomnieć żadnych wydarzeń z poprzedniego dnia, o bardziej zaawansowanej przeszłości nie wspominając. Mężczyzna o imieniu Ben (Colin Firth), który przedstawia się jako jej mąż, twierdzi, że jej przypadłość spowodowana jest wypadkiem, któremu uległa dziesięć lat wcześniej. Natomiast doktor Nash (Mark Strong), który dzwoni do niej każdego ranka, gdy pan Lucas już wyjdzie do pracy, daje Christine do zrozumienia, że niekoniecznie powinna ufać mężczyźnie, z którym żyje pod jednym dachem. Pragnąc pomóc kobiecie, proponuje jej usługi terapeutyczne, a także ofiaruje minikamerę, na której pacjentka ma relacjonować codzienne wydarzenia, zastrzegając jednocześnie, by nie wspominała o tym mężowi. W miarę upływu kolejnych dni poddawana nietypowej terapii Christine zaczyna doświadczać przebłysków z przeszłości, które pozwolą jej poznać dramatyczną prawdę…

Jeżeli ktoś zniechęcił się tym może nieco zawikłanym wstępem do fabuły, pragnę go uspokoić, że oglądając film Joffé’a w pełni zrozumie schemat dni Christine i niepokój, jakiego bohaterka doświadcza. Zrozumie, rzekłabym, nawet aż za dobrze, ponieważ reżyser momentami nie docenia inteligencji widza, wielokrotnie ukazując bliźniacze wypowiedzi i sceny. Zanim zasnę nie grzeszy błyskotliwą narracją, opierającą się na zręcznym manewrowaniu powtórzeniami, jakie można było spotkać w Na skraju jutra (Edge of Tomorrow, 2014, reż. Doug Liman), w którym bohater grany przez Toma Cruise’a budzi się w nieskończoność w tym samym momencie. I, niestety, to co w filmie Joffé’a z początku sprzyja bezproblemowemu podążaniu za akcją, w pewnym momencie zaczyna nużyć i irytować. Na dodatek, mniemam że również z powodu niedoceniania umysłu oglądającego, twórca od początku wtłacza mu do głowy, że w Zanim zasnę nic nie jest takie, jakim się wydaje. Fakt, sprzyja to namnażaniu się w głowie widza teorii spiskowych i dostrzeganiu w kochającym mężu fałszu, w poczciwym lekarzu przeciwnika z przeszłości, itd. Umysły odbiorców będą zatem pracować aż miło, lecz cóż z tego, skoro poprzez wielokrotne uprzedzanie, że ktoś, a może nawet wszyscy, ukrywają przed Christine prawdę – element zaskoczenia spadnie niemal do poziomu morza, z rzadka tylko wskakując na wyżyny?

Gwoli sprawiedliwości jednak, trzeba przyznać, że wspomniane wyżyny są zręcznie realizowane, dzięki czemu w całkiem udany sposób pełnią funkcję straszaka. Jest taki moment w Zanim zasnę, kiedy widz, odporny na ekranowe gwałtowności czy nie, mocno się wzdrygnie – tak kompletnie poczuje się zaskoczony. Film Joffé’a to także frenetyczna scena, kiedy bohaterka, której zdezorientowanie zbliża się już do granic szaleństwa, idzie ciemnym podwórzem i nie wie nic pewnego na temat człowieka, który czai się w mroku, wiedząc zarazem kim on jest… Urzekać i przerażać jednocześnie może nawracające wspomnienie pewnego hotelu, którego oświetlony jarzeniówkami korytarz sprawia upiorne wrażenie (kojarzy się ze sceną z Lśnienia (The Shining, 1980) Stanleya Kubricka, w której synek bohaterów jeździ samochodzikiem – zabawką po przedpokoju), a pewność widza, że w tym miejscu stało się coś strasznego bynajmniej nie psuje odkrytej w finale prawdy. Na dodatek uczynienie z filmowanego w odrealniony sposób hotelu lejtmotywu stanowi ten rodzaj powtórzenia, który – w odróżnieniu od podobnych poranków Christine – nie nuży i zarazem pełni funkcję informującą, że mgła zalewająca pamięć bohaterki zaczyna się przerzedzać… Z tym że, niestety, wrażenie to zostanie nieco zepsute samym odzyskiwaniem pamięci przez panią Lucas – co obok odkrycia ostatecznej prawdy w produkcji o podobnej tematyce jest przecież najważniejsze – które zostanie przedstawione w sposób płaski, bezbarwny i jak się łatwo domyślić niezrozumiały, bo na zasadzie „tak się stało i kropka”. Jeśli chodzi zatem o meandry ludzkiego umysłu, to specjalnie nie zmądrzejemy, a szkoda, bo temat sam w sobie jest fascynujący i nie wątpię, że wielu sięgnie po ten film niekoniecznie dla Kidman i Firtha, lecz przede wszystkim dla tematyki w nim zawartej. I dla nich seans Zanim zasnę będzie największym zawodem.

