Sin City 2: Damulka warta grzechu

Bo to zła kobieta była…

Nie do końca mają rację ci, którzy porównują film Sin City 2: Damulka warta grzechu (Sin City: A Dame to Die For, 2014) Roberta Rodrigueza i Franka Millera do odgrzewanego kotleta. Pod względem realizacyjnym owszem, jest bliźniaczo podobny do starszego o dziewięć lat brata, jednak w przypadku rozłożenia akcentów damsko-męskich i ilości odtwórczej ironii postaci, możemy zauważyć wyraźne różnice. To już nie jest film-komiks na serio, lecz przerysowany komiks przełożony na ekran. I zarówno jedno, jak i drugie jest fascynujące.

Nowa odsłona Miasta Grzechu, to ponownie kilka historii, a łączący je supeł mieści się w jednym z pijacko-rozrywkowych przybytków, spelunce Kadie’s, której niekwestionowaną gwiazdą jest tancerka Nancy (Jessica Alba), poznana przez widzów dziewięć lat temu. Jednak poczuwam się w obowiązku zaznaczyć, że umieszczanie fabuły Damulki wartej grzechu w jakimkolwiek czasie, w większości przypadków, mija się z celem, ponieważ twórcy zafundowali widzom pewne akrobacje czasowe, które bardziej zaznajomieni z komiksami Millera zauważą, a ci, którzy znają Sin City tylko z kina, już niekoniecznie. Mamy co prawda retrospekcje i monologi wewnętrzne głównych bohaterów danych historii, jednak co rusz będzie ogarniać nas wrażenie, że opowieści Rodrigueza i Millera są niejako zawieszone w czasie i ich chronologia niezawsze ma znaczenie. Trafnie to ujął mój redakcyjny kolega i autor bloga filmowego Po napisach, Patryk Karwowski, pisząc, że widz zostaje wrzucony w narrację, która już trwa i w której „akcja rodzi reakcję, od razu i najczęściej bez planu”[1], a widz aby cieszyć się seansem, musi to zaakceptować, bez względu na poczucie zagubienia i dezorientacji.

Powróćmy jednak do fabuły – a raczej czterech opowieści – i jej bohaterów. Film rozpoczyna wątek Marva (Mickey Rourke), który jest swoistym symbolem ostatniego sprawiedliwego w tytułowym mieście. Przy czym sprawiedliwość w jego wydaniu oznacza uśmiercanie nieuczciwych i chamów, a oszczędzanie w miarę nieszkodliwych – powtarzam: w miarę, ponieważ w Sin City nikt nie jest bez winy – obywateli. Następnie poznajemy Johnny’ego (Joseph Gordon-Levitt), który grając w pokera lepiej od nieprzyznającego się do niego skorumpowanego ojca, senatora Roarka (Powers Boothe), chce stanąć z nim w karciane szranki i go upokorzyć. Ważną rolę w nowej odsłonie Miasta Grzechu, dużo bardziej złożoną niż przed laty, odgrywa wspomniana już Nancy, która pragnie zemsty za śmierć ukochanego Hartigana (Bruce Willis), który z kolei – jako obecny przy niej duch – bezradnie patrzy jak jego kobieta zapija się na śmierć, nie mając odwagi wprowadzić swoich planów w życie. Czwartą i najważniejszą historią, którą nie bez powodów zostawiam sobie na koniec, jest ta opowiadana przez Dwighta (Josh Brolin), którego względny spokój zostaje zburzony przez powrót do jego świata dawnej kochanki, Avy (Eva Green), obecnie pani Lord, proszącej go o pomoc w uwolnieniu jej z pazurów rzekomo diabolicznego męża (Marton Csokas). Wspominam o tym wątku na końcu, nie tylko dlatego, że do niego nawiązuje tytuł filmu, lecz także z powodu jego rozwinięcia na tle pozostałych, a także serwowania za jego pomocą najbardziej odczytywalnego przejawu noir jaki ma miejsce w nowej odsłonie Sin City, czyli femme fatale, do czego wrócę jeszcze za moment.

Powszechnie znanym faktem jest, że wspominane tutaj komiksy Millera i ich ekranizacje posługują się konwencją czarnego kryminału. Mocno noir była już część pierwsza, a o drugiej było wiadomo, że jest kontynuacją tego stylu, długo przed polską premierą, dzięki gniewnym pomrukom amerykańskich krytyków i widzów narzekających na wtórność. Tymczasem jak wieść niesie, polscy widzowie nową odsłonę Miasta Grzechu akceptują i zapełniają sale kinowe właśnie po to, aby ową wtórność ponownie za pomocą nowej historii zobaczyć. Z tym że, jak już wspomniałam, ów odgrzewany kotlet nie do końca nim jest. Owszem, ponownie mamy do czynienia z konwencją czarno-białych obrazów, z okazyjną domieszką jaskrawych kolorów akcentujących oczy, usta, sukienkę czy talię kart, a momentami nawet cale sylwetki, ponownie otrzymujemy to, co Miller i Rodriguez doprowadzili do perfekcji przed laty, czyli  komiksowe plansze, które się poruszają, obie odsłony Sin City bowiem nie tyle są ekranizacjami komiksów, co komiksami przeniesionymi na ekran niemal DOSŁOWNIE. To, co na papierze byłoby ukazane za pomocą komentarzy umieszczonych w rogu obrazka, w filmie jest monologiem wewnętrznym narratora, z kolei dialogi między bohaterami są zwięzłe i ostre jak trzaśnięcia biczem, niczym bezpośrednio przeniesione z komiksowych dymków. Nie brak też czarnego humoru, cynizmu i pełnych ironii odzywek, nierzadko brzmiących świadomie sztucznie i na pokaz. Co jednak ponownie najbardziej uderza mimo faktu, że konwencję tę znaczna część kinomanów już zna, to kadry, które przypominają postmodernistyczne, ale gustowne postery. W jakimkolwiek momencie zażyczymy sobie bowiem seans zatrzymać – otrzymamy kadr doskonały z hipnotycznym wręcz zastosowaniem światłocienia.

