Tajemnica Filomeny

Podróż życia starszej pani

Jak ja kocham takie kino! Skromne w realizacji, bez nachalnej blockbusterowości pełnej kolorów i efektów, z idealnie wyważonym scenariuszem, w którym znajdzie się miejsce i dla głębokiego dramatu, i dla ludzkich śmieszności, z klimatycznym tłem starych budowli pełnych mrocznych tajemnic i z podziwu godnym wygraniem przez aktorów swoich postaci, do których mimo ich słabości i wad czujemy sympatię. Tajemnica Filomeny (Philomena, 2013), najnowszy film Stephena Frearsa, jest właśnie przykładem takiego kina, które w zapada w pamięci, wzrusza i bawi jednocześnie, ale też opowiada o wartościach uniwersalnych, takich jak miłość rodzicielska, przebaczenie czy poszukiwanie samego siebie, nie nakładając jednocześnie na tę problematykę koturnowych moralitetów.

Wielka Brytania, rok 2002. Filomena Lee (Judi Dench) jest religijna Irlandką, która w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku jako młoda niezamężna dziewczyna zaszła w ciążę i której rodzicie, uznając ją za zhańbioną, oddali do zakonu. Urodziwszy syna pozostała w klasztorze aby spłacić dług finansowy względem zakonnic, a po trzech latach przymusowo odebrano jej dziecko oddając je pod opiekę dobrze sytuowanej pary Amerykanów. W pięćdziesiąte urodziny synka Filomena, nie mogąc dłużej samotnie zmagać się ze swoją tajemnicą, postanawia odnaleźć Anthony’ego. W poszukiwaniach pomaga jej Martin Sixsmith (Steve Coogan), dziennikarz, który niedawno stracił posadę w rządzie Tony’ego Blaira i który próbuje na nowo poczuć sens swojego zawodu, a także, oczywiście, zarobić. Tych dwoje, wraz z błogosławieństwem córki bohaterki (Anna Maxwell Martin), udają się w podróż do USA, gdzie liczą na odnalezienie tropu…

Z powyższego wprowadzenia wynika, że z gatunkowego punktu widzeniaTajemnica Filomeny jest nie tylko dramatem, lecz także kinem drogi. Opowiada zatem o mocno odciskających się na życiu bohaterki wydarzeniach, ale też o poznawaniu samych siebie, na co wywrą wpływ zarówno spotykane na drodze do prawdy osoby, jak i towarzysz podróży. A ów towarzysz podróży, trzeba to przyznać, jest nie mniej od pani Lee wyrazisty. I tak jak Filomena jest uroczą starszą panią o pięknych oczach i ujmującym uśmiechu, prostą, zaczytującą się w harlequinach, ale nie pozbawioną inteligentnego dowcipu i życiowej mądrości, tak Martin jest surowym w obyciu, ironicznym, brylującym w towarzystwie absolwentem Oxfordu, z początku mającym w głębokim poważaniu historie nieszczęśliwych kobiet z życia wzięte uważając je za opowieści dla naiwnych prostaków szukających emocji w swoim szarym życiu. Mamy zatem zestawienie łagodności i poczciwości z cynizmem i gruboskórnością, którym w ciągu ekranowego czasu przyjdzie się ścierać. I tak jak Filomena swoich cech pozytywnych nie utraci, tak Martin ze sceny za scenę będzie się stawał lepszym, wrażliwszym i pełniejszym duchowo człowiekiem, w którym w pewnym momencie nastąpi przewartościowanie. Jednak nie znaczy to, że bohaterka pozostanie charakterologiczną skałą. Nie. Powody jej postępowania, niejednokrotnie polegające na zmienianiu decyzji, będą świadczyły nie tylko o banalnej prawdzie, że „kobieta zmienną jest”, lecz także o burzy uczuć nią targającej. Bo że jej podróż w głąb przeszłości będzie pełnym sztormów rejsem co to tego nie ma wątpliwości.

Jest jeszcze w bohaterach, i w całym zresztą filmie, kilka uwagi godnych przeciwieństw. Ba, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że Filomena jest na nich zbudowana: na kontrastowym podejściu do religii głównych bohaterów (ona, mimo doznanych przez zakonnice krzywd, pozostała bardzo religijną osobą, on jest jawnym ateistą pokpiwającym sobie z chrześcijańskich przekonań); na zestawieniu ze sobą przebaczenia z jednoczesną chęcią uświadomienia światu prawdy na temat karygodnego postępowania niektórych religijnych instytucji; na skontrowaniu okrucieństwa zakonnic z ich zadbaniem o przyszłość bohaterki; na zderzeniu metropolii Stanów Zjednoczonych z angielską prowincją; na skontrastowaniu ze sobą różnić klasowych i wreszcie – na zespoleniu głębokiego dramatu z cudowną lekkością jego przedstawienia.

