Marek Krajewski – Liczby Charona

Mariaż mitologii z matematyką

Marek Krajewski to mężczyzna, który spędza mi sen z powiek i z powodu którego zapominam o jedzeniu. Liczby Charona, jego jedenasta powieść, a trzecia z kolei, którą miałam przyjemność przeczytać, jest –  podobnie jak Widma w mieście Breslau i W otchłani mroku – absorbująca, fascynująca, zmuszająca umysł do wysiłku i odpychająca przez momentami skrajny naturalizm zawartych w niej opisów. Przy czym to ostatnie wcale nie jest wadą, wprost przeciwnie – urasta do miana geniuszu.

Lwów, rok 1929. Czterdziestotrzyletni komisarz Edward Popielski z powodu swojego niewyparzonego języka został zwolniony z policji. Klepie biedę, udziela korepetycji często bardzo niewdzięcznym uczniom, dopada go melancholia… Nagle te wszystkie negatywne doświadczenia przerywa pojawienie się dawnej uczennicy, która angażuje go do odnalezienia swojej chlebodawczyni, a przy tym bohater z miejsca traci dla niej głowę. Jednocześnie Lwów nawiedza morderca nazywany przez stróży prawa Hebraistą, z racji pozostawiania przy ciałach swych ofiar listów pisanych po hebrajsku. Mimo zaangażowania w prywatne śledztwo Popielski, absolwent filologii klasycznej, który dawnymi językami jest zafascynowany, widzi w tym szansę dla siebie na powrót w szeregi policji. Zresztą dość szybko, na prośbę swojego mundurowego kolegi, nieoficjalnie staje się w sprawie Hebraisty konsultantem. Rychło okaże się, że zagadka jest niezwykle skomplikowana, a jej patronką będzie królowa wszystkich nauk – matematyka.

Ponieważ powoli zaczynam się uważać za wierną czytelniczkę książek Krajewskiego, od razu nasunęło mi się na myśl pewne podobieństwo Liczb Charona do W otchłani mroku, w której to powieści również zazębiają się ze sobą problematyka humanistyczna z twierdzeniami nauk ścisłych. W przypadku Liczb jednak nie tyczy się to swojego rodzaju walki o niedoświadczone umysły, lecz o samą intrygę, mocno zanurzoną zarówno w filologii klasycznej, jak i w matematyce. Zresztą, już sam tytuł zapowiada tę dwoistość, bowiem jak wiadomo Charon w mitologii greckiej był przewoźnikiem dusz zmarłych przez rzekę Styks, a mniemam, że słowa „liczba” nie muszę nikomu wyjaśniać. Z lektury W otchłani mroku wiem, że Krajewski ma ogromny szacunek dla naukowców, których zainteresowania i umiejętności są zarówno ścisłe, jak i humanistyczne. Zresztą, zważywszy na swoje wykształcenie (filolog klasyczny i specjalista w zakresie językoznawstwa łacińskiego), jak i na dokładnie wyliczone i, jak wspomniałam powyżej, inspirowane ścisłymi naukami intrygi obecne w swoich powieściach – sam autor bez wątpienia się do nich zalicza.

Skupiając się już wyłącznie na przeczytanej przed momentem powieści czuję konieczność nadmienienia, że nasz rodzimy pisarz wprost iskrzy pomysłowością i intelektem, bowiem Liczby są książką z niezwykle skomplikowaną i bardzo przemyślaną intrygą, która musiała kosztować jej twórcę mnóstwo pracy i w której kryminalne śledztwo to tylko pretekst do kipiących erudycją wykładów: z hebrajskiego, z wyższej matematyki, z mitologii, z filologii klasycznej, z Biblii pisanej w różnych językach. Udzielają się tutaj wspomniane doświadczenia Krajewskiego z poprzedniego, katedralno-wykładowczego zawodu, jak i z jego wielkiej czci dla matematyki. Książka obfituje w łacińskie zwroty, matematyczne działania, a niektóre strony dość licznie zapełniają tabelki tak potrzebne do zrozumienia całej intrygi. I mimo, że to pierwsze nie zawsze jest konieczne – bo łacińskie wtręty robią tutaj wszyscy, nawet ci, którym życie uniwersyteckie jest kompletnie obce – tak nauczyłam się już na tyle język Krajewskiego akceptować, że mi to w zupełności nie przeszkadza. W Widmach w mieście Breslau mnie to drażniło – teraz to szanuję, mimo czasem jaskrawej niepotrzebności. Niech się chwali pan Marek swoją erudycją, niech nawiązuje do swoich pasji i poprzedniego zawodu. To mu nie tyle nie szkodzi, ile odbija na jego twórczości swojego rodzaju firmowy znak Made by Krajewski. Znak, który, przynajmniej mnie, uczy pokory.