Zatem, powtórzę, wtórność formy jest w Damulce jak najbardziej obecna, jednak rozłożenie akcentów i sposób gry aktorskiej już inny. Osoby biorące udział w tym przedsięwzięciu wyraźnie miały świadomość, że widzowie przygotowani pierwszą odsłoną Sin City na wiadomą konwencję idąc do kina na sequel będą chcieli zobaczyć to, co znają, z nieco innej strony, a może i dosadniej. I w moim mniemaniu dokładnie to zostało im dane. Aktorzy wyraźnie dobrze się bawią i grają z przymrużeniem oka w pełni świadomi karykaturalności swoich postaci i tego, że czas Sin City na serio zakończył się dziewięć lat temu, kiedy to widzowie zobaczyli coś, czego wcześniej nie było. Teraz przyszli do kin, aby po prostu dobrze się bawić w konwencji, która nadal zachwyca, ale nie ma już znamion magii. Ponadto, w Damulce tak znane z pierwszego Sin City męskie akcenty, jak siła i determinacja, w dużej mierze zostały przeniesione na kobiety, które zagarnęły dla siebie przynajmniej połowę filmu. Przynajmniej, ponieważ warto zaznaczyć, że opowieść o tytułowej damie jest obecna na ekranie nawet wówczas, gdy twórcy opowiadają o Johnnym czy Marvie. Co wcale nie znaczy, że aktorzy wcielający się w ich role grają słabo. Nie! Rourke w obrzydliwej „bokserskiej” charakteryzacji wręcz przytłacza ekran, a Gordon-Lewitt wyraźnie świetnie bawi się wraz ze swoim bohaterem. Natomiast wszechobecność fabuły z Avą w roli głównej spowodowana jest niezwykłym magnetyzmem jej postaci. Eva Green nie tyle bowiem wciela się w femme fatale, ile staje się nią do szóstej potęgi! Mimo wyniesionej z trailerów świadomości wewnętrznego i nieposkromionego zła jej bohaterki nawet ja z początku dałam się nabrać na jej zwierzenia, które głosem zmęczonej i zawiedzionej życiem królewny wypowiada w stronę Dwighta. Mało tego! Green została wystylizowana do granic i tak też jest fetyszyzowana. „To jest spektakl”, powie jeden z bohaterów o jej relaksie w przydomowym basenie, patrząc na jej niemal białe w blasku księżyca piersi, podświetlone bladą poświatą niebotycznie długie nogi i na łono ukryte w półmroku, lecz równie mocno obecne jak jej zaakcentowane na czerwono usta czy wściekle zielone oczy. Gwarantuję wam, że takiej femme fatale jeszcze nie widzieliście i mimo, że na wielu mężczyzn równie mocno, a nawet bardziej, może działać Rita Hayworth w wieczorowej sukni, nieznośnie wolno zsuwająca z przedramion rękawiczki w Gildzie (1946, reż. Charles Vidor), niż rozebrana do rosołu Green jako Ava, tak to właśnie pani Lord po prostu ich zawstydzi. Ponadto ci, którzy mieli okazję obejrzeć 300: Początek imperium (300: Rise of an Empire, 2014, reż. Noam Murro) z pewnością będą mieli podobne wrażenie odbiorcze jak w przypadku postaci Artemizji, również przez tę aktorkę zagranej. Tamta morska wiedźma bowiem była tak samo wszechobecna w całym filmie jak Ava w Damulce, nawet gdy nie brała udziału w danej scenie. Nie mam już wątpliwości, że Green z filmu na film błyszczy coraz bardziej, a Bernardo Bertolucci zrobił przysługę filmowemu światu, wybierając ją do obsady Marzycieli (The Dreamers, 2003) i w ten sposób prezentując jej talent i magnetyzm całemu światu.

Wracając do tematu rozłożenia akcentów, podczas gdy w pierwszym Sin City kobiety były – nie licząc samowolnej bandy prostytutek – głownie maskotkami mężczyzn, tak w drugim są siłą sprawczą i ulegają mrożącej krew w żyłach przemianie. To ostatnie dotyczy zwłaszcza Nancy, która w pewnym momencie przeistoczy się w chodzący pomnik bogini zemsty. I nieważne, że nie do końca zrozumiemy jej przemianę, konwencja komiksu pozwoli nam to zaakceptować, Miasto Grzechu rządzi się przecież swoimi absurdalnymi prawami, a brzydota i występek urastają w nim do miana fascynującego piękna.