A propos Kidman i Firtha: czy tym razem warto ich zobaczyć, czy ich team powtórzył sukces z Drogi do zapomnienia (The Railway Man, 2013, reż. Jonathan Teplitzky)? Niestety, nie do końca, bo podczas gdy Firth w pewnym momencie w zadziwiająco udany sposób oddali się o mile od swojego aktorskiego emploi, czyli typu uniwersyteckiego nauczyciela, sprawiającego wrażenie człowieka, który połknął kij (chociaż w Zanim zasnę jego Ben jest z zawodu… wykładowcą akademickim!), co już z marszu sprawi, że docenimy jego kreację, tak Kidman wypada nieco gorzej. Wprawdzie ona także – dla odmiany fizycznie – zmieni się o 180 stopni, kreując postać zmęczonej, znerwicowanej, niezadbanej, momentami wręcz brzydkiej kobiety, a w wielu momentach poczujemy piekło jej egzystencji, jednak dramatyczny patos, z jakim zagra, będzie drażnił. Odkąd pamiętam, cenię ją jako aktorkę, uważając krytykę pod jej adresem za mocno przesadzoną, jednak w przypadku roli w Zanim zasnę bronić mi jej trudniej, ponieważ tym razem zabrakło w grze Kidman pokory i odpowiedniego pochylenia się nad problemami osób cierpiących na przypadłości podobne do tych, które dotknęły Christine. Krótko mówiąc: aktorka nie weszła w skórę pani Lucas, co zaowocowało teatralnością w negatywnym tego słowa znaczeniu.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Joffé zrobił film w połowie dobry, a w połowie kiepski. Widać, że ma pojęcie, czym jest rasowy thriller i chętnie wspiera się klasycznymi dla tego gatunku scenami, jednak mając dobry zamysł i idąc we właściwym kierunku, nader często zdarza mu się skręcać w stronę łopatologii, niewiarygodności i, co piszę ze smutkiem, niezbyt lotnego dreszczowca klasy B. Przy czym to ostatnie najdobitniej daje o sobie znać w finałowym, obowiązkowym w tego typu thrillerze, starciu negatywnego bohatera z ofiarą, co czyni go przewidywalnym w wręcz przykry sposób. Ukoronowaniem owej przewidywalności są co rusz pojawiające się w kadrze ostre lub ciężkie (uwaga na żelazko!) przedmioty, które po trzech sekundach zostają użyte z zamiarem uszkodzenia przeciwnika. Nie lepsza jest sama końcówka, która sprawia wrażenie oderwanej od reszty filmu. Nie opiszę w jaki sposób odstaje od fabuły, aby nie zdradzić zakończenia, ale o jednym wspomnieć z pewnością mogę, mianowicie, że znów będziemy mieć do czynienia z wrażeniem kiczu i nierealności. I jakkolwiek lubię filmową tandetę i z grubsza rozumiem jej język, tak w tym przypadku nie potrafię jej zaakceptować, ponieważ Zanim zasnę ma wyraźne znamiona obrazu na serio, o czym świadczy chociażby rozbudowywanie postaci Christine w ten sposób, aby widz utożsamiał się z jej dramatem.

Nowy film Joffé’a z pewnością nie jest obrazem ambitnym ani pouczającym. Nie uważam go także za typ masowej rozrywki, którą każdy szanujący się wielbiciel mainstreamu powinien znać. Ale nie mogę odmówić reżyserowi rasowego, bo wysoce enigmatycznego, poprowadzenia męskich bohaterów i faktu, że parę razy porządnie mnie zaskoczył i nastraszył. Ponadto za bardzo udany uważam motyw ze zdjęciami – przypominaczami na ścianie, z których część w pewnym momencie zniknie, co będzie miało wydźwięk równie przerażający, jak migawki zakrwawionej twarzy Christine. Podsumowując, Joffé kręcąc swój thriller słyszał bicie dzwonów, z tym że nie zorientował się, z którego kościoła się ono rozlegało.

5/10

Paulina Stoparek


Zanim zasnę, 2014, prod. Francja, Szwecja, Wielka Brytania, scen. i reż. Rowan Joffé na podst. powieści S.J. Watsona o tym samym tytule, wyst.: Nicole Kidman, Colin Firth, Mark Strong i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu Noir Cafe.

Reklamy

One thought on “Zanim zasnę

  1. Pingback: Arno Strobel – Trakt [Audiobook] | MOONBLOGER

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s