Non-Stop

Czy leci z nami Neeson?

Ostatnio mam nosa do amerykańskiego kina sensacyjnego. Można wręcz powiedzieć, że się z nim przeprosiłam i coraz częściej doceniam produkcje lub koprodukcje tego typu, w które swoje pieniądze wkładają producenci zza Oceanu Atlantyckiego. I nic to, że mainstream wylewa się z nich strumieniami i że od początku mamy przeczucie przynajmniej częściowego happy endu. Najczęściej oglądając właśnie takie produkcje przednio się bawimy, jesteśmy skupieni, a siorbanie coca-coli ustaje w wyniku przejęcia. Pozostaje tylko ekran. W tym sezonie zawładnął nim film Non-Stop w reżyserii Jaume Collet-Serry.

Bill Marks (Liam Neeson) pracuje jako agent federalny, którego zadaniem jest zapewnienie pasażerom bezpieczeństwa podczas rejsów powietrznych. Pewnego dnia do ochrony zostaje mu przydzielony lot linii Aqualines do Londynu. Chwilę po starcie na szyfrowany telefon Marksa, korzystający z federalnej sieci, przychodzi anonimowa wiadomość z żądaniem ogromnego okupu. W razie odmowy terrorysta grozi uśmiercaniem co dwadzieścia minut kolejnych osób znajdujących się na pokładzie samolotu. Federalny podejmuje dramatyczną walkę z czasem w samolocie, który staje się podniebnym więzieniem, gdzie każdy jest podejrzany…

Oczywiście podobne filmy już były, lepsze i gorsze. Z mniej lub bardziej przekonującym, nierzadko problemiastym fighterem jako głównym bohaterem, który ma za zadanie uratować mniejszą lub większą społeczność, w bardziej lub mniej klaustrofobicznym miejscu. Posługując się tym szablonem trudno stworzyć film wybitny czy odkrywczy. Ale można stworzyć obrazdobry i solidny. A do takich dzieł Non-Stop bez wątpienia należy. Główna w tym zasługa przesiąkniętej suspensem i tajemniczością intrygi, której korzenie wyczuwam zarówno w twórczości Agathy Chtistie, jak i Alfreda Hitchcocka. W przypadku pierwszej z tych dwóch osobistości odnajdziemy podobieństwo w nawiązaniu do miejsca o bardzo ograniczonej przestrzeni, w której w chwili morderstwa znajdowali się podejrzani. Przy czym w miarę odkrywania kolejnych kawałków układanki podejrzenie prowadzącego śledztwo co rusz jest przenoszone na kogo innego. Z Hitchcocka natomiast zapożyczone jest niezwykłe napięcie towarzyszące kolejnym scenom, z których na pierwszy plan wysuwają się momenty, kiedy każde kolejne dwadzieścia minut, o którym wspomniałam powyżej dobiega końca. Czy karmienie się, zamierzone czy też nie, twórczością takich tuzów jak Christie czy Hitchcock może skończyć się źle?

Może. Bo na cóż skomplikowana kryminalna intryga i mnóstwo fabularnych zaskoczeń, gdy aktorstwo okaże się beznadziejne? Na szczęście jednak mamy takich aktorów jak Liam Neeson, starych pierwszoplanowych wyjadaczy, spragnionych powiewu świeżości, którzy mimo przynależenia do grupy tak zwanej starszej młodzieży i ugruntowanego emploi uskoczą, na stałe czy na chwilę, w stronę kina akcji i zgodzą się bronić maluczkich. Neeson, rozsławiony na nowo po rolach w Uprowadzonej (Taken, 2008, reż. Pierre Morel) i ostatnich Batmanach, czuje się świetnie w tego rodzaju produkcjach. Nadgryziony zębem czasu, ale nadal bardzo atrakcyjny, idealnie wpasowuje się w rolę zmęczonego długoletnią pracą i osobistymi dramatami faceta, który za często sięga do kieliszka, ale nie jest pozbawiony odwagi i ideałów, jakie federalny z krwi i kości powinien mieć. W Neesonie wspaniałe jest również to, że jego bohater nawet wykonując czynności sprawiające wrażenie absurdalnych – nie jest śmieszny. Może obklejać taśmą ręce podejrzanego, wyrywać ludziom telefony z rąk i czytać osobiste smsy, miotać się i pokrzykiwać, ale jednocześnie będzie w tym wszystkim bardzo przejmujący, bardzo serio, a śmiać się będziemy mieli ochotę raczej z tych, którzy podejrzewać będą, że po raz kolejny nie wylał za kołnierz. Jest jeszcze w irlandzkim aktorze, w jego twarzy, głosie i solidnej sylwetce, coś, co wzbudza sympatię i zaufanie, i taki też jest jego Bill Marks: mocno sponiewierany przez życie, a w swojej pracy bardzo surowy i nieprzewidywalny, ale niezmiennie sympatyczny, pozytywny, z ciepłym błyskiem w oku, z którym pochyla się nie tylko nad małą bohaterką bojącą się lotów, lecz także nad widzem. Lubię Neesona i nie ukrywam, że był on głównym powodem mojego pójścia do kina na Non-Stop. I choć napisałam na początku, że ostatnio mam nosa do amerykańskiego kina – prawdę mówiąc, nosa to mam przede wszystkim do Neesona, którego aktorstwu od lat ufam.

