Nina George – Lawendowy pokój

Magiczna podróż

Przesyłka pachniała lawendą. Pięknie, naturalnie i świeżo. Otwarłam kopertę, a zapach rozprzestrzenił się po całym pomieszczeniu. Uśmiechnęłam się widząc skromny, ale przemiły prezent od Wydawnictwa Otwartego w postaci kadzideł z naturalnym olejkiem lawendowym. Odpłynęłam widząc okładkę najnowszej powieści Niny George, Lawendowy pokój, również ich zapachem przesiąkniętej. A otworzywszy książkę przepadłam już po kilku pierwszych przeczytanych stronach, bowiem poczułam się, jakby autorka przeniosła mnie do świata tytułowej bohaterki filmu Amelia (2001) Jeana-Pierre’a Jeuneta – obfitego w różnej maści dziwaków, pełnych śmieszności i natręctw, ale o dobrych sercach i poczciwych duszach, którym aż prosi się wskazać właściwą życiową drogę, tak aby nareszcie byli szczęśliwi.

Główny bohater Lawendowego pokoju, Jean Perdu, jest właścicielem księgarni umieszczonej na przycumowanej na Sekwanie barce rzecznej, słynnej na cały Paryż Apteki Literackiej. Leczy książkami niczym homeopata składnikami zawartymi w darach natury. Patrzy ludziom w oczy, pyta o kilka spraw i już wie, jakie książki do nich pasują i w jak dużej ilości stron na dobę należy je przyjmować. Posiada szósty zmysł, ogromną wrażliwość i, rzecz jasna, olbrzymią literacką wiedzę, która pozwala mu przez właściwy dobór literatury zaradzać czytelnikom na ich małe i większe problemy. Jednak sam nie potrafi się uporać z własną traumą od ponad dwudziestu lat. Dopiero spotkanie z Catherine, która wprowadza się do mieszkania naprzeciwko, sprawia, że skorupa, która uczyniła z Jeana niejako człowieka bez właściwości, zaczyna pękać…

Określenia „człowiek bez właściwości” nie użyłam przypadkowo. Autorka od pierwszych słów swojej powieści właśnie w ten sposób stara się bohatera przedstawić. Nagminnie pisze o nim „pan Perdu”, tudzież po prostu używa samego nazwiska (bohater nie myśli o sobie imiennie, boi się wymówić słowo „Jean” nawet w myślach), a jego niemłode już, chociaż nadal szczupłe i zdrowe ciało, umieszcza w bezpłciowym mieszkaniu prawie zupełnie pozbawionym mebli, w którym nie uświadczymy żadnych pamiątkowych przedmiotów, za to zauważymy produkty żywnościowe ustawione w porządku alfabetycznym; natomiast ubiera go w przepisowo wręcz nudne, wiecznie takie same ubrania (Jean ma kilka bardzo podobnych koszul i marynarek, które nosi na zmianę). Ponadto, bohater wykreowany przez George, stara się nie jeść zbyt smacznych potraw ani nie przebywać wśród wyrazistych zapachów, aby nie pobudzać zmysłów, które pragnie pozostawić uśpione. Jak łatwo się domyślić, nie stał się taki bez przyczyny. Jednak, aby nie zdradzać za wiele, pominę szczegóły powodów dziwacznego zachowania Jeana i enigmatycznie napiszę tylko to, co można przeczytać na okładce, mianowicie, że do takiego stanu rzeczy przyczyniło się odejście bardzo ważnej dla niego kobiety. Kim była, czemu odeszła, co się z nią dzieje po ponad dwudziestu latach, czy ona i Jean jeszcze się spotkają? Na te pytania oczywiście nie odpowiem, a zarazem przekornie napiszę, że niekoniecznie słusznym posunięciem jest je sobie zadawać, ponieważ odpowiedzi na nie – nie są wiodącym sensem wypływającym z powieści George. W przypadku Lawendowego pokojubowiem okładkowy opis nie tyle oszukuje, co pomija najważniejszą część fabuły, a mianowicie… podróż!

Podróż Jeana i paru dziwaków, których spotyka na swej drodze i którzy co jakiś czas, podczas rejsu na południe Francji, będą się wymieniać tudzież dokooptowywać, zajmuje potężną część książki i zmienia życie ich wszystkich. Lawendowy pokój zatem, to nie tylko jak po pierwszych kilkudziesięciu stronach może się wydawać, rzecz o samotnym mężczyźnie, jego książkowym uleczaniu, oryginalnych sąsiadach i – jak głosi okładka – „o miłości, która przywraca do życia”, lecz także powieść drogi pełną gębą i mimo sporej dozy liryzmu w niej zawartej, przygodą obfitującą w wiele dających do myślenia przystanków. Oczywiście, jak większość wojaży, także i ten ma swój cel, jednak zdecydowanie ważniejszą rzeczą niż osiągnięcie przez bohatera pewnego punktu na mapie jest – jak często w przypadku powieści czy filmu drogi bywa – odnalezienie drogi do samego siebie, do tego, aby ów człowiek bez właściwości, który go poskramia, stał się istotą czerpiącą z życia pełnymi garściami.