Jednak nie tylko panie są w Damulce karykaturalnie mocno zaakcentowane. W ten sposób jest również ukazana konwencja noir, a raczej przerysowane, momentami nawet groteskowe, do niej nawiązywane. Plugawe miasto, wyłącznie nocne przemoknięte i parne zarazem plenery; senator, który zepsuciem na twarzy dorównuje Noahowi Crossowi (John Huston) z Chinatown (1974) Romana Polańskiego; narkotyk bez krępacji zaserwowany w żyłę, aby powstrzymać pijackie drżenie rąk; nieuczciwy gliniarz, wszechobecne spluwy, śliniący się obrzydliwi faceci patrzący na wijące się ciało Nancy… Dużo tego. Wielbiciele gatunku będą mieli przednią zabawę, a mniej świadomi widzowie również bez problemu wychwycą „czarne” akcenty. Co jednak wydaje mi się ważne i postawione w kontraście względem filmów kryminalnych z lat 40. ubiegłego wieku, to fakt, że tutaj do głównego bohatera nie przychodzi ktoś z pozoru niewinnym zleceniem dla wywiadowcy, które dopiero po czasie okazuje się zanurzoną w plugastwie historią. W przypadku Sin City bowiem i my, i postacie cały czas mamy z tyłu głowy myśl, że tutaj nic nie jest bez skazy. I nawet jeśli z początku będziemy mieli ochotę się łudzić, już po kilku minutach dostaniemy mocnego kopniaka w krocze aż nazbyt dosadnie informującego, że w Mieście Grzechu grzeczni chłopcy i dziewczynki zanim się spostrzegą – zginą.

Na zakończenie wspomnę jeszcze o pewnej ciekawostce. Mianowicie świadomie lub nie, reżyserski duet użył w Damulce symboliki oczu jako prawdziwego obrazu duszy. Narządy wzroku w Sin City 2 nienaturalnie wręcz błyszczą, a u Avy, Marva i pomagiera pani Lord, Manute’a (Dennis Haysberth) przybierają kolor wówczas, kiedy odsłaniają oni swoje autentyczne oblicza. I nie dajmy się zwieść temu, że oko ostatniego wymienionych bohaterów jest metalowe (ze złota?). To przecież mieszkaniec Miasta Grzechu, w którym największy absurd może się stać uświęconym mitem.

Karykatura, zwielokrotnienie, kicz, magnetyzm, wręcz bezwstydna świadomość formy – to wszystko odnajdziemy w nowej odsłonie Sin City. Jeśli damy się porwać, zakończymy seans kręcąc z podziwu głową i z adrenaliną w żyłach. Jednocześnie będziemy też świadomi, co może się w dziele Millera i Rodrigueza nie podobać. Damulka nie jest filmem dla każdego, świat w niej przedstawiony w żadnym znaczeniu tego słowa nie jest normalny, i gdyby tak wyglądało przeciętne dzieło kinematograficzne, widzowie z pewnością byliby taką stylizacją zmęczeni (sama byłam ostatnimi dwudziestoma minutami nieco znużona). Ale od czasu do czasu, zdecydowanie polecam się tak „pobrudzić”, sprawdzić własną znajomość konwencji, a także głęboko pokłonić się tym, którzy mieli na tyle wielką wyobraźnię, by stworzyć wyjątkową jakość – komiks ruchomy.

7/10

Paulina Stoparek


[1] Patryk Karwowski, http://www.noircafe.pl/sin-city-2-damulka-warta-grzechu/ (17.09.2014).


Sin City 2: Damulka warta grzechu, 2014, prod. USA, reż. Robert Rodiguez i Frank Miller, scen. Frank Miller, wyst.: Eva Green, Mickey Rourke, Jessica Alba i in.

Za seans dziękuję images

Tekst ukazał się na portalu kulturalnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/sin-city-2-damulka-warta-grzechu-3/.

Reklamy

One thought on “Sin City 2: Damulka warta grzechu

  1. Świetna recenzja. To niby tylko kino rozrywkowe a jednak doskonale nadające się do interpretacji i długich rozmów.

    „Mianowicie świadomie lub nie, reżyserski duet użył w Damulce symboliki oczu jako prawdziwego obrazu duszy”. Tutaj zapewne było o wiele więcej takich zabiegów. Właśnie sam kolor i jego użycie w niektórych scenach, przy niektórych postaciach, mógł zastanawiać. Dziewczyna, która towarzyszyła przy grze w kości, pokryta kolorem, zdawała się być strasznie naiwną w tym zdeklarowanym na „zło” świecie. Może dlatego posiadała „jeszcze” barwę?

    Tak czy siak, jest to tytuł, który na pewno sobie sprawię wraz z premierą DVD.

    Dziękuje za wzmiankę o moim blogu. Miło :).

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s