To ostatnie bez wątpienia zaważyło na popularności filmu i sprawiło, że mimo pewnej niszowości go charakteryzującej trafił on nie tylko do kin studyjnych, lecz także do największych sieciówek. Najnowszy film Frearsa najogólniej rzecz ujmując jest bowiem obrazem subtelnym i zabawnym. Nie tyle śmiesznym, ile delikatnie kpiącym, nie mającym za zadanie wywoływać salw śmiechu, ale chichot, niejednokrotnie połączony z łezką wzruszenia. Nie byłoby tego efektu, gdyby nie wycyzelowana aktorsko Judi Dench i partnerujący jej pełen niewymuszonego vis comica Steve Coogan. Pozbawiona surowości znanej z innych swoich ról Dench, gra urokliwą starszą damę momentami dość zagubioną w nowoczesnym świecie. Jej przewodnik po nim, Martin, za początkową maską chłodu i interesowności przemyca ciepło i brytyjskie poczucie humoru. Z czasem ci dwoje zaczną dostrzegać w sobie coś więcej niż historię na pierwszą stronę czy zręcznego poszukiwacza, by ostatecznie otoczyć się nawzajem opieką i zapoczątkować prawdziwą przyjaźń. Dench i Coogan tworzą iście piękny ekranowy duet, chemia jest pomiędzy nimi niezwykła, przerzucanie ciętym dowcipem niewymuszone. Są cudownie ludzcy, pełni śmiesznostek i przywar charakteryzujących ich klasy społeczne. Bawią nas, ale też wzruszają. Przede wszystkim jednak są tak mili, że od pierwszego momentu (no dobrze, w przypadku Martina od drugiego) mamy ochotę przybić z nimi piątkę i powiedzieć im: „powodzenia!”

Nie mniej wyrazisty w Filomenie niż aktorstwo jest problem wiary i Kościoła, na którym jak wspomniałam wcześniej zawiesza się kolejny Frearowski kontrast. Bezpardonowa krytyka „złych” zakonów jest w nim bowiem zderzona z wewnętrznym dobrem niektórych sług Kościoła i nieustającą w swej wierze mimo zadanych jej krzywd bohaterką. Odnajdziemy więc w filmie fanatyczną wiarę i przerażające przekonanie, że skrajne cierpienie niweluje grzech. Jednak spotkamy też obok okrutnych zakonnic ich bardzo poczciwą i zawsze uśmiechniętą do „zhańbionych” dziewcząt przedstawicielkę, która ofiaruje młodej bohaterce (świetna, bardzo przekonująco odgrywająca rolę zrozpaczonej natoletniej Filomeny Sophie Kennedy Clark) zrobione ukradkiem zdjęcie synka. Pani Lee czuje się skrzywdzona, ale wybacza. Jest wzburzona odkrytą prawdą, ale nie chce robić scen, co doradza także Martinowi. W jej mniemaniu zasada Kościoła jest dobra, to tylko niektórzy z jej przedstawicieli postępują źle. Zatem ostateczny wydźwięk nie wydaje się antykościelny. Jednak u tych mniej wierzących widzów niesmak po seansie pozostanie, a gdy jeszcze sięgną po artykuły podejmujące problematykę pobierania przez co poniektóre irlandzkie zakony zapłaty od przybranych rodziców w zamian za oddawane im pod opiekę dzieci – wówczas dostaną temat dla brytyjskich odpowiedników „Tomasza Lisa na Żywo”. Bo należy zaznaczyć, że historia Filomeny jest autentyczna i opisana w książce The Lost Child of Philomena Lee przez nikogo innego jak przez (sic) Martina Sixsmitha. Wprawdzie na rzecz filmowego mainstreamu uładniona, ukazująca nieprawdziwą przewartościowującą podróż zmieniającą charaktery (prawdziwa Filomena nie poleciała do Stanów w poszukiwaniu syna) i pomijająca problem zachwiania się w pewnym momencie religijności bohaterki, ale jak najbardziej z życia wzięta. Nie czytałam książki Sixmitha, skąd zatem o tym wiem, co w filmie jest inne od książkowego pierwowzoru? Otóż historia przedstawiona u Frearsa zainteresowała mnie na tyle, że zaczęłam googlować. A efekty tych poszukiwań zachęciły mnie na tyle, że literacki prototyp Filomeny dopisuję do mojej listy Must read 2014. Lubię to. Lubię jak film przekonuje mnie do czytania na jego temat i do odkrywania oryginału, na podstawie którego powstał jego scenariusz. Kolejny plus zatem.

Na zakończenie wspomnę, że Tajemnica Filomeny operuje jeszcze jednym kontrastem, mianowicie pewnym szablonem dramatycznym, którego rozwinięcie niejednego widza zaskoczy. Niejednego, bo już zdążyłam porównać moje wrażenia na ten temat z redakcyjnym kolegą Rafałem Christem, który… cóż… także dał się nabrać. Frears dał nam prztyczka w nos, dobrodusznie chichocząc z powodu naszych znajomości konwencji, z których jesteśmy tak dumni, a które czasem igrając z naszymi przyzwyczajeniami zapędzają nas w kozi róg. Ta lekka wywrotowość scenarzystów (Jeff Pope i – tak, tak – Steve Coogan) zachwyca. Podobnie jak cała Tajemnica Filomeny, która jest opowieścią z wręcz gramaturowo wyważonymi momentami wstrząsającego dramatu połączonymi z lekkością, której nie powstydziłyby się klasyczne komedie. I ten zachwycający klimat całości, wspomagany urokliwym starym cmentarzem pełnym omszonych nagrobków i kryjącym mroczne dramaty klasztorem. Tak, nowy film Frearsa ma to COŚ. I jest tak staroświecko cudowny jak Judi Dench, która mam nadzieję lada chwila będzie odmawiać litanię podziękowań mocno trzymając w dłoniach tę najsłynniejszą na świecie złotą statuetkę.

8/10

Paulina Stoparek


Tajemnica Filomenty, 2013, prod. Francja, USA, Wielka Brytania, reż. Stephen Frears, scen. Steve Coogan i Jeff Pope na podst. książki Martina Sixsmitha The Lost Child of Philomena Lee, wyst.: Judi Dench, Steve Coogan i in.

Za seans dziękuję images

W Polsce książkę Martina Sixsmitha wydało wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Tekst ukazał się na portalu kulturalbnym Noir Café pod adresem: http://www.noircafe.pl/tajemnica-filomeny/.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s