George nie stara się walczyć z powyższymi konwencjami, jednak mimo poprawności względem nich, jej powieści nie można odmówić oryginalności, począwszy od wehikułu podróżniczego w postaci barki z klimatyczną księgarnią na pokładzie, poprzez bardzo liryczne i pieczołowite opisy stanów duszy i uczuć, a skończywszy na swoistej magii, która Lawendowy pokój cechuje. Zanim zaczęłam pisać ten tekst, miałam zamiar użyć w tym miejscu słów ”realizm magiczny”, jednak zdecydowałam się na samą „magię” z tego względu, aby nie zostać źle zrozumianą, wszak nurt, w którym pławił się Marquez, oparty był bardziej na mitach niźli literackich fabułach, którymi w „leczeniu” swoich klientów wspiera się Perdu. Ponadto czarowność książki George przejawia się we wspomnianym już „ameliowym” klimacie. Podobnie jak w filmie Jeuneta, w Lawendowym pokoju spotkamy starą kamienicę umiejscowioną przy klimatycznej uliczce w mniej uczęszczanej części Paryża, jeden sklepik na rogu, który oczywiście będzie prowadził kłótliwy sąsiad bohatera, klimat starych listów, tajemnic, zakurzonych książek i dziwacznych miejsc… Będą też ocierające się o łydki i wskakujące na kolana koty, czarowne barwy i zapachy i przepiękne widoki. W kreowaniu tego typu atmosfery i zniewalających plenerów jest zresztą George prawdziwą mistrzynią i potrafi nawet nieświadomego piękna francuskiego południa czytelnika wprowadzić w świat wiekowych willi, winnic, sadów i upalnych nocy, podczas których do snu kołyszą odgłosy cykad tak, by poczuł magię tych miejsc.

Niestety, obok barwnych opisów lokalizacji i krajobrazów, autorka przesadnie koloruje wypowiedzi i myśli bohaterów, które nader często sprawiają wrażenie oderwanych od ziemi. Momentami George zagalopowuje się do tego stopnia, że zaczyna przypominać swoim operowaniem życiowymi mądrościami, wkładanymi w umysły i usta postaci styl pióra Paulo Coelho, czego pochwalić nie mogę, ponieważ wyjątkowo mocno tego pisarza nie trawię. Prawdy, które autorka przekazuje, są też nierzadko nieco napuszone i natrętne, zupełnie jakby pisarka uważała, że ma monopol na słuszność. A dojrzałego czytelnika i uformowanego psychicznie człowieka niełatwo zaangażować tego typu wykładami. Przyznam zatem, że nie porwał mnie opis ponaddwudziestoletniej miłości dojrzałego mężczyzny do kobiety, dla której życie pełną piersią oznaczało także nieumiejętność dochowania wierności ukochanemu. Nie trafiła też do mnie zmiana uczuciowa, jaka natychmiastowo zachodzi w porzuconej przez męża bohaterce ani błyskawiczny wybuch uczuć pewnego kucharza, jednego z współpodróżników Jeana. Rozumiem wprawdzie, co chciała autorka osiągnąć tak skonstruowaną fabułą, mianowicie unaocznić potęgę uczuć i sens życia „na całość” czerpanego także ze zwierzęcej niemal prymitywności, podobało mi się też symboliczne tego ukoronowanie w postaci świadomej swojej kobiecości bohaterki po mastektomii chodzącej nago przy rodzicach i gościach, jednak z powodu używania przesadnie lirycznego i przemądrzałego, a przez to sztucznego, języka porywów dusz bohaterów – w niektórych momentach Lawendowy pokój wydał mi się naiwny, by nie powiedzieć infantylny.

Jednakże byłabym hipokrytką, gdybym odmówiła George talentu, bowiem mimo pewnej pretensjonalności pióra, bezsprzecznie stworzyła ona iście czarowny świat, świetnie zarysowanych bohaterów i piękną historię opowiadającą nie tylko o miłości. Autorka bowiem potrafi porzucić wspomnianą wyżej przesadność opisu i z pokorą podjąć temat potrzeby bliskości, przyjaźni, troski, twórczego zastoju, a nawet ciężkiej choroby i śmierci. Przede wszystkim jednak umie zjawiskowo i mądrze pisać o różnorodnych książkach, począwszy od Gry o tron George’a R.R. Martina, poprzez Drakulę Brama Stokera, a na Stopniach Hermanna Hessego skończywszy. Monetami czyni to w sposób zabawny, innym razem na serio, ale zawsze z ogromnym sercem. Gdyby zatem Apteka Literacka istniała naprawdę, Jean Perdu z pewnością polecałby Lawendowy pokój na awersję do literatury. A także na nieufność, hipochondrię, nieśmiałość i parę innych utrudniających życie cech. Myślę, że Nina George, pisząc swoją powieść, miała tego świadomość.

6/10

Paulina Stoparek


Nina George, Lawendowy pokój, przeł. Paulina Filippi-Lechowska, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2014.

Za książkę dziękuję 

Reklamy

2 thoughts on “Nina George – Lawendowy pokój

  1. I właśnie na taki pełen czarów świat liczę w tej książce. Czytałam już kilka recenzji, ale Twoja jest najlepsza, dotyka wszystkich punktów, które mnie interesują. Teraz mam jeszcze większą ochotę na tę powieść.

    Polubienie

  2. Miałam przyjemność czytać tę powieść, również dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Bardzo mi się podobała, o czym rozpisałam się m.in w mojej recenzji (która nie umywa się do Twojej). Polecam tę książkę komu tylko mogę. Żałuję, że taka Apteka nie istnieje naprawdę. Z chęcią przekroczyłabym jej progi 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s