Wspomniałam o ograniczonej przestrzeni filmowej fabuły, czyli o wnętrzu samolotu. Zapewne nie będę oryginalna nadmieniając, że trudno jest na niewielkiej powierzchni stworzyć film akcji zapierający dech w piersiach. Takie umiejscowienie wydarzeń z marszu wyklucza pogonie z bronią w ręku czy imponujące samochodowe pościgi. Jednak Non-Stop bez wątpienia jest filmem akcji, na dodatek bardzo dobrym, a zasługa w tym zdjęć Flavio Martíneza Labiano, którego kamera zagląda dosłownie wszędzie, do cna wykorzystując ograniczoną przestrzeń samolotu. Nie omija schowków na bagaże, szczelin pomiędzy pasażerskimi fotelami, kącika stewardess, kapitańskiego kokpitu, ba – nawet ubikacji, w której ostatecznie także można przyłożyć przeciwnikowi. Jednak nie tylko miejsca i ukryte kąty mają w oku jego kamery znaczenie, lecz przede wszystkim ludzie. Labiano obserwuje wszystkich i wszystko: począwszy od wypełniania przez bohaterów zawodowych obowiązków, poprzez ich reakcje na towarzyszy podróży, na środowiskowych spostrzeżeniach i najbardziej denerwujących cechach postaci kończąc. Twórcy filmu fundują nam zatem obok akcji całkiem ciekawy przestrzał przez różnych przedstawicieli społeczeństwa: od małej dziewczynki po starszą parę, od próżnej młodej kobiety po kapitana miotającego się między słuchaniem Marksa a tzw. góry, od zbuntowanego przeciw rządom „białasa” czarnoskórego chłopaka po półidiotę filmującego wszystko komórką. A właśnie, zapomniałabym. Nie wszystkie zdjęcia będą ukazane po bożemu. Właśnie przez ową komórkę. I samolotowe kamery. Więc pewną realizacyjną oryginalność też odnajdziemy.

Wszystkie wymienione zalety sprawiają, że Non-Stop przełyka się gładko, a obecne w nim napięcie urasta do naprawdę wysokiego i momentami wręcz wyczerpującego poziomu. Jednak owa gładkość filmowego owocu ma kilka pestek, bardzo typowych dla mainstreamowego kina akcji, więc szybko przeze mnie wybaczonych, jednak zaniżających odrobinę moją prywatną ocenę. Mam tu na myśli takie cechy, jak dziury w scenariuszu (tajemnica pierwszej zatrutej strzały), pełen dumy wykład czarnego charakteru na temat swojego dzieła zniszczenia (był na to czas? dziwne), zafałszowanie pewnych faktów (serio federalni nie są przeszukiwani przed wejściem na pokład?) czy nieco naciągany finał z artystycznie wytrzebionym kadłubem samolotu. W pewnym momencie zatem film Collet-Serry niebezpiecznie skręca w stronę sensacyjnej bzdury, jednak w ostatecznym rozrachunku, dzięki Neesonowi i owym podobieństwom na trasie Christie – Hitchcock, wychodzi z tego obronną ręką. Amerykańskie kino rozrywkowe ma się dobrze. Neeson jeszcze lepiej. Warto było wystawić nos zza psychologicznych dramatów z nutą patologii i zobaczyć go w akcji.

7/10

Paulina Stoparek


Non-Stop, 2014, prod.: Francja, USA, Wielka Brytania, reż. Jaume Collet-Serra, scen.: John W. Richardson, Christopher Roach, Ryan Engle, wyst.: Liam Neeson, Julianne Moore i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/non-stop/.

Reklamy

One thought on “Non-Stop

  1. Pingback: Nocny pościg | MOONBLOGER

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s