Mimo pewnej uniwersyteckości prozy, Liczby nadal pozostają pełnokrwistym kryminałem, w którym znajdą się miejsca na ofiary, okrutne śmierci i na mordercę, który jak na swój „status” przystało jest odpowiednio inteligentny, próżny i szalony. Mimo łatki retro, którą Krajewskiemu chyba na wieki już przypięto, nie odnajdziemy w powieści złagodzenia obyczajów czy ustanowienia jakiejkolwiek cenzury. I tak jak uświadczymy bohaterów ze światka nauki pięknie się wyrażających, tak i znajdziemy w niej okrutników i prostaków, „pełzających w gnojowicy niczym ludzkie glisty”. Mistrzostwem tej arcyohydnej postaciowej kompozycji okaże się biegający z odsłoniętymi genitaliami i „strzykający” spermą w dziurkę od klucza w drzwiach pokoju pięknej kobiety hrabia Bekierski. Piękne to wszystko jest w swojej obrzydliwości, brudne, dekadenckie, straceńcze. Proza Krajewskiego wprost kipi ohydą zatopioną w wyszukanym, finezyjnym i nieco staroświeckim języku. Nie można się od tego oderwać, mimo niespokojnego wiercenia się w fotelu, mimo krwi szumiącej w uszach, mimo kręcenia głową i podświadomej niechęci przyswajania sobie tego, co czytamy… Nie wiem, czy istnieje w Polsce pisarz, który jest w stanie lepiej uchwycić zło ludzkiej natury, który nawet ze szlachetnych umysłów swoich bohaterów potrafi wyciągnąć mrok, i który robi to tak, że w to zło i w ten mrok całkowicie wsiąkamy…

Wsiąkamy także w klimat miejsc, po których Krajewski nas oprowadza, czyli przede wszystkim po Lwowie końca lat 20., po klimatycznych uliczkach, po których ciągle jeżdżą dorożki, po śmierdzących wewnątrzkamienicznych podwórkach, zadymionych klubach i restauracjach, i najrozmaitszych mieszkaniach, nierzadko bardzo trafnie odzwierciedlających naturę ich właścicieli. Wrocławski pisarz niezwykle plastycznie opisuje odwiedzane przez bohaterów przybytki, dołączając do nich działające na kubki smakowe dania w nich serwowane, bród je pokrywający czy zapach w nich się unoszący. A czytelnikowi nie pozostaje nic innego jak iść w ten skrupulatnie odmalowywany topograficznie i historycznie świat pełen wydłużonych nocą cieni i zdradliwego blasku słonecznego za dnia, który to blask doprowadza głównego bohatera do ataków padaczki fotogennej.

Edward Popielski, który z racji swojej przypadłości funkcjonuje głównie nocami, nie jest jednak żadnym wampirem ani demonem, chociaż określenie jego fizjonomii jako demonicznej jednokrotnie w Liczbach pada. Były policjant to mężczyzna z krwi i kości, nie wahający się mścić się na tych, którzy go poniżyli, przyłożyć tym, którzy wchodzą mu w paradę i zabiegając o tę, którą sobie wybrał. Jest ludzki i po ludzku uczciwy, czyli uczciwy nie zawsze. Jednak zadziwiające jest to, jak w przesiąkniętej złem atmosferze otaczającego go świata zachowuje czystość uczuć. Gdy mu na czymś zależy, analizuje to z każdej strony, dając się pochłaniać często przesadnym i paranoicznym myślom. Jest przewrażliwiony na punkcie nie tylko czystości butów, lecz także tego, co pomyśli ukochana na temat jego nieco zaniedbanego ciała. Spora doza okrucieństwa i bezwzględności jest w nim wymieszana z romantyczną duszą, momentami wręcz kobiecymi kompleksami i zmysłowością, która wprawdzie tylko jednokrotnie, ale w jakże żarliwej scenie erotycznej się w Liczbach przewija. Ma więc Popielski to, co najbardziej interesujące w ludziach prawdziwych, a nie zawsze obecne w postaciach fikcyjnych, mianowicie wnętrze pełne sprzeczności, odmalowane w bardzo przekonujący sposób, czy to za pomocą wewnętrznych monologów, prywatnych wspomnień, czy poprzez opisywanie jego czasem tak podobnej do słonia w składzie porcelany, nieporadnej, ale bardzo seksownej męskości.

Jest jeszcze u Krajewskiego coś, o czym wspomnieć muszę i co zarazem będzie dość kontrastowym epilogiem do tego, co powyżej. Mianowicie mimo mrocznego klimatu i grona postaci, u których na pierwszy plan wysuwa się jest zło, są Liczby Charona powieścią momentami zjawiskowo zabawną w bardzo szczególny i finezyjnie wyartykułowany sposób. Nie wiem, czy pan Marek robi to specjalnie, czy po prostu wychodzi mu to niejako przy okazji, ale to, jak układa często paskudne opisy w związki frazeologiczne i zdania w rozbrajająco śmieszne całostki, zasługuje na pisarski złoty medal. Ot, chociażby taki opis mieszkania pewnego brudasa czy tejże postaci dłubania w nosie. Niby nic, a Krajewski robi z tego komiczny majstersztyk! Ta śmieszność wśród okrucieństw daje odetchnąć od wypełzającego zewsząd mroku, od brutalnych mężczyzn, występnych kobiet, szalonych morderców. Jest zaskakującym kontrastem względem czarnej duszy lwowskiego przestępczego światka, podobnie jak książkowy epilog, rozgrywający się w czasach współczesnych i w niespodziewany sposób z całą opowieścią powiązany… Lubię te zakończenia u Krajewskiego. A jego samego coraz bardziej cenię. W Polsce mamy paru naprawdę zdolnych pisarzy. Pan Marek bez wątpienia do nich należy.

8/10

Paulina Stoparek


Marek Krajewski, Liczby Charona, Znak, Kraków 2011.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu

Tekst ukazał się na portalu Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/liczby-charona/.

Reklamy

2 thoughts on “Marek Krajewski – Liczby Charona

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s